YOUDASH – Nie jesteśmy desperatami

Judasz to zły człowiek był, fałszywy i bez honoru. Choć jako nazwa kapeli metalowej dobrze się sprawdza. A skoro brzmi fajnie, grzechem byłoby nie grać równie ciekawie. Fakt, że ostatnio takiej muzyki nie słucham, nie zmienia tego, że „Astrophobia” to kawał dobrego rzemiosła z przyległościami, o których pisałem w recenzji. Sceny death metalowej raczej nie zmienią, ale zainteresowanie powinni wzbudzić. O niuansach kariery, kompromisach i innych prowokacjach rozmawiałem z  Michałem Józefem, znanym też jako Buczek, który, jak się okazało, równie dobrze co kończynami potrafi obracać językiem… 

Takie mamy czasy, że w zasadzie trudno mówić o muzyce oryginalnej, o zaskoczeniach i przegięciach. Nie brakuje Ci trochę minionych epok, kiedy łatwiej było szokować tłumy?

Jasne, że brakuje, dlatego na półce mam płyty z końca lat 80. i właściwie całych 90. Słucham tego nagminnie i właściwie za każdym razem łapię się na tym, że muzyka z tamtego okresu nie traci nic na swojej wartości. Mimo, że nie było wtedy komputerów a produkcje nie były aż tak wymuskane i doskonałe (jeśli wiesz co mam na myśli…).

Oj, uderzasz w czuły punkt, bo i ja hołubię lata 90. Ten naturalizm, oryginalność i brak kompromisów. Właśnie – słowo – przekleństwo naszych czasów: kompromis. To przez niego wszystko się spieprzyło…

Myślę, że przekleństwem naszych czasów jest dążenie do perfekcji, które z pozoru wydaje się niczym złym. Jednak jeżeli chodzi o muzykę, zdarza się zabijać jejPerkusista przemówił... ducha i zaprzecza jej emocjonalności. Sprawia, że dzisiejsze bandy w większości brzmią jakby zamiast żywych ludzi grały w nich roboty.

No i zmierzamy w stronę sceny metalowej, bo właśnie tam ten wyścig jest jak najbardziej widoczny. Znasz receptę co z tym zrobić?

Myślę, że recepta jest dosyć prosta i trudna zarazem. Tak jak w innych płaszczyznach życia trzeba być sobą. Co oznacza, że ścigać się można jedynie samemu ze sobą właśnie. Granie w zespole traktuję jako możliwość kreacji i wyrażania siebie, ale nie w oderwaniu od rzeczywistości. Nie odkryję niczego nowego jeśli powiem, że w metalu właściwie wszystko zostało już zagrane. To co można z tym zrobić to poukładać poszczególne elementy według własnego gustu i zrobić to świadomie. Trzeba przy tym z pokorą uznać, że jest na świecie wielu wybitnych muzyków, którzy swój status zawdzięczają własnemu dążeniu do rozwoju a nie ściganiu się z kimkolwiek innym.

I jak to pogodzić z szukaniem czegoś nowego?! Można jeszcze coś wymyślić, czy raczej zgadzamy się z teorią, że WSZYSTKO co było do odkrycia, już zostało odkryte?

Jeżeli traktujesz muzykę jako sposób na wyrażenie siebie, zawsze ona będzie czymś nowym, dlatego, że my jako ludzie różnimy się między sobą. Wydaje mi się, że jeżeli znasz swoje muzyczne pochodzenie i starasz się je rozumieć, to znaczy przeżywać świadomie, to te inspiracje zostaną w odpowiedni sposób przetworzone przez Ciebie i oddane w całkiem nowej, bardzo osobistej formie. Myślę, że nie ma takich dźwięków w muzyce ogólnie, które wcześniej nie zostałyby zagrane przez kogoś innego. Nowa jakość może wynikać zatem jedynie ze specyficznej wrażliwości osób, które tworzą, bo dzięki niej połączenie tych dobrze znanych wcześniej dźwięków może mieć charakter szczególny.

Zatem prosto w twarz – czy w kontekście tej wypowiedzi Youdash spełnia Twoje oczekiwania?

Tak, bo przede wszystkim Youdash to nie przypadek. Jasne, że pewnie do tego momentu niewiele osób o nas słyszało, ale właściwie każdy z nas ma za sobą pełnoletniość muzyczną bo swojego fachu uczymy się od mniej więcej 18 lat. Przez ten czas zmagaliśmy się z różnymi pomysłami na siebie, które czasami były brutalnie weryfikowane przez rzeczywistość. To zmuszało nas do ciągłego poszukiwania najbardziej naturalnego sposobu przekazywania emocji w muzyce. W chwili obecnej, gdy czytam recenzje naszego debiutu, myślę sobie, że fajnie byłoby aby oprócz tego, że słuchający znajdzie na nim w miarę skomplikowaną obsługę instrumentów, na których gramy i brutalny wokal, to poczuje tam również towarzyszące nam emocje oraz w pewien sposób pozna osobiście każdego z nas. Youdash to cztery osoby a brak którejkolwiek z nich skutkowałby zupełnie innym kształtem naszej muzyki.

