WE CALL IT A SOUND – wchodzenie do szuflady

Okazuje się, że połączenie folku i elektroniki niekoniecznie musi być ciężkostrawne. Taka jest najnowsza, trzecia już płyta We Call It a Sound, braterskiego duetu z wielkopolskiego Kębłowa, na której spotykają się ludowe przyśpiewki, elektroniczne pejzaże, szczypta indie rockowej dynamiki, dubu i całe mnóstwo zakręconych i mało oczywistych melodii. Trójpole nie jest może najłatwiejszą porcją muzyki, trzeba przyzwyczaić się do specyficznej maniery zespołu, stawiającego sztukę wokalną na pierwszym planie a także bardzo oryginalne podejście do aranży utworów. Czy zatem WCIAS zagrają na ludowym festynie? Czy między braćmi iskrzy i dokąd zmierzają w swoich poszukiwaniach? Na te pytania odpowie nam Karol Majerowski, brat Filipa… 

Na dobry początek taka kwestia: co skłoniło Was do eksploracji świata elektronicznego? To nadal jest dość nietypowe rozwiązanie – zespół bez gitar, bębnów itp…

Powodem było to co napędza nas po dzień dzisiejszy. Szukaliśmy po prostu nowych środków wyrazu, świeżości w sztuce, w działaniu. W czasach gimnazjalnych i licealnych graliśmy w rockowych zespołach, klasycznych składach z bębniarzem i gitarami. W wyniku poszukiwania nowych światów w muzyce, trafiliśmy na muzykę syntezatorową np. na Kraftwerk czy Massive Attack. Ale wróciliśmy też do grania gitarowego na naszej najnowszej płycie „Trójpole”, cały czas to lubimy.

Właśnie – Trójpole. Płyta rozwala mnie eklektyzmem i pomieszaniem wszystkich możliwych i niemożliwych wątków. Od ludowych przyśpiewek po drony… Czy możesz jakoś nazwać waszą sztukę? Gdzieś mi avant pop wyskakuje, ale to określenie nie ogarnia tego, co znajdujemy na Waszej nowej płycie…

Wydaje mi się, na obecnym etapie, próba sklasyfikowania naszej muzyki jak całości skończy się niepowodzeniem. My zresztą dążyliśmy na tej płycie do tego by do pewnych szuflad po prostu wejść. Mamy wyraźne na wiązania do muzyki dubowej, wyraźne do muzyki r’n’b i jeszcze bardziej wyraźne do folku. Przed każdym z tych określeń można postawić przedrostek „neo”, bo wydaje mi się, że nikt nie grał wcześniej w ten sposób. Sądzę też, że jesteśmy częścią kultury alternatywnej. I tutaj należy nas szukać.

wchodzenie do szuflady

wchodzenie do szuflady

Czyli neo – indie… W Waszej muzyce słychać duży ukłon w stronę folku – zarówno w warstwie melodycznej, jak i tekstowej. Skąd to upodobanie? tym bardziej, że taka muzyka kojarzy się z tradycyjnymi instrumentami a nie syntezatorami i samplami. Ma to jakieś głębsze podłoże?

Tak. Początki były właściwie filozoficzne. Zastanawiałem się mocno nad zagadnieniem tożsamości w sztuce i możliwości wyrażenia poprzez sztukę przynależności, czy to terytorialnej, mentalnej, społecznej. Nawiązanie do folku miało być z naszej strony hołdem dla naszych rodzinnych stron, ale też podłożem do opowiedzenia pewnych historii, mających związek z Kębłowem, wsią z której pochodzimy. Folk polski miał być też tworzywem, do ulepienia własnej formy muzyki, gatunku. Myślę, że cały czas poszukujemy tego czegoś lecz czuję też, że to właściwa droga.

Może to durne, ale czy w związku z tym mieliście np. propozycje zagrania na imprezach typu dożynki, festyny ludowe itp, czy jednak bariera instrumentalna jest nie do pokonania? W sensie –  za mało tradycyjnie…

Myślę, że jeszcze nie staliśmy się do końca częścią tej kultury, kultury rdzennej ludowej, żeby takie propozycje padły. Ale ciekawe, że o tym mówisz bo niedawno narodził się w naszych głowach pomysł na trochę bardziej tradycyjne aranżacje tych utworów. Np. na granie gdzieś w plenerach.

A propos aranżacji – tworzenie w duecie jest łatwiejsze od normalnego składu? Czy to, że zespół tworzą bliźniacy generuje „iskrzenie”?  

Faktem jest, że kiedyś dochodziło między nami do dużych kłótni, ale na polu artystycznym zdarzały się one zdecydowanie rzadziej. Takim iskrzącym czasem był czas po „Homes & Houses” a przed „Trójpolem”. Może nie poleciały młotki, ale toczyły się zażarte dyskusje, głównie na temat roli folkloru w muzyce i obecności tego typu nawiązań. Wybieramy zawsze jednak drogę dyskusji i dajemy sobie dużo czasu na przemyślenia. Myślę też, że większe iskrzenie jest często między ludźmi niespokrewnionymi. Byłem często tego świadkiem, a w niejednej kapeli zdarzyło mi się grać.

Jak wygląda w Waszym przypadku proces twórczy? Słuchając niektórych numerów z Trójpola, odniosłem wrażenie, że na początku były partie wokalne a dopiero potem pojawiały się instrumentacje. Czy jest jakiś schemat tworzenia muzyki We Call It a Sound?

