WE ARE IDOLS – Zostałem zwykłym człowiekiem

Wrocławski We Are Idols wydaje się być panaceum na duchową nędzę dzisiejszego hardcore/punka. Drugi album, zatytułowany „Powerless”, wprowadza do pierwotnie żywiołowej, nasiąkniętej death’n’rollem stylistyki zespołu elementy zdecydowanie minorowe. Uciekając zarówno od płytkiego storytellingu, jak i wyświechtanego moralizatorstwa, nowe piosenki kwintetu poruszają temat wszystkim nam znajomy – dorosłość i będące jej skutkiem rozczarowanie.

 

Spoglądam właśnie na okładkę Waszej nowej płyty i widzę pewien rozdźwięk między bezczelną i lekko jajcarską nazwą We Are Idols a tytułem tego albumu. Co sprawiło, że po zaledwie dwóch latach, jakie upłynęły od debiutu, powracacie z przygnębiającym komunikatem o treści „Powerless”?

Igor: W okresie, w którym powstawały kawałki na pierwszą płytę, czyli tuż po tym, jak w ogóle zaczęliśmy grać, wiedliśmy raczej beztroskie życie. Mieliśmy sporo wolnego czasu, na próbach spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu i przede wszystkim żaden z nas jeszcze nie pracował. Nie było gruntu do smutnych rozważań i właśnie w takim zabawowym klimacie zrodził się pomysł na nazwę i jajcarską ideę zespołu, która przyświecała nam na początku działalności. Teraz – choć brzmi to trywialnie, ale przysięgam, że jest prawdziwe – muzyka stanowi przedłużenie naszej smutnej prozy życia.

Co, Twoim zdaniem, jest największą różnicą oddzielającą „Powerless” od pierwszej płyty?

Ponury nastrój. Na pierwszej płycie jest kilka kawałków, które zapowiadały to, co robimy teraz – mówię np. o „No one survives” albo „Dissolution” – ale z pewnością nie wyczerpywały one obecnej formuły. Aktualnie wszystkie numery przynajmniej pod względem treści z założenia mają być przybijające i smutne, podczas gdy wtedy były po prostu rock’n’rollowe.

Przyjrzyjmy się na moment tekstom. W kawałku „Lonesome Freedom” pojawia się szorstka konstatacja „I ought to be special, but I’m totally plain”, natomiast w finale, dość jednoznacznie zatytułowanym „Guilt”, śpiewasz, że chciałbyś dowiedzieć się, w którym momencie zawiedliśmy. Czy teksty na Waszym nowym wydawnictwie należy traktować jako diagnozę i próbę dokonania sekcji zwłok pokolenia współczesnych dwudziestoparo- i trzydziestolatków?

Teksty na „Powerless” to przede wszystkim autodiagnoza. W cytacie, który przytoczyłeś, jest mowa o rozczarowaniu miałkością świata dorosłego. Jako dziecko, a później nastolatek, marzyłem o tym, żeby zostać wielką postacią. We własnym wyobrażeniu – tak na wyciągnięcie ręki – byłem najpierw reżyserem, później pisarzem, a ostatecznie już poza światem marzeń zostałem zwykłym człowiekiem. Takim, którego odrębność może co najwyżej wynikać z pozycji w statystyce urzędowej. Napoleoński pierwiastek gdzieś przepadł, zostawiając miejsce dla poczucia braku i porażki. Nie wiem, czy całe pokolenie współczesnych dwudziestoparo-, trzydziestolatków czuje się podobnie, ale mam wrażenie, że środowisko hardcore/punk dziwnym magnetyzmem przyciąga tę straconą część.

Kontynuując jeszcze wątek z poprzedniego pytania – nie masz wrażenia, że nasze pokolenie to generacja zmarnowanego potencjału oraz niespełnionych ambicji, zarówno własnych, jak i oczekiwań, które w stosunku do młodego człowieka mają inni?

zostałem zwykłym człowiekiem

zostałem zwykłym człowiekiem

W pewnym sensie tak. Jeśli miałbym wskazać jedno zjawisko, z powodu którego można o nas mówić jako o pokoleniu zmarnowanego potencjału, to zdecydowanie wybrałbym nadmiar bodźców. Mamy tyle potrzeb i pragnień, że zaspokojenie albo spełnienie choćby jednej setnej ich części nie będzie nigdy możliwe, pomimo tego, że dostęp jest łatwiejszy niż kiedykolwiek. Stąd może wynikać paradoks dobrego i jednocześnie złego oblicza naszej generacji. Świat zachodni stał się w miarę bezpieczny, bo już nie musimy całymi dniami zamartwiać się o podtrzymanie ciągłości życia, ale przez to cały swój potencjał skierowaliśmy w stronę zaspokajania ambicji. Zapotrzebowanie przekracza jednak poziom zasobów i stąd permanentne niespełnienie.

