WE’LL GO MACHETE – seks z matką

Wędrujemy tym razem do Austin w Teksasie. Głównie z sentymentu, bo miasteczko to było swego czasu wylęgarnią ciekawych zespołów, zaś sam We’ll Go Machete, choć młody stażem, nisko kłania się najlepszym, noise’owym latom 90 – tym. A jak wiecie, już ten fakt jest dla mnie wystarczający, by  przedstawić Wam ten kwartet, tym bardziej, że znalazł się tu mały, polski akcent. Choć recenzowany gdzieś w Violence album „Strong Drunk Hands” nie jest może eksplozją, wydaje mi się jednak, że z tego kokonu wykluje się piękny motyl. Na pytania oszczędnie, choć zgodnie odpowiadali basista Chris May i śpiewający gitarzysta Paul Warner.


Trudno rozpocząć inaczej niż od podstawowych faktów dotyczących waszego zespołu…

Chris:  Wspólne granie zaczęło się w 2005 roku, kiedy poznaliśmy się przez naszego  znajomego. Szło nam całkiem nieźle, bo w sumie, choć nikt z nas nie pochodził z Austin, zdecydowaliśmy się tu przeprowadzić, żeby razem grac.

Paul: Nie mieliśmy jeszcze okazji zagrać żadnej poważniejszej trasy, ale na pewno warto wspomnieć o całkiem fajnych koncertach, jakie tu na miejscu zagraliśmy z takimi zespołami jak Future of the Left, Fatal Flying Guillotines, THe Melvins czy Hammerhead.

Nowy album „Strong Drunk Hands” pokazuje dojrzałe oblicze zespołu – jakie są zmiany w stosunku do debiutanckiego mcd?

Chris: Największą różnicą jest to, że mamy nową perkusistkę, Rachel Furher. Poza tym do nagrania nowej płyty lepiej się przygotowywaliśmy. Ćwiczyliśmy tak długo, żeby nagrać muzykę jak  najszybciej. W sumie udało się to zrobić w dwa weekendy. To był dobry system pracy, bo kiedy wchodzisz do studia przygotowany, unikasz niepotrzebnego stresu, kiedy coś np. nie idzie jak należy. Nagraliśmy jeszcze trzy dodatkowe numery, które nie zmieściły się na albumie, wykorzystamy je na pewno na ep –ce albo wrzucimy do netu.

Paul: Myślę, że poza dołączeniem Rachel, liczy się większy luz i komfort pracy. Byliśmy zgrani i dokładnie wiedzieliśmy co chcemy osiągnąć, jak pokazać nasz styl. Dzięki temu udało się zrobić płytę zróżnicowaną, ale także niezwykle spójną.

Opowiedzcie coś o stronie lirycznej tej płyty – w przypadku takich albumów zawsze zachodzi obawa, że słowa są potrzebne wokaliście, żeby mógł sobie pokrzyczeć…

Chris: Nie jest tak do końca. Studiowałem psychologię, co dało mi możliwość dokładnej obserwacji ludzi, mogę powiedzieć, że dobrze ich rozumiem. Wprawdzie teksty napisał Paul, ale on najwyraźniej chce uprawiać seks ze swoją matką i zabić ojca, więc rozumiesz…

Paul: Cóż, teksty zawsze powstawały niejako „pod muzykę”, na pewno nie pisałem ich w oderwaniu od dźwięków. Nie ukrywam tez, że faktycznie traktuję wokal jako instrument. A same teksty dotyczą raczej moich osobistych przeżyć niż jakichś filozoficznych przemyśleń. Co do sugestii na temat kompleksu Edypa – co sugeruje Chris – jestem zdecydowanie bardziej pod wpływem wzruszających historii, jakie czytam w Cat Fancy (miesięcznik dla kociarzy – szacun; dop. red.)

Nowe kawałki mają bardzo tłuste, mocne brzmienie. Wydaje mi się, że chcecie się w ten sposób zbliżyć do brzmienia z początków lat 90 – tych…

Chris: Wiesz, jesteśmy trzydziestolatkami… W początkach lat 90 – tych byliśmy więc w szkołach i muzyka tamtych lat ciągle w nas rezonuje. Z tego się nie wyrasta.

Paul: Tak, to dźwięki, które nas ukształtowały, ale absolutnie nie mamy jakiejś misji, żeby przekazać tamtego ducha dzisiejszym słuchaczom. Nie chodzi nam o jakieś założenie w stylu „hej, chłopaki, zróbmy zespół, który będzie brzmiał jak Drive Like Jehu”. Prawdopodobnie te czasy wpłynęły na nas bardziej niż inne, muzyczne rewolucje, ale uważam tez, że od tamtego okresu pojawiło się całkiem sporo innych, równie ciekawych i zatruwających naszą krew wykonawców niezależnych.

W waszej muzyce łatwo odczytać wpływy noise rocka. Jesteście fanami The Jesus Lizard, Janitor Joe i innych?

Chris: Chciałbym do tej listy dodać Fugazi i Jawbox. Może jeszcze Archers of Loaf…

seks z matką

seks z matką

Paul: Zdecydowanie The Jesus Lizard, ale Janitor Joe to już nie moja bajka.  Wspomnę jeszcze o Shellac, Drive Like Jehu, Slint, Tar i tym podobnych bandach.  Ale została mi także fascynacja metalem, takim wczesnym – Metallica, Slayer czy Megadeath. Słuchałem też punka w stylu Minor Threat czy Seven Seconds. Nigdy nie zadowalałem się prostymi rozwiązaniami.

Opowiedzcie coś na temat waszych koncertowych doświadczeń – jaki był najlepszy a jaki najgorszy koncert, jaki zagraliście?

Chris: Najlepszy szoł, jaki pamiętam to supportowanie Future of the Left, no i oczywiście darmowe koncerty z zaprzyjaźnionymi kapelami w małych klubach czy prywatnych imprezach.  Najgorszy? Graliśmy koncert na wolnym powietrzu ze dwa lata temu. Było dużo poniżej zera. Trudno jest gra, kiedy nie możesz zginać palców…

Gdzie będzie można Was zobaczyć w najbliższym czasie?

Chris: Na pewno zagramy w Austin, jeśli nie będziemy  zajęci pisaniem nowego materiału. Marzymy o tym, że pojechać na tour do Europy. Szczególnie ja, bo jestem w połowie Polakiem – rodzice mojej mamy wyemigrowali do Ameryki przed końcem XIX wieku. Rozumiesz więc, że podróż np. do Polski byłaby dla mnie czymś niesamowitym…

Czym zajmujecie się poza zespołem?

Chris: Wszyscy gramy jeszcze w innych zespołach i to jest dla nas chyba najważniejsze. Ja hałasuję w zespole Killdeer, no i mam też normalną, stałą pracę.

Paul: Ja gram na bębnach w zespole The Gary no i gdzieś tam pracuję, mam, niestety, typową pracę od 9 do 5.

Ostatnie słowo należy do Was…

Chris: Dzięki za uwagę i dajcie znać, czy jest szansa, żebyśmy mogli zagrać w Europie. Jeśli to ma sens, to chętnie się do takiego wypadu przymierzymy. To coś, co strasznie lubimy robić…

Paul: No, taki wypad do Europy byłby bardzo fajny…

Rozmawiał Arek Lerch