W przypadku utworów folkowych tak właśnie było, że wokale powstawały w pierwszej kolejności. Uważam, że w muzyce ludowej to śpiew jest cechą najbardziej charakterystyczną. Nie mówię tutaj konkretnie o barwie głosu, ale o akcentach, frazowaniu. Właściwie to melodia śpiewu nadaje ton i ciągnie utwory ludowe w jakimś kierunku. Stricte schematu nie ma, jednakże moim zadaniem na tej płycie było głównie pisanie wokali. Filip natomiast często przynosił podkłady, w których do pełni szczęścia brakowało po prostu niebanalnych wokaliz.Trójpole

Idąc dalej – jakiego instrumentarium używacie? Co Wam towarzyszy podczas koncertów, bo rozumiem, że teraz występujecie jako duet? Czy muzyka We Call It a Sound jest trudną materią w kontekście grania na żywo?

Podstawą naszego brzmienia są syntezatory, generowane za pomocą różnego typu sterowników MIDI. Korzystamy też z samplera który jest źródłem bitów. Gramy też na basie i gitarze, chociaż one są raczej domeną Filipa. Materiał z „Trójpola” jest jednak ciężko ujarzmić we dwójkę i nie wszystkie utwory gramy na scenie. Muzyka ta jest, tak uważam, trudna do grania na żywo, ale nie ze względu na poziom skomplikowania lecz dlatego, że wymaga od grającego otwartej głowy i dużej dozy czucia, groove’u, feelingu. Obecnie szukamy odpowiednich muzyków.

Muzyka jest wielopoziomowa, to fakt. Nowa płyta została wydana przez was samych – z czego wynikała taka sytuacja? Chęć kontroli? Brak wydawców?

Czynników było wiele. Brak wydawców był jednym z nich. Jednakże, nie brak było nam odwagi, żeby zrobić to samemu, więc podjęliśmy wyzwanie. Działając w pojedynkę o wszystkim decydujemy my. Znaczące było też to, że po naszych ostatnich dwóch płytach, było nas po prostu na to stać. To wszystko była kasa z grania.

Jak z Waszej perspektywy będą wglądały ruchy promocyjne – czy bez wydawcy uda się „wstawić” płytę do sklepów, będą wywiady? Czy raczej stawiacie na internet i wieści przekazywane rzez fanów? Jest coś takiego jak fan We Call It a Sound?

Płyty raczej nie znajdzie się w sklepach, na półkach. Bez wydawcy jest to rzeczywiście dosyć trudne, a w naszym przypadku wątpliwy jest W w domusens ekonomiczny tego typu działań. Głównie staramy się promować na łączach internetowych, ale też miło nam, gdy słyszymy swoje utwory na falach radiowych. Moim zdaniem, radio długo pozostanie pewnym wyznacznikiem w ocenie popularności zespołu i będzie zyskiwać na sile w kwestii promocji, w obliczu zalewającej internet muzycznej masy. Jeśli chodzi o fanów WCIAS, to znam kilku np. moi znajomi (śmiech…).

Z działań promocyjnych najważniejsze są koncerty. Ile ich gracie, z kim i gdzie? Przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie was np. na koncercie obok typowo rockowych załóg. Macie jakichś wykonawców, z którymi chętnie dzielicie sceny?

Nie gramy dużo koncertów. Sporadycznie, średnio to dosłownie kilka w roku. Najczęściej w ramach festiwali, mniejszych czy większych. To też nie jest do końca koncertowa muzyka, fakt. Ale kiedyś graliśmy ogniste koncerty, za czasów liceum . Zdarzało nam się grać koncerty z naszymi przyjaciółmi z Kalisza, związanymi z Soul Asylum Records, na polu muzycznym świetnie się rozumiemy. Może niedługo też coś poczynimy.

Co zatem musiałoby się wydarzyć, żebyście częściej pojawiali się na żywo? Pełny skład? Czy We Call It a Sound to w zasadzie hobby, czy traktujecie zespół jako coś w rodzaju inwestycji na przyszłość?

Niewątpliwie pełny skład jest potrzebny. Stęskniliśmy się za graniem w pełni na żywo, materiał z nowej płyty świetnie się do tego nadaje, żeby grać go z zespołem. 10 maja graliśmy na festiwalu Off Plus Camera w Krakowie i możliwe, że przed jesienią to był nasz ostatni koncert. Propozycji brak, pomimo starań. Jesteśmy chyba za mało medialni . WCIAS to nasza pasja, ale pasją jest cała muzyka w ogóle, sztuka, literatura. Fajnie byłoby mieć jakąś perspektywę finansową w przypadku takiej bezkompromisowej działalności, ale w rzeczywistości w której żyjemy, raczej nie ma na to szans. Dlatego pozostaje nam tylko robić swoje.

Ok, na koniec zdradź, jakie płyty wpłynęły na Twój muzyczny punkt widzenia? Kilka najważniejszych… No i ostatnie słowo dla naszych czytelników.

Animal Collective – Strawberry Jam, Arcade Fire – Funeral, Slums Attack – Na Legalu? , Modest Mouse – The Moon and Antarctica, In the Court of the Crimson King, Karate – The Bed Is In The Ocean, Lech Janerka – Historia Podwodna, Muzyka Źródeł Polskiego Radia – Wielkopolska. Czytelników Violence zachęcam do nieustannego poszukiwania w muzyce rzeczy nietuzinkowych i bezkompromisowych, tym samym polecam naszą płytę „Trójpole”. Pozdro!  

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia i teledysk:  Grupa Napięcie