YEAR OF NO LIGHT ‒ W labiryncie dźwięków

Położona w południowo-zachodniej Francji Akwitania słynie z wykwintnego wina, którego bogaty i szlachetny smak rozsławił na świecie markę Bordeaux. Równie nieprzeciętna i wysmakowana jest twórczość pochodzącego z tego regionu Year Of No Light. Pod koniec 2013 roku ukazał się ich trzeci krążek Tocsin, prawdopodobnie będący największym osiągnięciem w dotychczasowej historii zespołu. O najważniejsze kwestie związane z płytą zapytałem basistę Johana Sébenne oraz gitarzystę Shirana Kaidine.

Jaki koncept kryje się za waszą nową płytą?

Johan: „Tocsin” nie jest w tym najczęstszym rozumieniu koncept-albumem, a jeśli już jest, to nie wiem jak ten koncept nazwać czy opisać. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad płytą, przesłuchaliśmy trzy czy cztery nasze taśmy demo, żeby wybrać najlepsze i najbardziej odpowiednie momenty. Cały proces, łącznie z komponowaniem, dopracowaniem i zarejestrowaniem numerów, zajął nam dwa lata. Jeśli chodzi o samą symbolikę, bo nie nazwałbym tego jednak konceptem, tocsin to zegar bijący na alarm przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Naszym celem było zabranie yonl+logosłuchacza w pełną dźwięków podróż, gdzie każdy sam nadaje interpretację muzyce.

Różnica między pierwszym albumem „Nord”, a drugim „Ausserwelt” była duża. „Tocsin” za to nie jest tak odmienna od swojej poprzedniczki. Po prostu ostatecznie znaleźliście swoje brzmienie?

Johan: Między pierwszą, a drugą płytą w zespole było sporo roszad personalnych. Staliśmy się kapelą instrumentalną, a to zawsze wiele zmienia. Dwa ostatnie albumy nagrywaliśmy dokładnie w takim samym składzie, więc to normalne, że wydawnictwa są do siebie podobne. Myślę, że ten układ dobrze się sprawdza, ale jesteśmy otwarci na najróżniejsze propozycje, czego dowodem są nasze liczne splity i kolaboracje z innymi artystami. Choćby na „Tocsin” gościnnie z sekcją dętą udzielają się nasi przyjaciele z Bagarre Générale. Z tymi samymi ludźmi komponujemy właśnie materiał na split. Na początku roku daliśmy wspólny koncert z Les Complémentaires, elektro-akustycznym projektem i to była czysta przyjemność. Zawsze jesteśmy otwarci na nowe pomysły i wyzwania, nie stoimy w miejscu i nie dusimy się we własnym sosie.

Gdzie nagraliście „Tocsin”?

Shiran: Na początku zarejestrowaliśmy bębny. Aby uzyskać głębokie, pełne a zarazem żywe brzmienie, znaleźliśmy małą salę koncertową, która idealnie nadała się do tego celu. Na drugim etapie nagrywaliśmy klawisze, gitary i pozostałe efekty. Można powiedzieć, że zrobiliśmy to u siebie, bo w tym miejscu najczęściej gramy próby. Nasz dźwiękowiec, a zarazem producent Cyrille, ma w mieszkaniu zaaranżowane niewielkie studio. Spędziliśmy tam łącznie około cztery miesiące, dłubiąc i dopracowując „Tocsin”.

Wchodząc do studia z „Tocsin”, materiał mieliście opanowany w 100% czy było odrobinę miejsca na improwizację?

Johan: Można powiedzieć, że sesję w studio rozpoczęliśmy kompletnie przygotowani i gotowi od razu nagrywać. W 100% gotowe były cztery kawałki, ale ” Alamüt”, który na płycie pojawia się jako ostatni, dał się nam ostro we znaki. To jeden z tych numerów, nad którymi pracowaliśmy najdłużej. Były takie momenty, że mieliśmy już go zupełnie dość, bo doprowadzał nas do szaleństwa. Do tego stopnia, że przez chwilę rozważaliśmy usunięcie go z płyty. Jakimś jednak cudem udało się go nagrać.YONL-2

Każda płyta Year Of No Light ma okładkę w kompletnie innej stylistyce. Powiedz dwa słowa o obrazie, który zdobi „Tocsin”.

Johan: Poprzednie okładki projektował dla nas Greg Vezon, a przy „Tocsin” chcieliśmy spróbować współpracy z kimś innym. Tak nawiązaliśmy kontakt z Simonem Fowlerem. Przesłaliśmy mu demo nowych kawałków, a w czasie, kiedy my walczyliśmy z materiałem w studio, Simon malował dla nas grafiki. Byliśmy w stałym kontakcie i jednocześnie pracowaliśmy nad „Tocsin”. Simon jest niesamowitym artystą, jego prace są imponujące. Jesteśmy pod dużym wrażeniem tego, co dla nas zrobił.

Po wydaniu „Ausserwelt” grywaliście całą płytę na żywo. Czy teraz robicie podobnie z „Tocsin”?

Shiran: Nie jesteśmy w stanie odtworzyć na żywo całej „Tocsin”, bo do tego potrzebne są instrumenty dęte, więc to raczej nie wchodzi w grę. Oczywiście, to byłoby wspaniałe, ale bardzo trudne do wykonania. Najczęściej po prostu gramy mieszkankę kawałków z „Ausserwelt” i „Tocsin”.

Jakie elementy budują brzmienie Year Of No Light?

