VIET CONG – musisz być gwiazdą sam dla siebie

Prawda jest niepodważalna – Kanadyjczykom z Viet Cong udało się coś, o czym marzy 90% alternatywnych szarpidrutów: przykuli uwagę branży, przy okazji wrzucając kamyk do ogródka zarozumiałych dziennikarzy i perfekcyjnie wykorzystując zamieszanie – ruszyli w niekończącą się trasę. Kwestią zupełnie drugorzędną pozostaje pytanie, czy debiutancki album zespołu to mistyfikacja, pokrętna gra prowadzona ze słuchaczem, czy indie – objawienie. Niewątpliwie ten rok należy do nich i choć dopiero kolejna płyta udzieli nam odpowiedzi na powyższe pytania, na razie pozostają najgorętszą nazwą niezależnej sceny. Na powyższą okoliczność przydybaliśmy podczas przerwy w trasie Scotta „Monty” Munro (gitara, syntetyki). Co miał do powiedzenia? Czytajcie…

Zdajesz sobie sprawę z tego, że nagraliście jeden z bardziej zaskakujących albumów tego roku? Przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności?

Ha, ha, nie wiem… To znaczy myślę, że może tak jest. My tyko chcieliśmy nagrać muzykę, jaką lubimy. Tak się stało i bardzo się z tego cieszymy.

Można powiedzieć, że w zasadzie z dnia na dzień staliście się tzw. dużą nazwą…

Wszystko to co się dzieje, trochę nas zaskakuje. To znaczy, nie zrozum mnie źle – jak każdy muzyk na tej ziemi, chcemy, żeby ktoś nas docenił a przede wszystkim podniecił sięBW_300_AE9R0300 naszą muzyką. Jeździmy na koncerty nie od dzisiaj, zaliczyliśmy dużo dziwnych miejsc, graliśmy w klubach, ale także w domach różnych ludzi. Spaliśmy gdzie popadnie i cały czas mieliśmy nadzieję, że coś się wydarzy. Ale to nie był cel sam w sobie. Wiesz – zespoły, które z góry zakładają, że chcą robić muzykę, która wypali, są skazane na porażkę. Musisz wierzyć w to co robisz, bo tylko dzięki temu możesz odnieść zwycięstwo, ale przede wszystkim we własnej głowie. Musisz być gwiazdą sam dla siebie. I to jest sukces.

Który mierzony jest tym, że teraz codziennie śpicie w hotelach…

Na pewno, choć przede wszystkim chodzi o to, że nasze koncerty są teraz wyprzedane, ludzie tracą na nich głowy, nie możemy czasem uwierzyć co się dzieje. Szczęście polega na tym, że coraz bardziej możemy skupiać się na muzyce a nie na robieniu innych rzeczy. Tak, jak powiedziałem, sukces to stan umysłu i zadowolenie a nie wymierne korzyści, jakie są w pewnym sensie ubocznym produktem, choć wiem, że dla wielu ludzi takie gadanie będzie niezrozumiałe, bo liczy się przecież ten blichtr. A my jesteśmy ciągle tym samym zespołem kolesi, którzy hałasują na scenie. Jesteśmy tylko dużo bardziej zajęci niż kiedyś. Gramy trasę, wracamy na kilka tygodni i znowu jedziemy na kolejne tournee. Nie wiem, ile będzie ten stan trwał, choć mam nadzieję, że wykorzystamy go jak najlepiej. To niesamowite.

Nagraliście materiał, który bardzo mocno wpływa na ludzi, choć bałbym się zaryzykować twierdzenie, że ich zmienia. Na pewno nie pozostawia nikogo obojętnym…

To dobrze, ale nie chcielibyśmy nikogo zmieniać, chcemy oddziaływać na zmysł estetyczny. W różny sposób, bo przecież nasza nazwa wzbudza bardzo skrajne reakcje. Jeśli już kogoś ma ta muzyka zmienić, to przede wszystkim nas samych. Myślę, że takie rzeczy są możliwe. Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem „Nevermind”” Nirvany. To była muzyka, która miała na mnie przeogromny wpływ i w pewnym sensie mnie zmieniła, pokazała mi nowy kierunek, odcisnęła się na moim życiu. Ale nie chciałbym tu porównywać naszego debiutu do „Nevermind”, to nie jest możliwe, nie ten poziom i czas (śmiech).

W pewnym sensie wasza płyta – świadomie bądź nie – stała się czymś w rodzaju zastrzyku świeżej krwi dla nieco zblazowanej sceny indie rockowej – myślisz, że takie przewietrzenie było potrzebne?

