WOLVES LIKE US – Nic za darmo

Nota biograficzna tego norweskiego kwartetu podpowiada, że na ich płytach znajdziemy dźwięki inspirowane takimi kapelami jak Quicksand, Swervedriver, Hüsker Dü, Hot Water Music czy The Afghan Whigs. Jeśli dorzucić do tego elementy hardcore’a i metalu, a przede wszystkim chłodny nastrój skandynawskiej melancholii to mamy Wolves Like Us. Zespół, który opublikował w tym roku dopiero swój drugi, aczkolwiek nieprzeciętny album Black Soul Choir. O scenę Oslo i życie w Norwegii zapytałem wokalistę i gitarzystę grupy – Larsha Kristensena.

Pierwsze, naturalne skojarzenie ze sceną muzyczną Oslo to najczęściej black metal. Okazuje się jednak, że nie wszyscy gracie tak w tym gatunku. Czujecie się w związku z tym inni?

Tak, jesteśmy i czujemy się inni i oryginalni, ale musisz wiedzieć, że w Oslo jest sporo hardcore’owych kapel. Po prostu nie są one tak powszechnie znane, jak te black metalowe. WLU też wwlu fot.Stephan Langerwisch jakimś stopniu jest powiązane z tradycjami hardcore’a i punka. Dość często ludzie biorą nas za typową, metalową kapelę przez sam choćby fakt, że naszym wydawcą jest Prosthetic Records. My osobiście wolimy myśleć o sobie jako o zespole rockowym, wywodzącym się ze środowiska post-hardcore’owego.

Przez wiele lat jedyne norweskie kapele, które robiły międzynarodową furorę, grały black metal. Teraz inne brzmienia także zostają dostrzegane i docenianie. Wystarczy wymienić tu np. Kvelertak, Haust, Okkultokrati czy po prostu Wolves Like Us. Domyślasz się, dlaczego to się stało dopiero w ostatnim czasie?

Wydaje mi się, że dużo ludzi postrzega Norwegię przez pryzmat blackmetalowego stereotypu. Kiedy jednak się okazało, że mamy tu bardzo dobre kapele, które tworzą trochę inne dźwięki to jakimś cudem te zespoły także zaczęły zdobywać popularność. Być może po prostu dlatego, że są dobre. Akurat wszystkie trzy kapele, które wymieniłeś grają jednak bardzo ciężkie dźwięki. My tworzymy w zdecydowanie delikatniejszym gatunku i estetyce, ale ze względu na nasze pochodzenie jesteśmy z marszu wrzucani do jednego worka.

Nic za darmo

Nic za darmo

Jaki album chcieliście nagrać pracując nad „Black Soul Choir”?

Zależało nam na tym, aby stworzyć trochę wolniejszy, bardziej wyważony i stonowany album w porównaniu do naszego debiutu. Chcieliśmy, aby na płycie była przestrzeń, żeby muzyka nie była tak intensywna i szybka jak na „Late Love”. Naszym celem było skomponowanie innego materiału, który będzie miał cechy stylu Wolves Like Us, ale będzie nowym wcieleniem kapeli.

Jak szło Wam pisanie i nagrywanie materiału?

Nasza pierwsza płyta ukazała się w 2011 roku, więc zaufaj mi, tworzenie nowych numerów nie przychodziło nam zbyt lekko i bez wysiłku. Bardzo długo komponowaliśmy materiał, a później w studio także grzebaliśmy się, jak muchy w smole. Nagranie samych wokali zajęło mi trzy tygodnie. Uwierzysz w to? Dużo dyskutowaliśmy nad kształtem i brzmieniem płyty, czasem nawet ostro się ze sobą kłóciliśmy. Na całe szczęście pieczę nad nami sprawował Mike Hartung, producent między innymi Enslaved, Satryricon czy Thorns. Jego pomoc była nieoceniona.

W stylu Wolves Like Us można usłyszeć elementy punka, hardcore’a, grunge’u czy heavy metalu. Który z tych gatunków jest Ci najbliższy jako słuchaczowi?

Wszystkie gatunki, które wymieniłeś należą do moich ulubionych. Dorastałem wraz z tą muzyką. Mogę wymienić po jednej najbardziej ukochanej kapeli z każdego z tych gatunków. Jeśli chodzi o punka to zdecydowanie Dead Kennedys. Jak po raz pierwszy usłyszałem ep-kę „In God We Trust, Inc.” to padłem. Mam nawet wrażenie, że te kilkanaście minut punkowego hałasu zmieniło moje życie. Za największy zespół hardcore’owy uważam Fugazi. Słucham ich do dziś i wciąż są dla mnie niedoścignieni. Grunge’ową kapelą numer jeden jest dla mnie Nirvana. Byłem w swoim czasie pod ogromnym wrażeniem „Nevermind”. To jedna z tych ponadczasowych płyt, które się nie starzeją. W heavy metalu także jestem wierny największym klasykom, czyli Black Sabbath. „Master of Reality” to wybitny album, który nigdy mi się nie nudzi, a „Sweet Leaf” to moja ulubiona piosenka wszechczasów.

Graliście w Europie z Long Distance Calling oraz Junius w lutym 2014. Prezentowaliście przede wszystkim nowy materiał?

Niestety, nie. Graliśmy prawie wyłącznie starsze kawałki, ponieważ premiera „Black Soul Choir” przesunęła się i płyta nie była wtedy jeszcze w sprzedaży. Z nowych numerów graliśmy jednak „Days Of Ignorance” oraz „I Don’t Need To Be Forgiven”. W kwietniu z I Am Heresy pojechaliśmy na kolejne kilkanaście gigów w Europę i wtedy graliśmy już znacznie więcej nowych kawałków.

Norwegia często służy za przykład kraju z bardzo rozbudowanym systemem socjalnym, gdzie państwo dba o obywateli, a standard życia jest wysoki. Jak to wygląda z perspektywy undergroundowego muzyka?

Mimo wszystko wciąż trzeba ciężko pracować, aby cokolwiek osiągnąć i żyć na pewnym poziomie. Nie dostaniesz tu nic za darmo. Wszystko, co osiągnęliśmy z Wolves Like Us przyszło na drodze harówki i ogromnego wysiłku. Wierzymy w undergroundowy etos Do It Yourself i choć mamy przecież oficjalnego wydawcę, sami zajmujemy się prawie wszystkim, co dotyczy zespołu. Co najważniejsze, nie można nastawiać się, że wyżyje się z muzyki. Czasem tak się dzieje, ale najczęściej to zupełna fantazja.

wlu fot.Per-Otto Oppi ChristiansenCzy posiadanie amerykańskiego wydawcy pomaga w pewnych względach?

Powiem zupełnie szczerze – myślę, że nie. Większość ludzi jest przekonana, że to znaczy, że gramy death metal. Nie zagraliśmy nawet w Stanach choćby jednego koncertu. Mam jednak nadzieję, że to się wkrótce zmieni.

Co będzie się u Was jeszcze działo w tym roku?

Trójka z nas zostanie w tym roku tatusiami, więc mniej więcej od lata do końca roku będziemy dużo czasu poświęcać naszym rodzinom. Wydaje mi się, że uda się nam zagrać jeszcze choćby małą trasę na jesieni.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: archiwum zespołu/Mads Maurstad/Per-Otto Oppi