WOLFBRIGADE – wewnętrzny kompas

W cieniu Opener’a i sponsorowanych przez miasto spędów gawiedzi witającej lato jakimiś fruwającymi badziewiami, odbywa się w Gdyni festiwal o wszystko mówiącej nazwie „DIY Hardcore Punk Fest”. Fani fanom gotują ten los, więc co najmniej raz w roku jest okazja, by w sympatycznej oprawie popatrzeć na tuzy zagranicznej i rodzimej sceny niezależnej, nażreć się podgrzewanych kiełków i zbankrutować na stoiskach z płytami.

 

 

 

DIY Hardcore Punk Fest vol.8   14.07.2012, Gdynia, klub „Ucho”

Wiadomo, jaka jest mechanika takich zlotów – tu się coś obejrzy, tam się z kimś pogada, po drodze spotka się setkę dawno-nie-widzianych-znajomych, więc kto by tam pod scenę zasuwał… I tak udało się zrealizować założenia w ponad 50%, co uznaję za osobisty sukces i triumf woli. A zatem – co słonko widziało…

Na pierwszy ogień poszło warszawskie Cast In Iron, rozkręcając tornado dla kilkudziesięciu jeszcze nierozgrzanych osobników snujących się po klubie. Niezręcznie mi wychwalać zespół ze względu na osobę ojca prowadzącego niniejszy portal, ale co zrobić – tak mi się podobało, że nie poradzę. Ta ekipa zbiera wszystko, co najlepsze było w muzyce nieodżałowanych Sunrise, Daymares czy Coalition, przy okazji dokładając do pieca parę drew noise-rocka i metalu. Pół godziny samego dźwiękowego konkretu od jednej z najlepszych ekip koncertowych na tzw. scenie.

Z Calm The Fire – których bardzo sobie cenię – mam tak, że ilekroć mam okazję i ochotę zobaczyć ich koncert, tylekroć mi się nie udaje. „Widocznie tak musiało być”, jak stwierdziła moja koleżanka po wylocie ze studiów – już było tak blisko, ale obowiązki paradziennikarskie wywiały mnie z Sali na wysokości drugiego kawałka. Tyle co widziałem, to mi się podobało, a reszta, jeśli wierzyć relacjom znajomych, też była w porządku. Ja tam nie wiem, popytajcie na forach.

Koncert Antisect zrewidował mój zdystansowany stosunek do tej legendarnej kapeli, którą bardziej szanowałem niż autentycznie lubiłem. Na żywca ich ciężki crust na solidnych metalowych resorach sprawdza się rewelacyjnie, choć przyznam, że Brytyjczycy grali, jak na moje zapotrzebowanie, nieco za długo. 50 minut wystarczyłoby swobodnie, a niedosyt zawsze jest lepszy niż ulanie.

Jeżeli koncert Antisect był energetyczny, to o gigu Wolfbrigade można mówić wyłącznie w kategorii wybuchu supernowej. Przeboje ze świeżego „Damned”, przetykane kilkoma szlagierami z wolfpackowej ery miarowo obiły nerki zgromadzonym, dzieląc publiczność na frakcję zachwyconą i tych, dla których „wszystkie kawałki brzmiały tak samo”. Fanów Włochatego zostawmy jednak z ich problemami, bo Wolfbrigade to genialna kapela koncertowa i – obok Disfear – najlepsze, co obecnie proponuje metal punkowa Szwecja.

Jeszcze przed wybiciem Godziny Wilka, wypytałem Jocke i Erika o to i owo, a zapis pogawędki przeprowadzonej – jak przystało na starszych nastolatków – przy szklaneczce soku pomarańczowego, znajdziecie poniżej. Enter the gates!

 

Jakie to uczucie, powrócić na scenę jako kapela wpływowa, współczesny klasyk i punkt odniesienia dla innych?

Jocke: Hm, nie zastanawiam się nad tym za bardzo… Ciągle jesteśmy tym samym zespołem, jakim byliśmy zawsze, i świetnie się ze sobą bawimy. Nikt z nas nie rozmyśla nad tym, jaka jest nasza pozycja na rynku czy coś w tym rodzaju.

A nie czujecie żadnej różnicy między waszą obecną sytuacją a tym, co działo się jeszcze kilka lat wcześniej?

