WATERTANK – nie dla jazzowych odysei

Od czasu do czasu, jak przystało na muzycznych szperaczy, staramy się wyciągać z wielkiego, hałaśliwego bajora ciekawe a także szerzej nieznane zespoły. Należy do nich z pewnością Watertank, francuski ansambl, który gdzieś tam w Nantes tworzy całkiem miłe dla ucha dźwięki. Szczególnie zachwyceni będą fani post metalowych form w stylu Deftones. Odrealniona atmosfera, wolne, klimatyczne, ale też odpowiednio ciężkie utwory o prostej, piosenkowej formie. Nic nowego, ale słucha się przyjemnie. Jako debiutancki album „Sleepwalk” jest całkiem dobrą reprezentacją twórczości Francuzów. Jakiś czas temu napisałem kilka słów o wspomnianej płycie – dzisiaj spowiedź wokalisty zespołu – Thomasa…

Jesteście w Polsce praktycznie nieznani, w zasadzie tylko Violence wspomniał o Waszej płycie, rozpocznijmy zatem od sakramentalnego przedstawienia…

Thomas: Faktycznie, dopiero zaczynamy budować swoją markę… Zaczynaliśmy w 2003 roku, od początku śpiewałem w tym zespole. Mieszkamy wszyscy w Nantes w zachodniej Francji. Nasze początki to dźwięki zdecydowanie mroczniejsze. Wolny, ponury odjazd. Z biegiem czasu wyzbyliśmy się pewnych, dramatycznych akcentów, przesuwając nasze zainteresowanie w stronę klimatycznego, bardziej przestrzennego grania. Dotychczas nagraliśmy dwa dema i jedną ep – kę. Teraz promujemy pierwszy album „Sleepwalk”. Dzieliliśmy sceny z różnymi zespołami, min. z Kylesa, Torche, Capricorns czy Baroness. Ot i cała historia…

„Sleepwalk” to połączenie post metalowego klimatu, progresywnego gdzieniegdzie rozmachu i prostego, przestrzennego rocka – duży rozstrzał, warto zatemWT zastanowić się, gdzie jest sedno tych poszukiwań?

Tylko Tricky się liczy (śmiech…). Nie możemy wybierać, bo wszystko nam się podoba, to jest problem! Nasza muzyka ma post hardcore’owe korzenie, opakowane metalizowanym brzmieniem, za to aranżacje są niemal popowe. Szukamy równowagi między ciężarem i melodią, co odzwierciedla nasz charakter, codzienne uczucia – nie zawsze smutne, nie zawsze szczęśliwe.

Szukając dalej pewnych porównań, docieramy do Deftones, z których wczesnymi albumami „Sleepwalk” mocno mi się kojarzy – nobilitacja czy afront?

Dzięki! Traktujemy to jak najbardziej jako komplement. Nawet jeśli podczas tworzenia nowej muzyki nie mieliśmy takich odgórnych założeń, to nie ukrywam, że „Sleepwalk” w taką stronę uderza. Podobna jest przestrzeń i napięcie, szczególnie udane nawiązanie jest np. w „Failure/Hum” czy „The Life and Times”.

Problemem takiej muzyki jest to, że w dzisiaj tzw. „post rock” i jego pochodne to lwia część sceny metalowej i alternatywnej. Połapać się w tym trudno i znaleźć coś godnego uwagi jeszcze trudniej. Jak zatem zamierzacie się przebić przez ten tłum?

Tak… My zdecydowanie nie brzmimy jak zespół post rockowy! Nie jesteśmy jakąś podróbą Mogwai czy Explosions In The Sky. U nas, jeśli chodzi o brzmienie czy sposób komponowania muzyki, nie ma za bardzo miejsca dla improwizacji czy na długie, lejące się utwory. Liczy się konkret, piosenka. Chwytliwie, prosto i przodu (śmiech…).

 nie dla jazzowych odysei

nie dla jazzowych odysei

Wspomniałeś, że nie ma improwizacji, jak zatem budujecie swoje utwory, jak powstaje ten szczególny nastrój waszych kawałków?

