WITCHMASTER – Love us or hate us

Nowy krążek Witchmaster to dzieło, które okazało się być czymś w rodzaju wisienki na torcie wieńczącym ten bardzo bogaty w dobre wydawnictwa rok. Mocny, rasowy album jaki uwarzył zespół spodoba się nie tylko zdeklarowanym fanom old schoolowego black/thrashu. Muzycznie zespół ma dziś do zaoferowania w moim odczuciu więcej niż kiedyś i być może niezamierzenie, ale daje nam płytę, która uderza metalem bardzo wysokiej próby. Ognistym i wysmakowanym. Zanim zaczniecie wydłubywać z zębów ości karpia, zapraszam na zapis rozmowy z Kalim, który opowiedział nam o paru kwestiach dotyczących Witchmaster!

Cześć Kali! Ostatnie tygodnie to bardzo intensywny czas dla Witchmaster, premiera nowej płyty, trasa koncertowa po Polsce. Doszliście już do siebie po trudach Dziczy?

Działo się, nie powiem. Ale nie było tak źle. Dzień, dwa i jestem jak nowy.

Jedenaście koncertów w doborowym towarzystwie Furii, Thy Worshiper i projektu Bartka Rogalewicza czyli Rogi, przetoczyło się przez Polskę z siłą huraganu. Dla Witchmaster był to pierwszy po dłuższej przerwie koncertowy ciąg; uważasz, że wasz sceniczny show był atrakcyjny dla publiczności? Jesteś zadowolony z tego jak zaprezentował się Witchmaster na wspomnianej trasie?

Czy nasz show był atrakcyjny? Atrakcyjna to może być cena w biedronce albo pani do towarzystwa. Nasz koncert ma10387190_743380535685342_2967750795407117922_o rozpierdolić słuchacza na drobne kawałeczki. To jest black metal a nie rurki z kremem. Uważam, że koncerty wyszły zajebiście, patrząc na przyjęcie, frekwencję i reakcje publiczności, to jak najbardziej. Nie na wszystkich koncertach mogliśmy rozciągnąć zasieki z drutu ostrzowego, ze względu na wielkość sceny, np. w Warszawie. Ale na większości koncertów był i krew się lała. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu żeby przygotować się do koncertów, ja np. w ogóle nie miałem żadnych prób przed tą trasą, a ostatnio graliśmy razem chyba z półtora roku wcześniej z Vomitor w Londynie. Ale jestem w miarę zadowolony z przebiegu trasy.

Pozostając jeszcze przez chwilę w temacie łączącym się z Dziczą w sposób nierozerwalny, zapytać muszę Cię o absencję Inferna. Wiele osób liczyło na to, że tym razem na pierwszej od kilku lat polskiej trasie pojawicie się w pełnoprawnym składzie a tymczasem musieliście posiłkować się zastępstwem. Nie udało się zgrać grafików a może jak twierdzą internetowi złośliwcy, Inferno w składzie Witchmaster to jedynie taki marketingowy wabik, który ściąga słuchaczy…

Inferno w tym czasie był z Behemoth na trasie w Ameryce Południowej. Pewnie że było by zajebiście gdyby zagrał, ale nie mógł się przecież rozdwoić. Zamiast tego zagrał znany i lubiany Zaala min. z Christ Agony. Nie ma letko. W podobnej sytuacji jest Azarath. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się zagrać trasę w pełnym składzie, ale jeśli weźmiemy pod uwagę grafik Behemoth to może być ciężko. No tak, z tym wabikiem to faktycznie prawda, przyznaję. Przejrzeliście nasz chytry, marketingowy plan, już myślałem, że nam się upiecze a tu bum, znawcy tematu nas rozpracowali. Chylę czoła przed tak światłymi tytanami intelektu.