Bardzo ostrożnie kluczysz wokół sedna (śmiech). A sedno brzmi – czy Youdash ma szansę wyjść krok przed szereg? Bo tylko wykonanie tego niepopularnego kroku gwarantuje zainteresowanie – z wszystkimi tego konsekwencjami… Złymi i dobrymi…

Prowokujesz. Nie wiem (śmiech). To wszystko zależy od ludzi, od tego czy ktoś słuchając nas poczuje o co chodzi w tym „natłoku” dźwięków. Pochodzimy z małych mieścin na Podkarpaciu, w których raczej niepopularne jest granie takiej muzyki. W związku z tym, żeby powstał materiał na debiut już musieliśmy wyjść przed szereg, pokonać własne ograniczenia, ułomności i w dużym stopniu poświęcić się tej muzyce. Każdy z nas zapłacił za to swoją cenę i nie mam tu na myśli tylko pieniędzy, które przeznaczyliśmy na studio, sprzęt itd. Ponadto wszyscy na co dzień żyjemy życiem przeciętnego obywatela tego kraju. Niektórzy z nas mają już swoje rodziny, a inni są w przededniu ich założenia. W związku z tym tak po prostu nie stać nas na bujanie w obłokach i łudzenie się wizją spektakularnej kariery. Youdash to nieodłączny i bardzo ważny element życia każdego z nas. Jednakże takich elementów jest wiele i trudno myśleć, że są one mniej ważne.

Wiesz co mówił Miles Davis? Że nie podaje ręki żonatym muzykom (śmiech). To co mówisz jest w jakimś sensie tłumaczeniem się. A wspomniana scenka ma pokazać fakt, że wygrywają ci, co rzucają na szalę wszystko… Gdzie jest granica waszego poświecenia?

Nie sądzę abym starał się z czegokolwiek tłumaczyć. Być może to co powiedziałem wcześniej jest mało „trv” a już na pewno mało metalowe… Wiesz… żony, dzieci, rodziny to nijak się ma do picia smoły, jedzenia kotów i uprawiania seksu w trumnach. Ponoć Lemmy zapytany o to czego najbardziej boi się na świecie odpowiedział, że żon swoich kolegów z zespołu (śmiech). Jest mi bliski ten sposób myślenia a co za tym idzie, granica naszego poświęcenia jest tam gdzie zaczyna się krzywda bliskich nam osób. Poświęcenie rozumiem jako trud każdego z nas włożony w rozwój tego zespołu a nie rzucania na szalę wszystkiego, bo to byłaby już desperacja. Nie jesteśmy desperatami ani samcami alfa, dla których bliskość z drugim człowiekiem jest zbędna lub ewentualnie zagrażająca.

Nie jesteśmy desperatami

Nie jesteśmy desperatami

Dociskając i kończąc ostatecznie wątek – jeśli mielibyście propozycję zagrania np. dwumiesięcznej trasy z – hmmm – Cryptopsy, podejmujecie rękawicę, czy cofacie się?

Pażyjom – uwidim… Pożyjemy – zobaczymy, mówiąc po polskiemu. Z pewnością propozycja byłaby kusząca….

Nooo, tu cię mam. Jest wahanie (śmiech).

Jak śpiewał Roman Kostrzewski – „Masz mnie Wampirze” (Śmiech).

Jest nowa płyta Youdash i trzeba przyznać, że to interesujący materiał. W pierwszej kolejności ciekawe jest jednak to, że dla jednych gracie techniczny thrash a dla innych progresywny death metal… W którą stronę idziemy?

Myślę, że równie dobrze moglibyśmy rozmawiać o oświeconym brutalnym reggae lub techniczno-progresywnym disco polo (śmiech). A mówiąc poważnie – na swój sposób rozumiem chęć odbiorów muzyki do szufladkowania tego, co słyszą. Ułatwia to m.in. komunikację, np. jeżeli spotykasz kogoś, kto nigdy wcześniej nie słyszał wspomnianego przez Ciebie wcześniej Cryptopsy i chcesz przedstawić mu ten zespół, to najprawdopodobniej mu powiesz, że gra brutalny, techniczny death metal. Z jednej strony ten ktoś będzie wiedział w jakiej stylistyce się poruszacie, ale z drugiej będzie to trochę pułapka, bo dajmy na to, że ten ktoś jest wielkim fanem Cannibal Corpse, do którego również można przypiąć tą etykietę. Potrafię sobie wyobrazić, że osoba lubiąca muzykę autorów „The Bleeding” słysząc, że twórcy „None So Vile” grają podobnie, może być trochę rozczarowana muzyką tych drugich. Konkludując, nie przywiązuję większej wagi do tego czy gramy techniczny thrash czy progresywny death. Niemniej jednak, cieszę się, bo te „łatki” stawiają nas w gronie całej masy świetnych kapel, z których dorobku staramy się czerpać pełnymi garściami.

