WILD BOOKS – chcemy grać dla wszystkich!

Komuś może się wydawać, że duet to prosta sprawa. Logistycznie łatwizna, ogarnięcie instrumentów też lepsze niż np. w kwintecie. Nic, tylko hałasować. W rzeczywistości trzeba niezwykłej świadomości i zdecydowania, żeby dwie osoby były w stanie zrobić całą orkiestrę. Słuchając debiutanckiej płyty Wild Books, nie mam wątpliwości, że warszawski duet bardzo dokładnie wie, co i jak chce grać. Nie słyszę tu fałszywych nut, jest za to cała masa okrutnego przesteru, za którym  kryją się zwiewne melodie. Trudno rzec, czy to stara muzyka, czy nowa inspirowała naszych grajków, a co ja tu słyszę, wyraziłem już w recenzji. Teraz czas oddać głos Grzegorzowi i Karolowi, sprawcom zamieszania. Odpowiadali razem i osobno a poniżej efekty owych słownych potyczek .

Na początek, skupmy się na ostatnich wydarzeniach, czyli trasie z The Stubs. Może jakaś wiązanka wspomnień, niezapomnianych nocy i rock’n’rolowych poranków? Co szczególnie utkwiło Wam w pamięci?

WB: Dopiero co wróciliśmy z trasy i dochodzimy do siebie. Na pewno będzie co wspominać, bo było bardzo miło. Naszym zdaniem najfajniej wypadły Malmo, gdzie graliśmy w Glassfabriken, małej klubokawiarni wypakowanej ludźmi. Równie dobrze było w Kopenhadze w Bumzen, gdzie nasza znajoma obchodziła urodziny, w Similde w Lipsku, ze względu na super atmosferę, bardzo kameralną i domową, Opava, bo ludzie świetnie się bawili i piliśmy dobre piwko. No i Kraków i Warszawa, na obydwu super nam się grało i przyszło dużo ludzi.

Zastanawia mnie fakt, że gracie jako duet. Z czego wynika taki wybór? Brak basistów? Oszczędność, wygoda? Od razu nasuwa się porównanie do pewnych bandów „stamtąd”…

G: Wygląda to tak, ponieważ Wild Books na początku był moją solową rzeczą. Zagrałem tak około 10 koncertów i na ostatnich kilku, kiedy zacząłem używać fuzza, pomyślałem sobie, że czas najwyższy spróbować z bębnami. Karol wpadał wcześniej na gigi; zgadaliśmy się pewnego dnia i zaczęliśmy grać razem próby, koncerty no i w końcu nagraliśmy płytę.

K: Wyszło zupełnie naturalnie, bez żadnego oglądania się na nikogo. Ale nie wykluczamy, że kiedyś spróbujemy zagrać koncert z gościem czy gośćmi.WB1

Mamy zatem wytłumaczenie sytuacji, jednocześnie warto zauważyć, że bez basu zespół brzmi bardzo spójnie i naturalnie. Długo trwało zgrywanie i transponowanie solowej, akustycznej wersji na elektryczny Wild Books, jaki znamy z płyty?

G: Graliśmy próby przez parę miesięcy, od zimy ’13 do lata. Ze wspomnianego, solowego okresu cztery piosenki znalazły się na płycie, pozostałe powstały już w nowym składzie. A przetransponowanie starych numerów polegało na włączaniu przesteru w odpowiednim momencie i dograniu bębnów

Ok – przester. Często muzycy w poszukiwaniu odpowiedniego brzmienia grzebią w przeszłości, wykopując różne, stare urządzenia. Jakich efektów Wy używacie, by uzyskać tak miodziasto – monstrualne brzmienie?

G: Pytanie rodem z magazynu Gitarzysta. Jaram się (śmiech…).

K: Nie znam tego nerd – języka perkusistów, więc co do brzmienia, to mam perkusję składającą się z absolutnej podstawy plus dwa talerze. Co do tych talerzy to bardzo je lubię bo są głośne!

Z tego co mówicie, wszystko wygląda na bardzo naturalne, wręcz spontaniczne, choć z mojego punktu widzenia, macie bardzo sprecyzowaną i przemyślaną wizję muzyki. Czy faktycznie obyło się bez inspiracji, czy może jednak jacyś konkretni wykonawcy wpłynęli na oblicze Wild Books?

WB: No bo takie jest. Wiesz, to nie jest tak, że się jakoś specjalnie nad tym zastanawiamy. Obaj słuchamy bardzo dużo muzyki, różnych zespołów. Dużo gadamy razem o naszym brzmieniu, ale nie jest tak, że się inspirujemy jakąś konkretną kapelą. Rozstrzał naszych inspiracji jest naprawdę bardzo szeroki.