Innym przewijającym się co jakiś czas w lirykach motywem jest sceptyczna postawa wobec dzisiejszego kultu nowoczesności. Co, Twoim zdaniem, powoduje, że ta nowoczesność przestaje być dobrym zjawiskiem, tożsamym z rozwojem jednostki i społeczeństwa, a coraz częściej kojarzy się z czymś bezwartościowym?

Od zawsze uczono mnie, że nowoczesność rozumiana jako rezultat rozwoju naukowego jest czymś wspaniałym. Z jednej strony to prawda. Jak już wspomniałem w którejś z powyższych odpowiedzi, dzięki postępowi świat stał się bezpieczny, a śmierć nigdy wcześniej nie była tak dalece odsunięta od naszej świadomości. Jednak z drugiej strony – udowadnia to Baumann w książce „Modernity and The Holocaust”, z której zaczerpnęliśmy tytuł pewnego kawałka – pomysł zagłady na skalę znaną z drugiej wojny światowej mógł zrodzić jedynie umysł świadomy technicznego oblicza świata współczesnego. Do niedawna zamordowanie stu tysięcy osób w przeciągu dwóch dni, jak np. podczas nalotów na Tokio, nie tylko nie było możliwe do zrealizowania, ale w ogóle nie było możliwe do pomyślenia… aż do momentu, gdy skonstruowano B-29 zdolne do przeniesienia na ogromnym dystansie setek ton bomb zapalających. Samo wynalezienie bomby atomowej, które w sensie odkrycia naukowego było wydarzeniem tak spektakularnym pod względem wysiłku i wiedzy, że w zasadzie cała fizyka od zarania dziejów tylko do tego dążyła, powinno stać się punktem, od którego mierzy się narodziny świata nowoczesnego. Robert Oppenheimer – odpowiedzialny za projekt Manhattan i pierwsze próby jądrowe – udowodnił, że unicestwienie ludzkości w przeciągu kilku minut bądź sekund to tylko kwestia pewnego zaawansowania produkcji. Nowoczesność to zatem taki trochę bóg ze Starego Testamentu, czasem dobry, a czasem okrutny, więc jego kult musi być ostrożny.

Podobnie jak przy okazji debiutu, za brzmienie „Powerless” odpowiedzialny był Czaja z miliona warszawskich kapel, a okładkę popełnił Wechter. Dlaczego wybór padł ponownie na nich? To jakaś gruntownie przemyślana koncepcja, by w każde dzieło angażować te same osoby?

Raczej nie koncepcja, a zaufanie i dobre wspomnienia z poprzedniej współpracy. Wiedząc, że Czaja ze swoim szóstym zmysłem brzmieniowym będzie doskonale wiedział czego potrzebujemy, od początku praktycznie o nic nie musieliśmy się martwić. A Wechter to już w zasadzie The Wechter. Jest świadomy tego, jak prowadzić kreskę w artworkach zespołów takich jak my i zawsze możemy przypomnieć, że rysował też dla Guns’n’Roses. Poza tym to po prostu bardzo mili, systematyczni i porządni panowie.

Płyta ukazała się nakładem prowadzonej przez jednego z Was wytwórni Long Walk Records. Dlaczego zdecydowaliście się na taki krok i jakie są korzyści płynące z niego dla We Are Idols?

