VADER – jestem metalowym purystą

Wprawdzie sam mistrz ceremonii, Piotr „Peter” Wiwczarek deklaruje, że rocznic nie lubi, jednak jakaś okazja do toastu jest – najnowsza płyta, to dziesiąty w dyskografii, studyjny krążek Vader. Można nie lubić, kręcić nosem i machnąć ręką, ale nie sposób nie docenić uporu i żywotności zespołu. Różne losy stały się jego udziałem, wielu się od nich odwróciło, zmieniły się mody i klimat na scenie, a ekipa Petera cały czas niezłomnie broni death metalowych okopów. Tym razem, zgodnie z tytułem „Tibi et Igni”, będzie ogniście, soczyście i klasycznie death metalowo. Vader to Vader, cały czas kroczący w jedną stronę. Ale szykuje się też pewnie niezła dyskusja w sieci, bo oprócz płyty ukaże się wreszcie długo zapowiadana biografia grupy. O tym i o innych sprawach, związanych z ostatnimi działaniami zespołu, rozmawiałem z liderem naszej eksportowej bestii…

No to mamy rocznicę!! Dziesiąta płyta studyjna. Uważasz, że jest to powód do świętowania?

Peter: Cóż, pochodzę z kraju rocznicowego (śmiech). Ciągle mamy jakieś rocznice i nie ukrywam, że mnie to męczy. Mieliśmy już 30 – lecie i na razie wystarczy. Poza tym, po co świętować? My cały czas gramy, jesteśmy aktywni. Mówisz – dziesiąta płyta. Ja gdzieś po piątej straciłem rachubę (śmiech). Jak chcę coś sprawdzić jeśli chodzi o naszą dyskografię, to szukam w Internecie. Czyli w sumie nie zbiera mi się na jakieś refleksje w związku z tą „rocznicą”. Może warto zaczekać na biografię Vader, która już niedługo ukaże się na rynku – tamoffic zespol 2 będzie miejsce na spojrzenie wstecz i zadumę.

Za Wami pozostał intensywny okres promocji płyty „Welcome To The Morbid Reich”. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że był to dobry czas dla Vader – możesz pokusić się o krótką wiązankę, podsumowującą ten okres?

W sumie, muszę przyznać, że ten okres promocji „Morbid…” wiąże się też nową płytą, bo miał na nią bezpośredni wypływ. Przez ten czas mogliśmy zgrać się w nowym składzie, poznać się wzajemnie. Dlatego wchodząc do studia nagraniowego z Jamesem Stewart’em (bębny), wiedziałem, czego się spodziewać, bo miałem czas na to by go poznać. Czyli była to zupełnie odwrotna sytuacja niż w przypadku Darka „Daraya” Brzozowskiego i Pawła „Paula” Jaroszewicza. Oni weszli do studia niejako „z marszu”, nie było możliwości „obwąchania się”. Poza tym James pochodzi z innego kraju i nie jest obciążony bagażem obaw, porównań itp. Ma to wszystko gdzieś, po prostu gra i jako taki przypomina mi Docenta…

W 2013 roku zagraliście serię koncertów, na których powróciliście do całej płyty „Black To The Blind”. Pomijając same sztuki – jak dzisiaj podchodzisz do tej – moim zdaniem najlepszej – płyty Vader?

Cóż, nie jesteśmy zespołem rutyniarzy, lubimy czasami takie „skoki w bok”. Na pewno na nowo ją poznawaliśmy, musieliśmy się nauczyć jeszcze raz utworów z tej płyty. Przyznam, że fajnie było do niej wrócić, co już staje się naszą tradycją. Podobnie zrobiliśmy z „De Profundis”. W sumie, dzisiaj, z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że „Black To The Blind” był krążkiem najmniej poznanym i wypromowanym, ale też nie stracił nic na swojej wartości. Te utwory nadal mają „zadziora”…

Jakiś czas temu ukazała się także reedycja tej właśnie płyty, ku mojej rozpaczy – z inną, nie tak wyrazistą okładką…

Problem polegał na tym, że nie mieliśmy dojścia do oryginalnej okładki, nie było możliwości, żeby ją ponownie wykorzystać. Tamta okładka mi się podoba, ale raczej jako pomysł, idea, niż wykonanie. Pamiętam, że robiliśmy to wszystko w pośpiechu. Teraz mieliśmy dużo czasu, żeby wszystko dobrze przygotować. Staraliśmy się głównie poprawić brzmienie i detale, odświeżyliśmy stronę graficzną. Wpływ na to miały różne czynniki, np. dojście do zdjęć z tamtego okresu było bardzo trudne… Przyznam, że generalnie przy tej okazji byłem nastawiony głównie na winyle. Ta płyta nigdy na takim nośniku nie wyszła i bardzo mi na tym zależało, czułem, że to dobry moment na takie wydawnictwo.

jestem metalowym purystą

jestem metalowym purystą

Odchodząc na chwilę od Waszej dyskografii – death metal, muzyka, w jakiej poruszacie się już kolejną dekadę, bardzo się zmienił, w dużej mierze skomercjalizował. Czy komercjalizacja tego nurtu jest dobrym kierunkiem?