Walizki po Dziczy rozpakowane, ale promocja nowego bękarta Witchmaster właśnie teraz powinna nabierać rumieńców i toczyć się ze zdwojoną siłą. Z jakim zainteresowaniem spotyka się jak do tej pory płyta? Czytając recenzje, jakie ukazują się w zagranicznych serwisach muzycznych widać jak na dłoni, że 1512611_674887485867981_1888281134_n„Antichristus…” to materiał, który oceniany jest wysoko – odczuwasz z tego powodu satysfakcję?

Płyta dostaje dobre recenzje. Będziemy ją dalej promować, w tej chwili myślimy o trasie po Europie w przyszłym roku. Nie nagrywamy płyt za często, więc jak już się coś urodzi to trzeba iść za ciosem. Satysfakcja, nie, to nie jest właściwe określenie. Płyta jest bardzo dobra i samo jej zrobienie dało mi ogromną satysfakcję, a co się teraz o niej będzie mówić to już kwestia drugorzędna. Zresztą, nie można dogodzić wszystkim, i na pewno my, jak mam nadzieję się już zorientowałeś, nie jesteśmy zespołem, który nagrywa płytę żeby dogodzić słuchaczom.

W wywiadach mówisz, że nie przepadasz za graniem koncertów, ale czy nie jest to najlepsza droga ku temu by ocenić czy Twoja muzyka ma odbiorców? Rozmawiałaś z fanami podczas trasy? „Antichristus…” zdobył uznanie wśród fanów?

Nie przepadam za graniem, ale chyba mam na to teraz bardziej wyjebane niż dawniej, tzn. mam do tego większy dystans. Oczywiście, jeśli chcesz wypromować zespół to musisz jeździć i grać, grać, grać. W ten sposób można wypromować nawet największe beztalencie. Tylko że mi nigdy za bardzo nie zależało na wypromowaniu Witchmaster. Z fanami owszem, rozmawialiśmy, ale w tamtym momencie płyta dosłownie dopiero co się ukazała i nikt jej jeszcze nie słyszał. Nie mam jednak wątpliwości, że ci, którym nie przypasi, nie zostawią na nas suchej nitki, zresztą, jebią nas przy okazji każdego naszego albumu do tej pory, więc to już tradycja. Love us or hate us.

Love us or hate us

Love us or hate us

W moim odczuciu nowy krążek Witchmaster to bardzo głęboki zwrot ku przeszłości metalowego grania. Dziś określiłbym zawartość „Antichristus…” jako konkretny speed/thrash/heavy/black… Cofnęliście się do początku lat 80-tych, ale jednocześnie sprawiliście, że wasza muzyka stała się bardziej dynamiczna, otwarta – jak dla mnie Witchmaster kopie dziś dużo mocniej niż kiedyś. Czy taka zmiana wynika z Twoich aktualnych fascynacji muzycznych? Jakie płyty towarzyszyły Ci przy komponowaniu materiału na „Antichristus…”?

Tak, jest tam trochę takich prehistorycznych kawałków. Płyta jest jednak w moim odczuciu dość zróżnicowana, bo są i kawałki jak z początku lat 80-tych, są krzaki, są tez świeże zagrywki. Chcę grać prosto i surowo, zamiast masturbacji gitarowej musi być prosto i do przodu. Płyty… to prawda, słucham jakichś archiwalnych płyt, ale słucham też płyt, które nijak się mają w ogóle do metalu…

Nowy materiał to również bardzo dobre, cholernie energiczne, żywe i pełne werwy brzmienie. Masz jakieś szczególnej natury wspomnienia z sesji? Twoim zdaniem dziś ma znaczenie w jakim studio nagrywasz czy zamierzony efekt da się osiągnąć praktycznie wszędzie?

Studio ma ogromne znaczenie, sprzęt, na którym grasz ma ogromne znaczenie. Brzmienie płyty to zasługa Janosika i jego studia oraz tego co zrobił z tym Malta podczas miksu. Faktycznie, brzmienie jest bardzo dobre, i czasami zastanawiam się czy nie za dobre jak na Witchmaster…

Wróćmy jeszcze na chwilę do osoby Inferna. Po wydaniu „Trucizny” mówiłeś, że ważne jest dla Ciebie by Witchmaster posiadał perkusistę, z którym grać będzie można próby i koncerty. Czy Inferno jest właśnie takim mocnym punktem zespołu a może to Twoje priorytety uległy zmianie?

