ZENIAL – Zerojedynkowy nomad

Czy komputer ma duszę? Co to jest eksperyment? Czy samotność na scenie jest lepsza od bandy muzykantów? Matematyka czy swobodny lot? Te i inne zagadnienia pojawiły się w rozmowie z Łukaszem Szałankiewiczem, ukrywającym się pod szyldem Zenial. A pretekstem była najnowsza płyta tego projektu – Minotaur. Wprawdzie muzyka elektroniczna nie gości zbyt często na naszych łamach, ale ze względu na jej poszukujący charakter, klimat i pokrewieństwo z wynalazkami typu drone’y czy nawet industrial, warto się jej bliżej przyjrzeć, za przewodnika mając samego twórcę, który wprost z ulic Nowego Jorku pojawił się w naszym magazynie. Zapraszamy! 

Muzyka elektroniczna ma zarówno zajadłych przeciwników jak i oddanych zwolenników. Pomijamy tych ostatnich – co odpowiedziałbyś tym, którzy artykułują zarzuty, jakoby instrumenty elektroniczne nie miały duszy i taka muzyka była wyprana z emocji?

Ciekawe pytanie. Generalnie jestem zainteresowany dźwiękiem – dosłownie, jako plastyczną materią, która niekoniecznie musi być jakimś stylem muzycznym. To czy jest generowany przez urządzenia elektroniczne czy przez instrumenty to dla mnie sprawa mniej istotna. Ważny jest efekt końcowy, zaś kwestia emocjonalnego wyboru to już po prostu gust danego odbiorcy. Ogólnie cała ta „poszukująca” elektronika ma tę zaletę, że – jak wspomniałeś – można ją hołubić, negować, ale na pewno trudno o obojętność. Zaś metaforyczne stwierdzenie, że brak w elektronice duszy kompletnie mija się z prawdą. Każdy ma taką duszę jaką chce, o ile ma (śmiech).

Być może wynika to z bezradności: każdy wie +/- jak się obsługuje gitarę czy perkusję. Ba, co drugi badany zagra na pianinie „wlazł kotek…”, ale kiedy pojawia się coś pod nazwą „eksperymentalna elektronika”, ludzie głupieją. Może zatem wytłumacz tym zdezorientowanym czym dla Ciebie jest eksperyment i gdzie jest granica muzyki konwencjonalnej i zaczyna się ziemia niczyja..

Kiedy używamy słów elektroniczna czy nie elektroniczna muzyka eksperymentalna to mam wrażenie, że obecnie jest to jakiś wytrych pojęciowy, mający właśnieLukasz_Szalankiewicz_by_Peter_Gannushkin-01 uprościć czy określić ramy czegoś co jest trudne do analizy. A czasami jest po prostu tak, że łatwo zamaskować pewne braki czy umiejętności i podpiąć się pod ów nurt. Żyjemy w czasach gdzie wygenerowanie dźwięku jest dziecinne proste – wystarczy mieć telefon z systemem np. android i proste oprogramowanie gdzie gra się z „palca” lub/i ładnie zapętla. Doskonale rozumiem dezorientację, bo kiedyś były trudności z uzyskaniem dostępu do studia, posiadaniem jakiegokolwiek sprzętu czy brak oprogramowania. Ale nie mam stosownych narzędzi aby zweryfikować gdzie przebiega ta granica – dla mnie ważna jest silna świadomość tworzenia oraz dorobek. Wnikliwe śledzenie tego zjawiska zostawiam innym badaczom i dziennikarzom.

Właśnie – świadomość. I tu musimy zweryfikować moment narodzenia tejże. To impuls czy proces? Bo przecież niektórzy zatrzymują się na poziomie Jarre’a (i nie jest to bynajmniej przytyk) a inni inspirują się np. Gnaw Their Tongues, Scorn czy Fetus. Kiedy zrozumiałeś, że dźwięk i jego faktura są ważniejsze od konwencji (melodia, harmonia itp.)?