Zatem nie zgadzacie się z tym, co napisałem w recenzji, że waszymi dziadkami są jeno bracia Reid i Pixies?

WB: Totalnie tak! Lubimy ich. Bardzo nam miło!

Dobra – nie mogę się powstrzymać. Zdajecie sobie sprawę, że swoim wizerunkiem i formą muzyki trafiacie w sedno tzw. hispterki? Uznajecie coś takiego jak „modne granie”?

WB: Nie wiemy za bardzo, co to jest hipsterka i modne granie, staramy się po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych. Czy to miał być „pojazd”?

chcemy grać dla wszystkich!

chcemy grać dla wszystkich!

Nie. Modne granie, czyli stare granie. Cały czas, słuchając Waszej płyty zastanawiam się czy muzyka Wild Books jest nowoczesna przez swoje nawiązanie do chociażby klimatów shoegaze, czy dosłownie i klasycznie tradycyjna?

WB: Może dlatego, że prywatnie słuchamy przeważnie starych rzeczy, albo nowych, które inspirują się starymi – być może z tego powodu wszystko to tak brzmi?

A popowych też słuchacie? To kolejna konstatacja, że Wasza muzyka ma całe pokłady popowego lukru. Zdajecie sobie sprawę, że gdy wyłączymy przestery, mamy radiowe hity (śmiech)?

WB: Jasne. Pewnie dlatego, że obaj lubimy lata 60-te, garage rock. Jak weźmiesz piosenki takich zespołów jak The Standells, Sonics czy Seeds to są to bardzo przebojowe rzeczy, po prostu dobrze skomponowane piosenki.

G: Ja prywatnie jestem też fanem Tommy James & The Shondells czy Shangri-Las. Mega!

Mamy muzykę, mamy zgrzytliwy power pop. Czas ten szajs nagrać. Napisałem w recenzji (jak widać, jestem narcystycznym dupkiem…), że takie brzmienie ukręcić mógł jedynie szaleniec. Czy faktycznie ta sesja byłą jakoś wyjątkowa, granicząca z katastrofą? Czy wręcz przeciwnie? Były jakieś wpadki, o których chcielibyście zapomnieć, ale na łamach Violence je zdradzicie?

WB: Wręcz przeciwnie! Byliśmy bardzo dobrze przygotowani do „nagrywki”, bo zrobiliśmy przedtem dużo prób. Nagrywaliśmy w fajnym miejscu, w domku letniskowym na skraju lasu. Swoje mobilne studio przewiózł do nas Michał Ścibior, z Wieloślad Studio. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego jak ta płyta brzmi. Nie było żadnych wpadek, sprawnie nagraliśmy wszystko w cały weekend. Z ciekawostek to jednego wieczoru była super burza i wysiadł prąd, więc musieliśmy gotować kolację po ciemku…WB Live

Czy istnieje coś takiego jak „przekaz Wild Books”? Słowa są dla was narzędziem, komunikatem? Jest jakaś idea spajająca obraz tej płyty?

WB: Chyba nie ma idei, która spaja tę płytę, jest to po prostu zbiór piosenek. Może nie widać tego bezpośrednio po estetyce naszego zespołu, ale sprawy takie jak wegetarianizm, czy antyfaszyzm są nam bliskie. Staramy się wspierać wszelkiego rodzaju inicjatywy DIY.

Czyli jesteście blisko estetyki hardcore’a – zdarza się Wam grać na imprezach stricte hardcore’owo – punkowych? Czy taka publika mieści się w waszym targecie, jeśli takowy istnieje?

G: Ja na przykład z takim środowiskiem nie miałem nigdy nic do czynienia (oprócz tego, że poważam parę zespołów…), więc jest mi tym bardziej miło, że ktoś z hardcore’a się jara tym co robimy.

K: Z kolei mnie idee hc/punk są bardzo bliskie, dlatego też cieszę się, że z naszą muzyką możemy grać na tej scenie.

WB: I właśnie dlatego zdarza się, że gramy na tego typu imprezach, bo chcemy grać dla wszystkich!

Ok, nie będę was więcej męczył. Zdradźcie mi na koniec, skąd pomysł na okładkę z tym zdezelowanym vanem?

WB: Karol znalazł pocztówkę w antykwariacie. Z tyłu ktoś napisał, że jest ładna pogoda i że wszyscy się dobrze czują. Widoczek był ze Szklarskiej Poręby, albo czegoś w tym stylu. Stwierdziliśmy, że idealnie pasuje na okładkę!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Mike  Champagne (live)/Bartek (foto naścienne)/Radek (foto morskie)