Z Bastkiem mogliśmy sobie spokojnie grać próby i ogrywać materiał i to był komfortowy układ. Niestety, Basti nie gra już na nowej płycie, jest za to Inferno, a z nim wiadomka, co tydzień prób robić nie będziemy. Oczywiście, jak już mówiłem, fajnie byłoby mieć taki komfort, ale to jest nierealne. Więc nie tyle moje priorytety uległy zmianie, ale raczej musiałem je lekko nagiąć do zaistniałej sytuacji.

Nowy materiał ukazał się za pośrednictwem Osmose, firmy, która dziś w niełatwych dla wydawców czasach wydaje się być cieniem samej siebie. Czy kontrakt z Osmose jest optymalny z punktu widzenia Witchmaster? Nie myślałeś o tym by zespół wrócił do Agonia Records – wytwórni, która dziś sięga po zespoły z naprawdę wysokiej półki… Jak wspominasz czas spędzony w Agonii wszak o tej firmie opinie są skrajnie różne?

Z Osmose mamy dobry układ i na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Faktycznie, ostatnio jakby zwolnili, ale ja jakoś mam do tej firmy ogromny sentyment, który być może nawet przesłania mi pragmatyczne spojrzenie… Co do Agonia, to raczej nie widzę nas w tej wytworni, nie myślałem o tym i nie sądzę żeby Filip był taką perspektywą zachwycony. Faktycznie, opinie są bardzo skrajne, np. Infernal War nie mogą o Agonii złego słowa powiedzieć, w naszym przypadku nie wszystko poszło tak jak ustaliliśmy i to chyba wszystko co mam do powiedzenia.Live2

Gdy zaczynaliście przygodę pod szyldem Witchmaster, takie granie było obecne w bardzo głębokim podziemiu. Nie ma przesady w twierdzeniu, że była to swoista nisza w niszy, którą interesowało się naprawdę wąskie grono odbiorców. Zupełnie inaczej ma się sprawa dziś, gdy old school’owy metal stał się na swój sposób modny. Z czego Twoim zdaniem wynika wzrost popularności takiej muzyki?

Dokładnie, to była nisza i wydaje mi się, że dalej tak jest. Tak naprawdę nie interesuję się takim graniem, tzn. nie słucham zbyt wielu takich kapel, więc mam słabe rozeznanie. Z tą modą bym nie przesadzał. Jeśli już młodsi, nowi ludzie zaczynają się interesować oldskulem to dlatego, że jest autentyczny i nie aż tak pretensjonalny jak całe tony „nowych” kapel, no człowieku, przecież tego się nie da nawet 10 minut słuchać. Tysiące kapel, które brzmią tak samo zajebiście syntetycznie i tak samo bez osobowości, bez czegoś co by je wyróżniało. Zresztą, nie ma co się czarować, jak miesięcznie wychodzi, powiedzmy, 100 nowych płyt to trudno żeby wszystkie były kamieniami milowymi w muzyce. Więc ludzie powracają do tych kamieni milowych, które już gdzieś ktoś podstawił. Ludzie zawsze będą powracać do tego co się grało kiedyś, słuchać tych wszystkich zajebistych starych płyt i zaczynają kopać coraz głębiej… ale to jest garstka. Dla mnie to muza, na której się wychowałem i tyle.

Na zakończenie chciałbym zapytać Cię o to czy odczuwasz wzrost zainteresowania swoim zespołem przez młodszych fanów, tych, którzy to niedawno odkryli starą szkołę metalu?

Nie odczuwam, i szczerze wydaje mi się, że grupa ludzi słuchających tzw. old schoolowego grania jest gatunkiem na wymarciu. Oczywiście, może się mylę, ale ja jestem oderwany od rzeczywistości, więc co to za różnica i kogo w ogóle obchodzi co ja myślę. Pozdro.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: archiwum zespołu