Shiran: Zdecydowanie najważniejsza jest umiejętność nakładania na siebie kolejnych warstw dźwięku i melodii. Mamy to szczęście, że nasz producent jeździ z nami na koncerty, co pozwala nam brzmieć na żywo tak, jak sobie tego życzymy. Jeśli chodzi już o szczegóły, dużo kombinujemy. Staram się zmieścić harmonie mojej gitary między bas Johana, a drugą gitarę, na której gra Pierre. Wtedy wszyscy trzej gramy ten sam akord, co daje specyficzny efekt zwielokrotnienia. Takie rozwiązanie pociąga za sobą potężną ścianę dźwięku, która jest naszym znakiem rozpoznawczym. Do tego dochodzi jeszcze jedna, wysoko nastrojona, gitara, dwa zestawy perkusyjne i klawisze. Całość daje efekt nieziemskiej burzy sonicznej, podczas której czasem trudno odczytać dokładnie kto i co gra.

W labiryncie dźwięków

W labiryncie dźwięków

Brzmienie Year Of No Light jest w dużym stopniu oparte na słynnych wzmacniaczach Orange. Co wyróżnia je na tle innych sprzętów?

Shiran: Ciężkie pytanie (śmiech)! Zaletą wzmacniaczy Orange jest łatwość osiągnięcia naturalnego, przeszywającego i przytłaczającego brzmienia, jeśli umiesz dobrać do nich odpowiednie przestery. Bardzo dobrze zgadzają się ze wszystkimi efektami i można eksperymentować do woli. Nasza ulubiona seria OR, właśnie wzmacniaczy Orange, daje monumentalne, tłuste, a jednocześnie przejrzyste koncertowe brzmienie o pełnej skali.

Jak wpadliście na pomysł skomponowania ścieżki dźwiękowej do niemego filmu „Wampir” z 1932 roku?

Shiran: Marzyliśmy o tym od pewnego czasu, więc jak nadarzyła się okazja, od razu przystąpiliśmy do działania i skomponowaliśmy soundtrack „Vampyr”. Jesteśmy wielbicielami starych, niemych, czarno-białych filmów. Nie ukrywamy, że są one dużą inspiracją dla Year Of No Light. Spójrz na to w ten sposób ‒ nieme filmy, tak samo jak nasz zespół, przekazują emocje bez użycia słów.

Jacy twórcy i artyści wpłynęli na to, co sami dziś tworzycie?

Johan: Od zawsze słucham wielu gatunków muzyki i nie zamykam się na jedno brzmienie. Po prostu nie ma sensu wymieniać wszystkich kapel. Co ważniejsze, mam szczególny sentyment do zespołów, które działają lub działały według zasady DIY, czyli samodzielnie, własnym sumptem. Mam tu przede wszystkim na myśli Joy Division i Factory Records, scenę noise’ową skupioną wokół Amphetamine Reptile Records i Neurosis, Aarona Turnera i jego Hydra Head Records, Swans i Michaela Girę, Melvins czy Superchunk.

Shiran: Moimi mistrzami są, reżyser filmowy Akira Kurosawa (między innymi „Siedmiu samurajów”, „Rashōmon”), amerykański pisarz Mark Z. Danielewski i Krzysztof Penderecki. Z zespołów najbardziej cenię Melvins, Swans, Bolt Thrower, Cathedral, Iron Maiden i Black Sabbath. Poza tym uwielbiam tradycyjną muzykę japońską.

Wasza oficjalna biografia zaczyna się od anegdoty. Według niej za powstanie zespołu odpowiedzialne jest belgijskie piwo, którego w 2001 roku mieliście wypić bardzo dużo i w chwili upojenia powołać kapelę do życia. Pytam się jednak, jak to możliwe, że nie było to słynne wino Bordeaux?

Johan: Akurat historia tak chciała, że latem 2001 byliśmy na jakimś festiwalu w Belgii, a że mają tam doskonałe piwo, to korzystaliśmy ile wlezie. Oczywiście, to tylko anegdota, ale jest w niej odrobina prawdy. Po prostu lubimy tę historyjkę. No i muszę się z tobą zgodzić, nie ma nic lepszego od czerwonego wina, a w szczególności naszego Bordeaux. Nie ma dnia, żeby nie wypiłyonlband1 choć lampki!

Zdaje się, że Julien Perez, który był Waszym wokalistą w okresie debiutanckiego „Nord”, pożegnał się z tym światem. Jak doszło do tej tragedii?

Johan: Julien przedawkował narkotyki. To oczywiście żart (śmiech)! Kiedyś dla jaj puściliśmy taką informację w jakimś wywiadzie i tak już zostało. Prawda jest taka, że Julien żyje i ma się dobrze, wciąż się przyjaźnimy. Odszedł od nas, bo ten klimat nie do końca mu odpowiadał. Mimo to jest cały czas aktywnym muzykiem. Tworzy elektroniczny pop pod ksywą Perez. Z tego, co wiem ma wydać płytę dla dużej francuskiej wytwórni.

W poprzednich latach między długograjami wypuszczaliście masę splitów, choć w 2013 nie ukazał się żaden. Co planujecie na 2014?

Shiran: W tym roku po prostu normalnie pracujemy nad nowymi kawałkami. Staramy się koncertować tak często, jak to tylko możliwe i na ile pozwolą nam zobowiązania w innych zespołach. Mamy pomysł na ciekawy projekt, do którego zaangażujemy nowych ludzi. Uwierz mi, pomysłów nie brakuje. Sami się nawet czasem w tym gubimy. Year Of No Light jest jak labirynt. Wchodzisz do niego i idziesz pewną ścieżką, aby potem okazało się, że jesteś w zupełnie innym miejscu niż planowałeś. To podróż w nieznane. Podróż bez jasno określonego celu. Ekscytująca wyprawa przez świat dźwięków.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: archiwum zespołu