Nie uciekam od konwencji – ale po latach wypracowanej ścieżki impuls oraz proces przenikają się nawzajem w mojej pracy. Chociaż w moich „pobocznych” projektach, między innymi Aabzu czy Angst78, wszystko jest wg. mnie umiarkowane, posiada harmonię i często melodię (śmiech)! Natomiast to co słyszę i to co mnie otacza na pewno na mnie wpływa. Mam zdolność wyłapywania nietypowych dźwięków oraz zwracania na nie uwagę. Aktualnie mieszkam w NYC i od razu po przyjeździe zwróciłem uwagę na szum wielkich klimatyzatorów, które pulsują cyklicznymi wibracjami co jakiś czas w różnych odstępach. Widzę w tym jakiś sens, ponieważ dzięki nim słyszę rzeczywistość…

Do Nowego Jorku jeszcze wrócimy a na razie skupmy się na „generatorach” dźwięku. Czyli odwieczny dylemat – analog czy cyfra? Komputer czy stare syntezatory? Aplikacje czy dźwięki otoczenia?

Dylematy są odwieczne: Mac czy PC, który rekorder lepszy itd. W mojej pracy rządzi konsensus i czerpanie ze wszystkich dostępnych źródeł. Przerabiałem już wiele faz komputeryzacji i cyfryzacji a teraz jest mi bliżej do analogu. Czy ten jest lepszy – nie wiem, ale na pewno fajniejszy…

Nieuchronnie zbliżamy się do warsztatu. Uchyl rąbka tajemnicy – jak wygląda tworzenie takich kompozycji jakie znalazły się na „Minotaur”? Chciałbym zrozumieć ile jest w tym takiego matematycznego układania klocków a ile swobodnego lotu. Czy jest to zapis chwili, swoboda czy jednak rządzi żelazny aranż pozwalający Ci na pełną kontrolę.

W kwestii materiału z „Minotaura” to głównym trzonem są nagrania zarejestrowane w studiu EMS w Sztokholmie – gdzie po raz drugi miałem okazję pracować z syntezatorami modularnymi Buchla i Serge. Tutaj było dużo swobody np. co do brzmienia danej barwy, ale pewne zamierzania mają swoje reguły i w pewnym sensie trzymają kawałek w ryzach. Do tego miałem sporo przemyślanych dodatkowych motywów i nagrań terenowych – niektóre pasowały od razu, inne trzeba było dopasowywać lub odpowiednio modyfikować. Całość zmiksowałem już poza studiem w Luksemburgu i w Poznaniu i atmosfera tych miast w jakiś sposób wpłynęła na finał nagrań. Oczywiście, jest jeszcze proces masteringu dokonany przez Marcina Bocińskiego, który doskonale wyczuł jak to ma już brzmieć na sam koniec.

Zastanawia mnie taka rzecz – jesteś tzw. „samotnym jeźdźcem” co powoduje, że nie występuje tzw. „klapa bezpieczeństwa” w postaci innych członków zespołu którzy są pierwszymi recenzentami muzyki. Nie obawiasz się braku obiektywizmu podczas prac nad muzyką?

Zawsze jest parę osób, które posłuchają i skomentują dany kawałek zanim go wypuszczę. No i końcowa stacja w postaci masteringu, którego nie robię sam. To wystarczy.

Jesteś bardzo „internacjonalną” osobą. Nagrywanie w Szwecji, koncerty w Niemczech (zresztą, fragmenty są na płycie), mieszkanie w NY. Co Cię pcha do takiego, ciągłego ruchu? Mam takie skojarzenie, że to muzyka tak wpływa – elektronika to nieustanny ruch cząsteczek, zera, jedynki itp. To mus mieć wpływ na charakter i styl życia… Czy mieszkanie w USA pomoże Ci w karierze muzycznej – jest jakieś lepsze przełożenie, możliwości?

Według mnie muzyka nie zna granic, dosłownie. Masa ludzi współpracuje i się wspiera na całym świecie. Gdy przemieszczasz się tak dużo jak ja,w pewnym momencie przestajesz się zastanawiać nad tym czy jesteś zerojedynkowym nomadem. Po prostu się to dzieje. Mieszkanie w NYC ma swoje plusy i minusy – na tym etapie dla mnie to kolejny moment w życiu, który jest jakąś znaczącą zmianą. USA jest bardzo specyficzne, dużo się dzieje i na pewno z tego można mieć jakieś korzyści. Konkurencja jest jednak gigantyczna.