No tak, tu nie ma miejsca na jazzowe odyseje, uważam, że do improwizacji trzeba mieć predyspozycje i to, co zespół uważa za improwizację często jest po prostu nudnym wałkowaniem jakiegoś motywu. Jeśli chodzi nasz warsztat, w przypadku „Sleepwalk” Bojan, nasz gitarzysta i ja tworzyliśmy struktury kompozycji przy pomocy naszych ukochanych komputerów (śmiech). Dopiero potem aranżowaliśmy wszystko razem na sali prób, kiedy już ustalił nam się skład. Przyznam, że w przypadku niektórych kawałków mielimy problem, żeby te zrobione w domu fragmenty połączyć w całość, bo często były od siebie odległe stylistycznie, ale chyba dobrze wybrnęliśmy z tych tarapatów. Wszystko ładnie się skleiło, szczególnie właśnie na etapie zgrywania wszystkiego już w pełnym składzie.

Kolejny etap to sesja nagraniowa – trudno nagrywać płytę, kiedy dopiero ukonstytuował się skład zespołu? Nie było problemów z chemią?

Między innymi z tego powodu nagrywaliśmy oddzielnie wszystkie instrumenty, bo nie byliśmy jeszcze tak zgrani, żeby wbijać muzykę na „setkę”. Z poprzednim składem, podczas nagrywania ep – ki „Fairy Crimes”, pozwoliliśmy sobie na taką formę. Instrumenty nagraliśmy tym razem w pięć dni, pod koniec maja 2011, jednak potem trochę wszystko się przeciągnęło. Pracowałem nad tekstami w domu, dodawaliśmy jakieś dodatkowe ścieżki gitar, tworzyliśmy cały aranż, trochę zmienialiśmy koncepcję strony wokalnej, w związku z tym konkretne miksowanie rozpoczęło się dopiero w pierwszej połowie 2012 roku. Finał i mastering nastąpił pod koniec 2012. Nie mielimy żadnych deadline’ów, wytwórnia nie stała nam nad głowami, więc spokojnie szlifowaliśmy materiał, żeby być całkowicie zadowolonymi. Jednym słowem – było to połączenie solidnej pracy i zabawy z dobrym efektem.

Odrealniona okładka, lekko senna muzyka i tytuł płyty sugerują psychodeliczny przekaz – bawicie się w poezję, czy raczej w hardcore’ową, publicystykę?

OkładkaNie, nie ma tu jakiejś koncepcji, choć tytuł dobrze oddaje teksty z tej płyty. Pisząc, nie zastanawiam się co będzie na końcu, raczej idę w nieznane, nie wiedząc, gdzie trafię. Nie jestem jakimś poetą i lingwistą, dlatego staram się tworzyć w języku angielskim proste, ale sugestywne konstrukcje, tak by każdy mógł mieć jakąś swoją interpretację. Czasami zdarzają się też inspiracje rożnymi, osobistymi przeżyciami, jednak w większości przypadków to małe, fikcyjne historie.

To teraz trochę o życiu koncertowym – jakie miejsca udało się Wam zwiedzić i co z tego udało się na dłużej zapamiętać?

Może cię zaskoczę, ale najlepiej było w takim małym, lokalnym klubie o nazwie „Le Galion” w pobliżu portu Lorient. To były dwa, pełne czystej dziczy koncerty. Jeśli chodzi o większe wydarzenia – na pewno Hellfest był wyjątkowym miejscem – to duże doświadczenie dla tak „małego” zespołu jak Watertank. Za to najgłupszy był koncert w Galway (Irlandia). Wiesz, jakie to uczucie – grać dla bandy ludzi, którzy zajęci są… oglądaniem meczu piłki nożnej, który był akurat transmitowany. Chyba jedyny raz, kiedy czułem się, jakbym był przeźroczysty. Teraz przygotowujemy się do kilku koncertów we Francji a w lutym 2014 planujemy mały tour.

Ok., dzięki za Twój czas…

My również dziękujemy za zainteresowanie takimi leniwymi dupami jak my. Mam nadzieję, że kiedyś do was dotrzemy. Powodzenia!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu