WATAIN – Jak ocean pośrodku niczego


Ten świat i jego prawa zawsze będą czymś wobec nas wrogim, zatem jeśli nie masz zamiaru być kolejną owcą w stadzie, tylko wilkiem, to zwyczajnie musisz ustanawiać własne zasady.

Erik

W ciągu ostatnich lat stali się bezapelacyjnym fenomenem black metalu. Oprawą sceniczną swych koncertowych rytuałów wzbudzają zarówno zachwyt, jak i totalne obrzydzenie. Szwedzki Watain przypieczętował swą wysoką pozycję wydanym niedawno doskonałym albumem „Lawless Darkness”. O nim, a także o ewolucji, jaką przyszło przejść zespołowi, porozmawiałem podczas tegorocznego festiwalu Brutal Assault z dzierżącym mikrofon Erikiem Danielssonem.

Dzięki pojawieniu się Watain na scenie metalowej kilkanaście lat temu i waszym kolejnym podbojom, uwaga obserwatorów zaczęła stopniowo koncentrować się na Uppsali, skąd się wywodzicie. Wiele osób zastanawia się zapewne, jakie były początki metalowej społeczności w tym niewielkim studenckim mieście, i jak wygląda ona obecnie. Mógłbyś scharakteryzować to środowisko?

Erik: Odkąd sięgam pamięcią, w Uppsali zawsze były jakieś zespoły metalowe, jednak, szczerze powiedziawszy, nigdy nie wyróżniało ich nic szczególnego. Przypuszczam, że to był właśnie jeden z powodów, dla których Watain stał się tym, czym się stał; byliśmy niczym ocean pośrodku niczego. Nigdy wcześniej nie działo się tam nic na tak dużą skalę. To, gdzie obecnie się znajdujemy, zawdzięczamy temu, że w pewnym momencie spotkałem Håkana i Pellego, i wspólnie eksplodowaliśmy. Dobrą rzeczą jest to, że jakieś 6-7 lat po tym, gdy stworzyliśmy Watain, w Uppsali naprawdę zaczęło się sporo dziać i na chwilę obecną miasto to jest w mojej opinii jednym z najbardziej interesujących miejsc w całej Szwecji, jeśli chodzi o prawdziwą, ekstremalną scenę black- i deathmetalową. Wygląda na to, że pozostawiliśmy w tamtejszej glebie jakąś cząstkę, która czyni niesamowite rzeczy.

Nie trudno zauważyć, że pomiędzy albumem „Casus Luciferi” a waszym trzecim dziełem pt. „Sworn to the Dark” roztacza się stylistyczna otchłań. W czym upatrywać należy przyczyn tak sporego skoku naprzód?

E: Skok, o którym mówisz jest chyba bardziej widoczny dla kogoś z zewnątrz, bo dla mnie „Sworn to the Dark” było naturalną kontynuacją pewnej drogi. Nagle staliśmy się jak pociąg, którego nie byliśmy w stanie zatrzymać. Tuż po nagraniu „Casus Luciferi” poczułem, że zaczyna się dziać coś naprawdę złego, lecz w dobry sposób, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Mówię tu nie tyle o komercyjnym sukcesie, co o wielkich przemianach wewnątrz nas samych i wewnątrz zespołu. Przyjąwszy to nastawienie i pozwalając mu nas karmić, staliśmy się niczym bractwo, czy  – jak ludzie zwykle lubią to nazywać – sekta. Dla mnie osobiście, oznaczało to coś naprawdę pozytywnego. To w tym fakcie tkwi odpowiedź na twoje pytanie. Na „Sworn…” słychać, że żelazo, które z początku być może lekko topniało, okrzepło i stało się twarde.

Przejdźmy do ostatniego dzieła w dyskografii Watain, czyli płyty „Lawless Darkness”. W kilku utworach odnotowałem gościnny udział muzyków The Devil’s Blood. Jak opisałbyś relacje, łączące was z tą doskonałą holenderską formacją? Czy również w tej sferze mówić można o braterstwie, przyjaźni, a może czymś jeszcze innym?

E: Braterstwo to mocne słowo, jednak przyznać muszę, że The Devil’s Blood to jeden z nielicznych współczesnych zespołów, z którymi utrzymujemy stały kontakt czy wręcz idziemy ramię w ramię. Graliśmy razem wczoraj i czuliśmy się niczym bliska rodzina, ponieważ zarówno my, jak i oni, robimy to z tego samego powodu. Tworzymy z miłości do naszego Boga.

Powiedziałbym, że gdybym miał wymienić jeden zespół, którego brakuje na tegorocznej edycji Brutal Assault, to byłby nim właśnie The Devil’s Blood.

E: Zgadzam się. Ubiegłej nocy byli naprawdę świetni, jednak nie miałem wpływu na dobór zespołów na tej imprezie. Watain i The Devil’s Blood to zdecydowanie dobre połączenie – mimo iż muzycznie dzieli nas sporo, duchowo jesteśmy sobie bardzo bliscy.

Utwór „Waters of Ain” podejmuje tematykę rozstania się z życiem. Jak właściwie postrzegasz śmierć? Czy traktujesz ją jako ostateczny koniec, czy może raczej stanowi ona dla ciebie początek nieznanego i podróż w to, co poza zasięgiem doczesności?

E: Ludzie muszą zrozumieć, że kiedy mówię w tekstach o śmierci, to mam na myśli pewną siłę, która obecna jest w życiu przez cały czas jego trwania. Śmierć jako ta siła oddziela i odnawia zarazem. To skrzyżowanie, na którym to, co dotychczas traktowaliśmy jako prawdę, staje się kłamstwem, natomiast nowa prawda przenika wszystko. „Waters of Ain” jako taki nie opisuje jedynie pożegnania z ziemskim życiem. Chodzi tu także o śmierć ego i wkroczenie w zupełnie nową duchową rzeczywistość.

Jednym z najbardziej wyróżniających się akcentów na „Lawless Darkness” jest zdecydowanie „Malfeitor” – obowiązkowy punkt waszych koncertów w ostatnim czasie. Jakie znaczenie ma dla ciebie?

E: „Malfeitor” to przede wszystkim rzecz o transformacji. Pierwsze dwie kompozycje na płycie są ze sobą niejako połączone – „Death’s Cold Dark” dotyczy zejścia w zaświaty, motywu obecnego w wielu religijnych tradycjach i mitologiach, natomiast „Malfeitor” traktuje o odnalezieniu się w tym nowym środowisku i przekształceniu pod jego wpływem. „Malfeitor” to odrodzona jaźń, wolna dusza.

Mimo iż uważa się was za jeden z najważniejszych obecnie składów blackmetalowych, niejednokrotnie nie pozostawiałeś na tej konwencji suchej nitki. Co zatem sądzisz o jej obecnej kondycji – czy to przejaw wykorzystywania pewnej koniunktury, wyścig szczurów, a może jednak szczera artystyczna ekspresja?

E: Zdecydowanie to ostatnie, jednak tak czy inaczej, nie widzę obecnie więcej, aniżeli 5-6 zespołów blackmetalowych z prawdziwego zdarzenia. Większość rzeczy, które ludzie okrzykują black metalem, ma w moim odczuciu więcej wspólnego z pierwszymi przytoczonymi przez ciebie wariantami, jednak nie uznaję ich w żaden sposób, ani nie poświęcam czasu, ponieważ zwyczajnie nie są go warte.

Od samego początku działalności Watain, bierzesz czynny udział w projektowaniu szaty graficznej wszystkich waszych wydawnictw. Jakie są twoje ulubione okładki płyt? Z jakiego obrazu, zdobiącego wasze płyty, jesteś najbardziej zadowolony?

E: Jako tę najbardziej satysfakcjonującą postrzegam okładkę do „Lawless Darkness”. Inspirują mnie oprawy graficzne starych albumów, których słucham, a także te, które zwyczajnie wyryły w mojej pamięci pewien trwały ślad, jak np. „Black Metal” Venom, pierwszego albumu Bathory albo projekty zdobiące krążki Iron Maiden. Wszystkie wymienione przykłady stanowią nieodłączny element muzyki tych zespołów i tak naprawdę, niemożliwym jest ich odseparowanie.

Kiedy bierze się do rąk wkładki waszych albumów, nietrudno nie zwrócić uwagi na dość charakterystyczną poetykę twoich liryków. Czy w kreowaniu własnego stylu posiłkowałeś się jakimiś określonymi dziełami literackimi lub zdobytą edukacją?

E: Wiesz, nie mam wyższego wykształcenia. Stylistyka tekstów Watain tak naprawdę pochodzi ode mnie samego, ponieważ zanim sam zacząłem pisać, nie miałem w zwyczaju czytać zbyt wielu innych tekstów ani poezji. To przyszło zdecydowanie później. Myślę, że to właśnie umiejętność oderwania się od zewnętrznych wpływów jest tu sprawą fundamentalną. Oczywiście, teraz siedzimy tu we dwóch, a ja mówię o tym, jak o najbardziej oczywistej rzeczy na świecie, lecz to wcale nie takie proste.

W jednym z niedawnych wywiadów mówisz, że jedną z twoich największych pasji są kryminały. Co najbardziej pociąga cię w tego typu literaturze?

E: Przyznam, że bardziej interesują mnie rozważania nad samym konceptem zbrodni, niż pochłanianie jak największej ilości tytułów. Jeszcze bardziej ciekawią mnie rzeczy napisane bezpośrednio przez kryminalistów, jak np. książki o Hell’s Angels czy dzieła Charlesa Mansona.
Muszę przyznać, że ich postrzeganie świata jest poniekąd bliskie mojemu. W pewnym momencie każdy z nas musi stać się przestępcą. Ten świat i jego prawa zawsze będą czymś wobec nas wrogim, zatem jeśli nie masz zamiaru być kolejną owcą w stadzie, tylko wilkiem, to zwyczajnie musisz ustanawiać własne zasady.

Na koniec cofnijmy się do czasów pierwszej demówki Watain, zatytułowanej kontrowersyjnie „Go Fuck Your Jewish God”. Pomimo iż znany jesteś z jednoznacznie krytycznego podejścia do skrajnie prawicowych tendencji na scenie blackmetalowej, nazwa ta wciąż budzi konsternację.

E: Nazwa ta oczywiście nie ma nic wspólnego z polityką. Jest to naprawdę ostatnia sprawa, która mogłaby mnie obchodzić. Z drugiej strony wydaje się jasne, że mając wtedy po szesnaście lat, chcieliśmy dolać oliwy do ognia.

Ogień gości na scenie podczas wszystkich waszych koncertów. Czy tego wieczoru poleje się także krew?

Zobaczymy…

Rozmawiał Cyprian Łakomy.