Erik: Jasne, że przyjemniej się gra, kiedy na koncerty przychodzi więcej ludzi. Na przykład graliśmy parę lat temu w Niemczech, w Rostoku, razem z Disfear, i przyszły trzy albo pięć osób.

Parę słów o nowej płycie – kto wyszedł z pomysłem, aby nagrać „Damned” we Fredman Studio, które wypuściło wiele przeprodukowanych, zbyt wypolerowanych brzmieniowo albumów?

Erik: Przede wszystkim, nagraliśmy tam nasze pierwsze dwie płyty (jako Wolfpack – „A New Dawn Fades” i „Lycanthro Punk” – przyp. B.), więc w pewnym sensie był to powrót na stare śmieci. Tak naprawdę, od tamtego czasu nigdy nie byliśmy autentycznie zadowoleni z brzmienia naszych albumów, i „Damned” nie miał być tylko kolejnym naszym wydawnictwem, jednym z wielu. Nigdzie się nie spieszyliśmy, pisanie nowych utworów zajęło nam rok, a kiedy już były gotowe – potrzebowaliśmy studia, w którym będziemy czuć się wygodnie i które zapewni nam odpowiedni efekt. Wybór był więc oczywisty.

Jocke: Z Frederikiem (Nordströmem – producentem albumów m.in. Dimmu Borgir, In Flames, Soilwork – przyp. B.) pracuje się doskonale. Można się zrelaksować i być pewnym, że nikt nie spierdoli swojej roboty, jak to bywało wcześniej. Zdarzało się nam na przykład, że wykupiliśmy czas w studio, a producent nie przychodził do pracy. We Fredman Studion nic takiego nie ma prawa się zdarzyć.


 wewnętrzny kompas

wewnętrzny kompas

„Damned” wydaje się być waszym najlepiej wyprodukowanym i dopracowanym albumem. Wyciągacie wnioski i uczycie się na własnych błędach?

Jocke: Zdecydowanie tak! Podczas tworzenia i nagrywania dwóch pierwszych płyt Wolfpack ja i Erik spędzaliśmy mnóstwo czasu razem, pisząc muzykę i dopracowując ją. Przy późniejszych płytach już tak nie było. Pracowaliśmy razem, ale nie spotykaliśmy się już tak często – każdy z nas miał swoje sprawy, rodzinę, pracę, inne zespoły, inne zainteresowania i tak dalej… Tym razem podeszliśmy do tematu na luzie – wsłuchujemy się uważnie w nowe kawałki i jeśli któryś z jakiegoś powodu nie podoba nam się do końca, po prostu wylatuje. Tak właśnie pracowaliśmy kiedyś.

Eric: Dokładnie tak, jak mówi Jocke. Piszemy mnóstwo utworów, po tygodniu słuchamy ich ponownie i decydujemy, które się nadają. Mamy mnóstwo takich, które nie weszły na płytę.

Myśleliście, by stworzyć w „Wolf’s Den” (sala prób Wolfbrigade – przyp. B.) studio nagraniowe dla siebie i innych zespołów?

Jocke: Tak, właściwie to pracuję nad tym już od dwóch i pół-trzech lat. Plan jest taki, żeby zbudować porządne studio, oczywiście nie najdroższe na świecie, raczej takie „demówkowe’, dla początkujących zespołów, ale zobaczymy jak to będzie. Na razie idzie wolno, ale do przodu.

Jak zmieniała się wasza muzyka w miarę upływu lat?

Jocke: Wiesz, my zawsze mieliśmy jakiś wewnętrzny kompas, który prowadził nas określoną drogą. Nasze granie zawsze kręciło się wokół zespołów typu Anti-Cimex i podobnych… Oczywiście, po drodze inspirowały nas różne rzeczy, i moim zdaniem słychać, że na niektórych płytach podchodziliśmy do muzyki bardziej eksperymentalnie. Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że nie wyszło to za dobrze, ale taki był czas i chcieliśmy wtedy zrobić coś odrobinę inaczej niż zwykle.

Erik: Na pierwszych płytach – i teraz ponownie na ostatniej – mieliśmy zajawkę na death metal starej szkoły, bo zawsze lubiliśmy taką muzykę. Zawsze staraliśmy się robić swoje jak najlepiej, ale mam wrażenie, że teraz odnaleźliśmy to brzmienie, jakie mieliśmy kiedy zaczynaliśmy z Wolfpack. Zdarzało się nam kręcić w kółko i działać trochę na oślep, ale moim zdaniem nowa płyta patrzy wstecz, ale ciągle do przodu.