Miałeś już okazję zagrać koncert na kontynencie Amerykańskim?

Jasne, kilka razy. W NYC dwa miesiące temu. Będą następne.

Możesz porównać publiczność europejską z Amerykanami – jak wyglądają koncerty, co cię zaskoczyło itp?

Jak wiesz, operuję w niszy – więc różnie jest z frekwencją na tego typu koncertach bo zależy to od wielu czynników. Mam wrażenie, że w np. NYC wszystko jest bardziej stabilne, ludzie naprawdę przychodzą na koncerty i słuchają, kupują płyty. Europa jest bardzo rozleniwiona festiwalami, dotacjami publicznymi, wtedy następuje przesyt lub znieczulenie.

Zerojedynkowy nomad

Zerojedynkowy nomad

W dzisiejszych czasach obserwuję duże zainteresowanie wszelkiego typu poszukującą elektroniką na scenie metalowej, sam zresztą miałeś do czynienia z takową, nagrywając intra na płytę Dira Mortis. Czy nie uważasz, że tu masz duże pole do działania? Czy może raczej była to jednorazowa przygoda, bez chęci do kontynuowania eksploracji tego środowiska?

Hmmm… kiedy przyjrzysz się dokładniej to okazuje się, że już od dawna występuje spory margines w którym wszelkiej maści elektronika była wykorzystywana w nagraniach zespołów metalowych – jako dodatek (intra) czy w całościowym procesie nagrań. W obecnym czasie po prostu wzrosło zainteresowanie i automatycznie więcej osób jest z nią zaznajomionych albo jej nie ignoruje. Nie oszukujmy się jednak – metal ma swoje zasady; nie ma i nie będzie żadnej rewolucji. Dla mnie jest to część aktywności i nie zamierzam przestać. Teraz wyszła już druga płyta Dira Mortis z moimi intrami, a za dwa miesiące wychodzi oczekiwana płyta pomorskiego Sacrilegium, gdzie intra tworzą swoistą całość z resztą nagrań. Pewno w przyszłości pojawią się kolejne wyzwania na tym polu.

No to wsadziłeś elektroniczny kij w mrowisko, he, he. Bo właśnie obecnie jest całkiem sporo zespołów, które wręcz przerzucają się z czysto gitarowego grania na elektroniczne eksperymenty, gdzie tzw. metal staje się dodatkiem. Wyczuwam w Twojej wypowiedzi coś w rodzaju, hmmm, obawy przed tzw. kolektywnym muzykowaniem. Wolisz samotność na scenie?

Być może ostatnio za dużo pracowałem sam i się przyzwyczaiłem. Nie mam jednak obaw przed kolektywem; w 1998 stworzyłem z kolegą Bartesem (mHZ) w Sanoku grupę Palsecam – gdzie główną ideą było przenikanie się i współpraca. Po latach jednak ten eksperyment został zamrożony, a nasze drogi się naturalnie rozeszły.

Na stronie wydawcy, Zoharum, przeczytałem o Tobie takie info: „kurator muzyki elektronicznej”. Możesz rozwinąć ten zwrot? To kurtuazja, czy kryje się za tym coś więcej?

Przez lata organizowałem lub doradzałem w organizacji koncertów tego typu muzyki dla kilku festiwali i miejsc. Między innymi byłem kuratorem cyklu In Progress w CSW Łaźnia Gdańsk (2007-1015). Tłumacząc tak dosłownie – byłem opiekunem tego cyklu, dbałem o jego produkcję i organizację.

I w tym miejscu, na koniec, aż prosi się o klika zdań na temat tego, co planujesz w najbliższym czasie – gdzie będzie Cię można zobaczyć, usłyszeć itp…

Planów jest sporo – ale zanim one się sfinalizują, wolę nie zapeszać. Z satysfakcją śledzę teraz feedback po ostatniej płycie. Na bieżąco wrzucam wszystko na mój fb fanpage i stronę internetową. Poza tym, za rok nastąpi 20 lecie mojej aktywności muzycznej, więc myślę co by z tym fantem zrobić…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Peter Gannushkn/DOWNTOWNMUSIC.NET