Tylko, że wiesz… dzisiaj tzw. techniczny death czy progresywny death nie jest w modzie. I tu widzę coś w rodzaju dychotomii. Bo nowoczesne są te surowe bandy łączące drony i psychodelię z shoegaze i udające że grają black metal. Wy macie w sobie ten pierwiastek pierwotny, który stawia Was gdzieś w okolicach „Human” z jednej strony i wspomnianych Kanadyjczyków z drugiej. Więc – jesteście nowocześni czy nie?

Strasznie mnie łechce to postawienie nas przez Ciebie w okolicach „Human” i twórczości Cryptopsy… Z pewnością nie chcielibyśmy być nowocześni na siłę, aczkolwiek trudno mi sobie również wyobrazić, żeby wbrew wszystkim i wszystkiemu nagrywać surowo-brzmiący materiał, a wyznacznikiem tejże surowości miałyby być beznamiętnie bzyczące gitary lub bębny brzmiące jak kuchnia polowa zrzucana ze schodów (cytując pana Szubrychta z recenzji jakiejś black metalowej hordy). Uważam, że na „Astrophobii” jesteśmy nowocześnie surowi (śmiech).

Brzmi nieźle. Jak daleko powinna sięgać technika? Tzn, gdzie powinna się kończyć, zostawiając miejsce dla intuicji?

Rozumiem, że masz na myśli sprawność w obsłudze instrumentów… Nie wiem jak daleko powinna sięgać, bo sam nie jestem wybitnym technikiem w graniu na bębnach. Na pewno ból jest wtedy, kiedy brak jakiś technicznych umiejętności uniemożliwia grającemu wyrażenie siebie. W tym sensie technika bardzo się przydaje. Niemniej jednak technika nigdy nie zagra za muzyka (śmiech). W którymś wywiadzie Docent stwierdził, że wszystko, co zagrał na płytach Vadera (i nie tylko) najpierw zaczęło się w głowie a dopiero później zostało przeniesione na zestaw. Jak mniemam, do tego potrzebna Mu była już nie tylko technika, ale także spora intuicja wynikająca z dużego talentu w temacie.

Pozwalacie sobie na takie luźniejsze fragmenty, może jakieś wątki improwizowane, czy wszystko opiera się na sztywnej, żelaznej aranżacji?

Improwizacja w naszym przypadku brzmi dumnie… Jeżeli powiem Ci teraz, że często improwizujemy to… powiem (śmiech). To, co nas ratuje w razie „wpadek” na koncertach to właśnie sztywna, żelazna aranżacja. Nie jesteśmy „dżezmenami”, w związku z tym „nie umimy w improwizowanie„. Żeby się razem zgrać, musimy być przede wszystkim przewidywalni muzycznie wobec siebie. Ten fakt skutecznie ostudza wszelkie zapędy improwizatorskie (śmiech).Youdash dark

Kolejna kwestia – kowery to temat szeroki i kontrowersyjny. Zazwyczaj robi się je by: komuś zaimponować, złożyć hołd nieżyjącemu artyście, czy udowodnić, że dany numer można zagrać lepiej. I już wiadomo do czego piję. Granie koweru Acid’s to karkołomny temat i nie chodzi mi o jakość wykonania, bo to jest ciekawe i bez zarzutu, ale raczej o SENS takiego posunięcia. Zatem, pytanie brzmi: „Po co?”

Acid’s i album „Strip Tease” to dla nas ważny rozdział w historii polskiego metalu. Mam wrażenie, że ta płyta jest lekko niedoceniana i zazwyczaj gubi się w całej dyskografii kapeli. Nawet patrząc na aktualne setlisty, które Kwasożłopy odgrywają na koncertach, można stwierdzić, że jedynym reprezentantem tamtego okresu ich twórczości jest zazwyczaj „Poplin Twist”. Tymczasem płyta, o której rozmawiamy, zawiera całą masę świetnych i karkołomnych numerów. Wracając do pytania o sens – z pewnością nie chcieliśmy zagrać tego wałka „lepiej”, bo pewnie się nie da. Chcieliśmy to zrobić totalnie po swojemu. Tak jak Acidzi robili swoje kowery (patrz obydwa Fishdicki). Umieszczając tytułowy numer ze „Strip Tease” na naszym debiucie chcieliśmy przede wszystkim pokazać skąd się wzięła nasza wrażliwość muzyczna a Acid’s z pewnością jest jedną z kapel, które nas ukształtowały. Ponadto mamy między sobą taki niepisany układ, że na każdym materiale, który wypuścimy będzie jeden kower. Chodzi o to żeby przypomnieć ludziom, że przed nami ktoś grał różne, pokręcone dźwięki i robił to dobrze. Dzisiaj, kiedy „Astrophobia” jest już dostępna i wzmianki o niej pojawiają się np. za Oceanem, czuję satysfakcję, że ktoś słuchając naszej muzyki usłyszy również jakiś fragment twórczości Kwasożłopów. Myślę, że to przejaw lokalnego patriotyzmu (śmiech). Oprócz tego, zawartość „Astrophobii” to dla nas w pewien sposób emocjonalny striptiz, więc takie podsumowanie debiutu idealnie nam pasuje.

Czy zatem „Astrophobia” to płyta idealna?

Z pewnością nie… Parafrazując Bareję, „Astrophobia” to taki „miś na miarę naszych czasów”. Z pewnością jest to zapis i podsumowanie pewnego, bardzo ważnego etapu w działalności kapeli i na moment jego aranżowania a później nagrywania było to dla nas opus magnum naszych możliwości technicznych, sprzętowych, finansowych i emocjonalnych… Mam nadzieję, że wnioski z tego doświadczenia przysłużą się nam w przyszłości przy okazji kolejnej produkcji.

Nawiasem – ciekawy tytuł, dość tajemniczy, czego w zasadzie dotyczy, jest w tym jakiś koncept?

Myślę, że najwięcej do powiedzenia w tym temacie miałby autor tekstów, którym jest Ropa… Podzielę się z Tobą swoją interpretacją. Po mojemu „Astrophobia” opowiada o zagubieniu i lęku przed nieznanym, którego metaforą jest przestrzeń kosmiczna. Myślę, że nawet największy ignorant odczuwania emocji w pewnym momencie swojego życia poczuł, że doskwiera mu samotność i świadomość nieubłaganie zbliżającego się końca. W związku z tym musiał się zastanowić nad sensem egzystencji i w jakiś sposób uporać się z tzw. winą egzystencjalną. Ogólnie mówiąc, „Astrophobia” to płyta o kondycji człowieka, który aby nie pogrążyć się w otchłani własnej niedoskonałości próbuje łudzić się opowieściami o swojej omnipotencji, po to aby w ten sposób zaprzeczyć sensowności wpisanych w swoją naturę lęków egzystencjalnych. Z pewnością nie bez znaczenia dla tematyki tekstów był też fakt, że Ropa jest wielkim fanem Gwiezdnych Wojen….

…i do tego jest jeszcze fajna okładka. W sumie okazuje się, że nawet dla osoby nie do końca zafascynowanej death czy thrash metalem, jest to intrygujący produkt. No i jest ten produkt… pytanie, co dalej?

Okładka to dzieło Rafała Wechterowicza, Artysty wybranego do tego celu z premedytacją. Po krótkiej wymianie maili odnośnie tematyki tekstów, pozostawiliśmy mu wolną rękę i efekt nas zmiażdżył. Co do dalszych planów… W chwili obecnej przygotowujemy się do koncertów, tak, żeby ten „produkt” o Youdash grafaktórym wspominasz, miał wsparcie w realnym działaniu i żeby można było jego zawartość zweryfikować ze stanem faktycznym naszej dyspozycji „na żywca”. Z koncertami pewnie ruszymy wczesną wiosną. W międzyczasie staramy się na bieżąco ogarniać wywiady, odpisywać na maile i szlifować swój instrumentalny warsztat. Być może, że przy okazji koncertów pojawią się koszulki, być może pojawi się też teledysk. Mamy kilka koncepcji, mamy chęci, zobaczymy jak będzie z realizacją. W każdym razie chcielibyśmy, żeby zawartość „Astrophobii” dotarła do jak największej ilości osób. Póki co, odzew jest bardzo dobry. Spora w tym zasługa Deformeathing Production.

Na koniec zostawiam czas na słowo – pożegnania, wnioski i uwagi…

Przede wszystkim, jest nam cholernie miło, że poświeciłeś swój czas i energię, żeby dowiedzieć się, co jako zespół mamy do powiedzenia. Dla tych, którzy przeczytali ten wywiad – szacun i zaproszenie do zapoznania się naszym pierwszym długograjem, dostępnym za pośrednictwem Deformeathing Production. Ponadto śledząc nas na Facebooku, możecie być na bieżąco z tym, co u nas się dzieje a także dowiedzieć się, kiedy, gdzie i z kim gramy. Być to może, że spotkamy się na koncertach. Pozdrawiamy.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/RG Fotograf