Mam problem z całym indie rockiem… Nie wiem, czy Viet Cong był czy nie był kiedykolwiek zespołem indie rockowym. Niektórzy uważają, że jesteśmy zespołem punkowym, inni mówią o post punku, ja mogę twierdzić, że gramy zwyczajnego rocka i w ten sposób zagrzebiemy się w teoretycznych dywagacjach. Bo przecież indie to synonim niezależności w działaniach. Ok, ale my przecież mamy wytwórnię, kontrakt, mamy managera, który organizuje nam życie. Jeśli to wszystko połączyć, okaże się, że większość zespołów na świecie może nazwać się indie rockowymi. Dlatego trudno mówić, czy zrobiliśmy naszą płytą jakąś rewolucję czy tylko przewietrzenie na tej scenie. Jeśli ktoś nas kupuje, jeśli kogoś zaskoczymy a może nawet zdenerwujemy, możemy się cieszyć. A na pewno nie przejmujemy się tym, jak nas chcą klasyfikować i pod jakim szyldem będziemy nieść ludziom naszą muzykę.BW_300_AE9R0132

Mam wrażenie, czytając niektóre recenzje waszej płyty, że prowadzicie z dziennikarzami swoistą grę. Dajecie im muzykę, z którą mają problem i zastanawiają się, tak jak np. ja, czy to objawienie, czy raczej mistyfikacja. To oczywiście moje zdanie, ale nie uważasz, że wsadziliście takiego klina w spokojny i pewny siebie świat krytyków muzycznych?

Nie wiem, nie jestem pewien, czy okłamujemy kogokolwiek i prowadzimy z nim grę. Choć może (śmiech). Ale jeśli ktoś ma problem, to śpieszę z pomocą – jesteśmy normalnym, rockowym zespołem. Nie bójcie się (śmiech). Trudno z mojej perspektywy podejść do tego analitycznie. Tworzymy muzykę, ale nie mamy jakiegoś odgórnie narzuconego, wymyślonego planu co do działań, jakich musimy się podejmować. Jeśli już jest jakiś plan, to mieć z robienia muzyki dobrą zabawę. Może to trochę psuje twój obraz Viet Cong, jako poważnych rewolucjonistów, ale tak właśnie jest.

Może jest to zabawa, ale przewrotna, bo np. pierwsze kawałki z waszej płyty – np. „Newspaper Spoons” czy „March of Progres” brzmią trochę jak remiksy – co może kogoś zdziwić a nawet odstraszyć.

Może wynika to z faktu, że te kawałki nagrywaliśmy u mnie w zaiprowizowanym studiu w domu, wykorzystaliśmy tu także automat perkusyjny. To nie są remiksy, ale raczej nasza, alternatywna wizja brzmienia muzyki. Zależało nam na osiągnięciu pewnego poziomu hipnotycznej pulsacji a w takich warunkach normalna, płaszczyznowa aranżacja nie miałaby sensu. Wykorzystaliśmy pierwotne wersje, bo nie chcieliśmy, by kolejne poprawki zburzyły równowagę i sens tego brzmienia. Przetworzenie dźwięku nie jest tu zatem remiksem a autonomiczną wizją. Wizją zespołową.

Z kolei kończący płytę „Death” jest kawałkiem, który za sprawą swojej hałaśliwej, niemal improwizowanej formuły kojarzy mi się z dokonaniami The Velvet Underground, szczególnie z okresu „White Light/White Heat”.

Kocham Velvet Underground. Nie wiem, czy faktycznie o takich inspiracjach możemy mówić, ale na pewno cieszą mnie te spostrzeżenia, bo Velveci mieli duży wpływ na to jak muzyka alternatywna dzisiaj wygląda. Bez nich nie byłoby Sonic Youth i wielu innych, pewnie także i nas. Ośmielili twórców do eksperymentowania z formą. Z przegięciem brzmieniowym. Pojęcie „brudna muzyka” czy „brudne brzmienie” zawdzięczamy właśnie im. Improwizacja jest w naszym przypadku związana raczej z pewnymi eksperymentami brzmieniowymi, zastosowaniem elektroniki i zabawą współbrzmieniami. Płytę nagrywaliśmy w jednym pomieszczeniu, w takiej stodole zaadaptowanej na potrzeby studia. Po prostu nagrywaliśmy naszą muzykę bez zastanawiania się, co tam z tego wyjdzie. Ciąg świadomości… Co ciekawe, to pierwszy kawałek, który zrobiliśmy jako zespół…VIETCONG_DavidWaldman_2

Nie obraź się, ale mam taką teorię, że dobra muzyka musi być robiona przez zespół, który jest w jakiś sposób arogancki, wyłamuje się z konwenansów. Wasza muyzka taka jest, ale ty wydajesz się być po prostu miłym gościem….

Ciekawa sprawa. Nie wiem, czy mogę oceniać nas niczym psycholog. Chcemy robić dobrą muzykę i jeśli ktoś usłyszy w niej różne rzeczy, nie mam nic przeciwko. Nie jestem ideałem, ale nie nazwałbym się arogantem, raczej gościem, który lubi szukać i stawiać sobie wyzwania. Życie musi być po prostu ciekawe. Poza tym, różne rzeczy o nas mówią, że jesteśmy spadkobiercami Joy Division itp., tymczasem nasza muzyka jest pełna humoru i na pewno nie ma w sobie takiej wisielczej aury. Hałasujemy i staramy się w tym wszystkim odnaleźć. Grunt, to ciągle podążać za swoim głodem. Głód doświadczenia to najważniejsza rzecz dla muzyka.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/David Waldamn