Łukasz, nasz perkusista, który niedawno ruszył z Long Walk Records (właśnie wydaje debiutancki album These Go To Eleven z Warszawy), zdecydował się na wkład w płytę jakoś tak naturalnie. Skoro zamierza tracić pieniądze przy okazji podobnych inicjatyw, to czemu miałby nie robić tego dla własnego zespołu? Nie wiem, czy będą z tego korzyści. To trochę tak jakby stunnigować samochód przed zrzuceniem go w przepaść… Ale Long Walk Records odpowiedzialne jest jedynie za wersję CD. Płytę na winylu wydały wspólnymi siłami cztery osoby. Oprócz Łukasza, zaangażowani byli w to: nasz basista, Galon ze swoim Dropout Records, Wydawnictwo N.I.C. i berlińskie Hasiok Records. Z nimi wszystkimi współpracowaliśmy też przy pierwszej płycie i od początku było wiadomo, że pomogą nam w przypadku kolejnego albumu.

 Jesteście zespołem, który tworzy na styku wielu stylistyk. Zamiast kategoryzować, poprzestańmy na tym, że swoją muzyką jesteście w stanie zainteresować zarówno punków, jak i metali. Co zatem sprawia, że przeważnie gracie na deskach skłotów i niezależnych centrów kultury, najczęściej w hc/punkowym towarzystwie?

To jest relacja obustronna. Personalnie wszyscy wywodzimy się ze sceny hardcore/punk. Na koncerty podobne do naszych najczęściej chodzimy, kolegujemy się z podobnymi kapelami, mamy mnóstwo znajomych wśród ludzi związanych z niezależnymi inicjatywami, no i to oni najczęściej proponują nam gigi. Poza tym wydaje mi się, że dla osób związanych ze sceną metalową większe znaczenie ma jednorodność stylistyczna. Podczas, gdy na scenie punkowej można grać metal i być uznawanym za zespół punkowy, to na scenie metalowej zależność odwrotna, czyli granie punk rocka przy jednoczesnym byciu zespołem metalowym, jest chyba niemożliwa. Dlatego sądzę, że jeśli już zainteresujemy któregoś z metali, to raczej będzie nas traktował jako ciekawostkę, a nie zespół do sprawdzenia na żywo. Chociaż, kto wie…

Cofnijmy się na moment do Waszych początków. Zespół zakładaliście jakieś 5 lat temu. Czy trudno było znaleźć odpowiednich ludzi do składu i robić pierwsze koncerty we Wrocławiu, który wówczas bardziej kojarzyć mógł się z perwersyjnym death metalem a la Anima Damnata z jednej strony lub będącym na fali numetalowym desantem z drugiej?

Problemu za znalezieniem składu nie było w ogóle, ponieważ przed założeniem We Are Idols wszyscy znaliśmy się prywatnie. Od słowa do słowa wpadliśmy na pomysł grania razem i jakoś poszło. Scena punkowa wyglądała wtedy podobnie, działała sprawnie, więc pierwszy koncert zagraliśmy w CRK dosłownie kilka chwil po zarejestrowaniu demówki. Byliśmy jeszcze okropnie słabi, ale mnóstwo znajomych przyszło nas zobaczyć, więc wspominamy to dobrze. O numetalowym desancie sporo może powiedzieć Łukasz, który kiedyś z pasją kolekcjonera owadów zbierał linki do stron różnych zespołów. Bardzo się z nich śmialiśmy i chyba nie mam z tego powodu wyrzutów.

„Powerless” od jakiegoś czasu jest już w sprzedaży, a sezon koncertowy w zasadzie dopiero się zaczyna. Jak zatem wyglądają koncertowe plany We Are Idols na najbliższe miesiące?

Kilka koncertów, które mieliśmy grać na początku roku, posypało się z powodu moich problemów zdrowotnych, więc do późnej wiosny mamy przerwę. Dopiero w maju ruszamy w kilkunastometrową podróż na Asymmetry Festival (Wrocław), które odbywa się w kompleksie Browaru Mieszczańskiego, czyli w miejscu, gdzie mamy próby. Później, w okolicach 10.05 znowu zagramy gig we Wrocławiu, tym razem z zajebistym Trigger Effect z Kanady i z nimi następnego dnia pojedziemy do Rudy Śląskiej. W czerwcu (8. i 9.) odwiedzimy naszych braci Niemców.

Dzięki za tych kilka chwil poświęconych na rozmowę. Na koniec, standardowo, jakieś przesłanie, oficjalne oświadczenie, coś w ten deseń…

Dziękuję za wywiad i nie mam nadziei na przyszłość.

Rozmawiał Cyprian Łakomy

Zdjęcia: Bart Skowron/Damian Christidis