WHALESONG – żaden wieloryb nigdy nie śpiewa tak samo

Historia polskiego industrialu nie jest tak bogata i rozległa jak bohaterskie czyny rodaków, o których tyle uczono nas w szkołach. Niewątpliwie pojawiło się kilka płyt mających zadatki na dzieła wybitne, jednak ginęły w mrokach. Dlatego z zaskoczeniem przyjąłem wieść, że komuś chce się jeszcze reanimować takie dźwięki i że czyni to z tak znakomitym skutkiem. „Filth” to pół godziny maniakalno – szamańskich hałasów, które z jednej strony opierają się o dokonania Godflesh a z drugiej składają głęboki hołd najważniejszemu zespołowi Michaela Giry. Whalesong to zespół na tyle oryginalny, nietypowy i stylistycznie określony, że wstydem byłoby przejść obok niego obojętnie. Violence byłby ślepy, gdyby nie zwrócił uwagi na ten niesamowity duet… Przed szanownym Państwem Michał „Neithan” Kiełbasa.

Whalesong jest bardzo młodym, choć jednocześnie “starym” stylistycznie zespołem – co skłoniło Was do odkurzenia formuły, która wydawać by się mogło, przestała już ludzi interesować?

Zdecydowanie brak perkusisty (śmiech). W dużym skrócie: mieliśmy zabookowany koncert, bębniarz zrezygnował i wpadłem wtedy na pomysł by użyć automatu perkusyjnego. Napisałem zupełnie nowy materiał z wiedzą, że bębny do niego będą programowane i to co wtedy stworzyłem słychać na „Filth”. Ogólnie wszystko ewoluowało z czasem, a że jestem maniakiem takiej muzyki to siłą rzeczy takie dźwięki wychodziły naturalnie.

Każdego, nawet średnio zorientowanego fana muzyki mechanicznej, szczególnie rodem z Ameryki, zelektryzuje tytuł płyty. Czy to świadome nawiązanie do SWANS?

Poniekąd tak. Tytuł wziął się od utworu który nazwałem właśnie „Filth”. Roboczym tytułem tego materiału było „Dead Planet” ale chcieliśmy coś krótszego, dosadniejszego – i padło właśnie na obecną nazwę. Poza tym jednym z powodów jej wyboru była chęć złożenia hołdu zespołowi SWANS.

... żaden wieloryb nigdy nie śpiewa tak samo...

Skąd pomysł na nazwę zespołu? Jaka filozofia za nią stoi?

Chciałem by nazwa była nietypowa i kojarzona tylko z nami. Pewnego dnia zaświtała mi w głowie i bardzo spodobała. Niedługi czas potem wyczytałem w jednym artykule że żaden wieloryb nigdy nie śpiewa tak samo – a my również nie chcemy ciągle trwać w stagnacji, chcemy ewoluować, modyfikować naszą muzykę. Ten artykuł utwierdził mnie w przekonaniu że to dobra nazwa.

Na swojej płycie oddajecie hołd wspomnianym Łabędziom i grupie Godflesh. Zanalizujcie, co w tych dźwiękach Was zaintrygowało do tego stopnia, że postanowiliście iść podobną drogą?

Wszystko! (śmiech) Każdy z tych zespołów zmienił w sporym stopniu moje życie i podejście do muzyki. Przede wszystkim i SWANS i Godflesh szły swoją drogą, nie oglądali się na innych, ich muzyka była i dalej jest do bólu szczera i prawdziwa.

Whalesong to projekt dwóch muzyków – nie czujecie się ograniczeni takim składem – jak wyglądają Wasze koncerty?

Na początku nie wiedzieliśmy jak to wyjdzie, ale z czasem zaczęło nam to odpowiadać. Nie odrzucam jednak możliwości że któregoś dnia powiększymy nasz skład. Co do koncertów – widzisz aż dwie osoby oraz laptopa (śmiech). Moim zdaniem może to zainteresować ludzi gdyż jest to niezbyt częsty widok.

Wybaczcie, ale słuchając Waszej muzyki ciągle wyobrażałem sobie, jak zabrzmiałaby, gdyby dołączyć do niej żywego perkusistę. Nie brakuje Wam mocniejszego, żywego bitu?

Jeśli znajdziemy kogoś kto będzie czuł taką muzykę i będzie chętny grania z nami – czemu nie! Obecnie piszę utwory na pełny album – i już teraz mogę powiedzieć że bębny będą zdecydowanie mocniejsze. Faktem jest że na „Filth” nie mają tej siły – ale ten materiał znowu ma trochę inny charakter – bardziej duszny i transowy. Pełna płyta za to będzie miała więcej ognia, a sample będą zdecydowanie dawać w twarz (śmiech).

“Filth” to mocny, zahaczający o noise, gitarowy wyziew, który po drodze dotyka muzycznej awangardy i muzyki konkretnej. Czy mieliście jakieś wyznaczniki, kierunek, w którym podążaliście podczas prac nad płytą, czy raczej był to spontaniczny strumień świadomości?

Zdecydowanie to drugie! Można powiedzieć że ta muzyka pisała się sama, ja jej tylko trochę pomagałem (śmiech).

Grafika waszej płyty tchnie tzw. swojskim industralem z urbanistycznym posmakiem. Czy nasze miasta są dla Was dużą inspiracją? Co najbardziej urzeka w tej naszej, nieposkromionej surowej urbanistyce?

Studiuję w Katowicach także codziennie oglądam te wszystkie budynki – i na pewno to moje otoczenie ma spory wpływ na mnie. Zdumiewa mnie ten ogrom i wspomniana przez Ciebie surowość. Poza tym to wszystko ma pewien niesamowity klimat.

Jeszcze odnośnie występów na żywo – Wasza muzyka prowokuje, by na scenie działo się coś więcej niż tylko zwykły dźwięk – czy macie jakiś scenariusz, który realizujecie na żywo?

Na chwilę obecną skupiamy się tylko na generowanych przez nas dźwiękach. Nie ukrywam że chcielibyśmy wykorzystać wizualizacje obrazujące w jakiś sposób te dźwięki – w tej chwili jednak nie dysponujemy takimi możliwościami.

Czy zamierzacie przygotować do któregoś z utworów obrazek?

Mam pomysł na obraz do „Baptism In Post Nuclear Acid Lake” – nie wiem jednak czy uda nam się go zrealizować.

Jakie są plany na nadchodzące miesiące – czy wydanie płyty wieńczy dzieło, czy jest tylko pewnym punktem w Waszych poszukiwaniach – są już zarysy nowego materiału?

Przede wszystkim koncerty ! Mamy już parę nowych numerów – na pewno zagramy niektóre z nich na release party które odbędzie się 18 sierpnia w Bielsku-Białej w klubie Rudeboy. Poza tym najbliższy czas na pewno poświęcimy na pisanie nowego materiału oraz próby rozpromowania naszego debiutanckiego materiału!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia P. Kowalski