A zauważacie zwiększone zainteresowanie Wolfbrigade ze strony fanów metalu?

Erik: Tak, i jest to miłe. Jak już wspomniałem, sami lubimy taką muzykę, poczynając od Venom i Bathory przez stary death metal. Myślę, że fani takiego grania znajdują w naszej muzyce te same wartości.

Ostatnio obserwujemy coraz odważniejsze próby łączenia brzmień crustowo/d-beatowych z black metalem. Co myślicie o takim kierunku?

Erik: Osobiście nie słucham takich rzeczy zbyt wiele, ale doceniam sam fakt, że mają miejsce. Kiedy my zaczynaliśmy, staraliśmy się łączyć surowy d-beat z deathmetalowym brzmieniem, a niektórzy mówili nam „och, nie możecie grać metalu i punka jednocześnie!”. Czasy się najwyraźniej zmieniły, dziś jest to akceptowane, i bardzo dobrze, bo muzyka musi się rozwijać.

Stałe pytanie – czytaliście „Szwedzki Death Metal” Daniela Ekerotha?

Jocke: Ja nie… jeszcze! Czekam, aż mi ją ktoś pożyczy (śmiech).

Erik: Ja też nie, na razie jestem w połowie „Blood Fire Death” („Blod Eld Död” Ika Johannessona i Jona Klinberga – rzecz o szwedzkiej scenie death- i blackmetalowej- przyp. B.), i jest to naprawdę niezłe.

Czy waszym zdaniem szwedzka scena hardcore/punkowa zasługuje na podobne upamiętnienie?

Jocke: Byłoby super. Zwłaszcza, jeśli taka książka prezentowałaby czasy od lat 80. w górę. Ludzie zawsze zaczynają opisywanie na roku 1977, a kończą na 1982, bo wydaje im się, że nic już się potem nie działo. Fajnie byłoby poczytać o tym okresie.

Mieliście czasem poczucie, że gatunek, w ramach którego się obracacie, jest zbyt sztywny, konwencjonalny i nudny?

Jocke: Tak naprawdę – mnóstwo, mnóstwo razy… Mam problem z słuchaniem nowszych zespołów – słyszałem ich już tak wiele, do tego sam tworzę muzykę, i czasem zwyczajnie mi się nudzą i trochę mnie męczą. Jasne, że trudno jest odnaleźć własną ścieżkę i brzmieć „po swojemu”, łatwiej kopiować i grać tak, jak reszta, ale niestety mało który zespół obecnie próbuje zrobić coś własnego.

Erik: Ja praktycznie nie słucham nowych kapel d-beat/punkowych z tego właśnie powodu… Siedzę raczej w klasycznym heavy metalu z lat 80., taka muzyka mnie inspiruje i może dlatego łatwiej jest mi pisać coś, co niekoniecznie brzmi jak wszystkie inne zespoły. Na niektórych z naszych płyt słychać, że inspirował nas przede wszystkim punk, który grało się dookoła – dziś nie wydaje mi się, że było to dobre. Osobiście sądzę, że lepiej było, kiedy po prostu robiliśmy swoje, jak na dwóch pierwszych płytach.

A zatem nie jesteście na bieżąco z tym, co się gra obecnie?

Erik: Już nie.

Jocke: Na etapie „Progression/Regression” słuchaliśmy dużo muzyki, która była wówczas popularna i staraliśmy się ją trochę nadgonić. Wtedy mogło to brzmieć ok, ale dziś słychać, że pewne pomysły trochę się postarzały. Obecnie patrzymy przede wszystkim na siebie – jak my sami brzmieliśmy i próbujemy odtworzyć ten klimat.

Erik: Moim zdaniem, na niektórych z naszych płyt słychać, że ich pisanie i nagrywanie nie sprawiało nam zbyt wielkiej przyjemności. Dlatego właśnie brzmią tak, jak brzmią, chociaż nie powiedziałbym, że to złe płyty.

Pogadajmy jak fan z fanami… Rzućcie mi proszę krótkimi opiniami na temat paru płyt. Na początek – „Grave New World” Discharge.

Jocke: Co mogę powiedzieć… Nie moja bajka (śmiech). Wolę „Why?” na przykład, kiedy grali bardziej d-beat’owo.

A podobają ci się ich nowe płyty?

Jocke: Próbowałem ich słuchać, ale nic z nich nie zapamiętałem.

Moim zdaniem są całkiem w porządku, a na pewno lepsze, niż to, co robi wiele kapel z podobnym stażem…

Jocke: Pewnie i są  ok, ale ciągle przeszkadza mi to, że perkusista nie gra d-beatu.

JOCKE RYDBJER –czym jest dbeat:

Kolejny –„Damage 381” Extreme Noise Terror…

Jocke: Niespecjalnie pamiętam nawet jak to brzmiało…

To ten ich „deathmetalowy” album.

Jocke: Ach, no tak! Pewnie dobrze się bawili przy nagrywaniu, ale chyba nie do końca wyszło to tak, jak powinno.

I trzeci – „Sonic Mass” Amebix.

Erik: Lubię tę płytę, chociaż nie znam jej za dobrze. Johan i Micke (basista i wokalista Wolfbrigade – przyp. B.) jako fani mogliby tu powiedzieć więcej. Moim zdaniem tak właśnie chcieli brzmieć od początku, ale nie umieli grać wystarczająco dobrze i nie mieli odpowiedniej produkcji. To tyczy się zresztą wielu starych zespołów, także tych grających ekstremalny metal – brzmieli w określony sposób, bo byli młodzi, nie mieli doświadczenia ani kasy na dobre studio. Gdyby mieli możliwość, już wtedy brzmieliby tak, jak dziś.

Czy winyl uratuje przemysł muzyczny?

Jocke: Trudne pytanie… Myślę, że raczej tak. CD jest nudny, nie daje takiej radości z posiadania. Ludzie chcą mieć coś, co wygląda jak płyta z prawdziwego zdarzenia. Mając płytę kompaktową, możesz równie dobrze ściągnąć ją w mp3, a winyl to już album w pełnym tego słowa znaczeniu. Na ten moment sprzedajemy o wiele więcej winyli niż kompaktów.

A czy sam jesteś zbieraczem płyt, kupujesz kilka winylowych wydań tego samego albumu we wszystkich kolorach tęczy?

Jocke: Oj nie… Kiedyś dużo kupowałem, ale przestałem, kiedy naprawdę zaczęło brakować mi pieniędzy. A potem, szczerze mówiąc, przerzuciłem się na ściąganie mp3-jek (śmiech). Ale jeśli pojawia się jakiś album, na którym mi bardzo zależy, i mam trochę wolnego grosza, zawsze kupuję płytę.

Czy kiedykolwiek kontaktował się z wami ktokolwiek z polskiego zina „Wolfpack”?

Jocke: Nie. Nigdy nie słyszeliśmy o takim zinie.

Pan redaktor zbiera szczękę z ziemi… Ostatnie pytanie: co dla was oznacza bycie punkrockowcem po trzydziestce?

Jocke: Mniej więcej to samo, co kiedy byłem młodszy. Różnica jest taka, że jestem o wiele spokojniejszym człowiekiem. Wiem kim jestem i czego chcę od życia, jestem z niego zadowolony i nie muszę już być nawalony siedem dni w tygodniu. Potrafię się wyluzować na inne sposoby.

Ciągle lubicie taki styl życia?

Erik: Jasne! Nie potrafiłbym żyć bez tego. Ok, nie możemy już jeździć cały rok w trasy, każdy z nas ma rodzinę, a poza tym głos Micke by tego nie wytrzymał. Jednak ciągle cieszy nas wyrwanie się na koncerty.

Jocke: Ciągle jest to tak samo przyjemne jak siedemnaście lat temu.

A czy będzie też za kolejne siedemnaście lat?

Jocke: Zdecydowanie tak! Będę tu za siedemnaście lat i powiem ci to samo, tyle, że trochę grubszy i siedząc na wózku inwalidzkim (śmiech).

 

Serdeczne podziękowania dla Wolfa za pomoc wszelką.

Słuchał, oglądał, rozmawiał Bartosz Cieślak.

Zdjęcia z DIY Fest: Artur Mieczkowski