Myślę, że szeroka popularyzacja temu gatunkowi nie grozi. Raczej chodzi o poszczególne przypadki. Popularność zdobył Behemoth i jako jednostka stał się znany poza sceną metalową. Można powiedzieć, że to pomogło scenie metalowej w naszym kraju. Ale metal, jako gatunek na pewno nie jest na tyle popularny, by użyć słowa „komercja”. On wyrósł z buntu, bycia przeciw wszystkim i na pewno nie trafi do rozgłośni radiowych. Komercja pojawia się wtedy, kiedy próbuje się na siłę zmieniać muzykę „pod publiczkę”, wtedy to nie jest już prawdziwy metal, a ja jestem purystą, jeśli chodzi o ten gatunek. Teraz obserwujemy raczej bardziej wycofanie się tej muzyki do podziemia, czyli tam, gdzie jej miejsce.

Skoro tak, to przechodzimy do kwestii związanych z „Tibi et Igni”. Materiał powstawał, z mojego punktu widzenia – po cichutku. Niespodziewanie objawiliście światu jej nagranie. Kiedy rozpoczęły się prace nad tym materiałem?

Staram się cały czas zbierać pomysły, kiedy coś ciekawego przyjdzie mi do głowy, staram się to nagrywać. Taka baza jest pomocna przy robieniu nowych numerów. Sam proces produkcji płyty wynika w pewnym sensie z kontraktu. W gruncie rzeczy jest to naturalny proces – objechaliśmy ziemię dwa razy, trzeba było zatem usiąść i zrobić nowy materiał. W okolicach listopada skupiliśmy się na tej produkcji, w sumie pięć miesięcy bez koncertów. Robiliśmy numery, rozpędziliśmy się, przyjmując metodę pracy podobną do „Welcome…”.

Wspomniałeś o współpracy z Jamesem. To pierwsza płyta z tym perkusistą, co Cię zatem zaskoczyło podczas prac studyjnych, jak oceniasz jego pracę? Możesz porównać Jamesa do któregoś z poprzednich pałkerów Vader?

W sumie, pracowaliśmy według naszego schematu. Pierwsze wejście – bębny, potem gitary, na końcu wokale. Lubię pracować w Hertz’u, bo zapewnia odpowiedni komfort, kiedyś było to poza naszymi możliwościami. Potem zrobiliśmy sobie przerwę świąteczną, żeby nabrać dystansu. Co mnie zaskoczyło? Np. założyłem, że bębny nagramy w 12 dni, taki harmonogram przyjęliśmy, tymczasem James w pięć dni nagrał całość! Miał wszystko dopracowane, jest bardzo konsekwentny w swojej pracy. Nagrał znakomite, zdyscyplinowane bębny a ja zyskałem dzięki temu dodatkowo kilka dni na dopracowanie całości.

Po lekturze „Tibi et Igni” miałem wrażenie, że najbardziej zależało Ci na wyciągnięciu z nowych kawałków tej pierwotnej energii, wkurwienia, co zbliża nową płytę do starszych dokonań Vader…

Być może wpływ na to miały właśnie te koncerty, kiedy graliśmy całą „Black To The Blind”, dzięki czemu tamte dawne czasy wróciły? Na pewno to miało swoje znaczenie. Chociaż osobiście takiego wpływu nie czułem; słuchałem wtedy dużo rzeczy typu Das Ich, industrialu, elektroniki. Ale na pewno znowu udało się złapać na płycie tą, wspomnianą przez Ciebie energię.

Pierwotnie płyta miała nazywać się, o ile pamiętam, „Straight to Hell”. Dlaczego zmieniłeś tytuł?

To był tzw. tytuł roboczy, często tak robimy. Wtedy był specyficzny okres w zespole, wiedziałem, że ten materiał będzie miał nieco pierwotną formę, że będzie prosty i surowy. Dlatego ten tytuł mi pasował. Chciałem w ten sposób podkreślić fakt, że zależy nam nadal na prawdziwym metalu, obdartym z wszystkich naleciałości. Kiedy patrzysz na współczesne zespoły, często trudno wywnioskować, czy grają metal czy nie, kombinują, nie wyglądają na metalowców, cały ten etos już ich nie interesuje. A mnie chodziło o podkreślenie, że my właśnie do tego świata, tej senny należymy – z wszystkimi konsekwencjami…offic zespol 3

Jakie znaczenie ma zatem właściwy tytuł płyty? Co się kryje za tym pomysłem?

Chodzi o nawiązanie do ognia, do pewnych tajemnic. Ogień jest tu symbolem, rytualnym oczyszczeniem, jest ogień miłosny… To bardzo wieloznaczny symbol i jako taki idealnie oddaje emocje, kłębiące się w naszej muzyce. Teraz w tekstach brakuje czegoś takiego jak tajemnica. O wszystkim się informuje, podaje na tacy. Nasze teksty nie są oczywiste i trzeba troszkę poświęcić czasu, żeby je zrozumieć…

Wkrótce będziemy mieli płytę na rynku – czy przygotowujecie coś specjalnego? Czego możemy się tym razem spodziewać z waszej strony?

Przede wszystkim płyta – w różnych formatach. Będzie rozkładana wersja winylowa, wersja specjalna z bonusami. Staraliśmy się wszystko przygotować jak najlepiej, należy jednak pamiętać, że teraz inaczej podchodzi się do słuchania muzyki. Kiedyś ludzie kupowali płyty i znali je w całości, teraz nakłady spadają, firmy często decydują się na najtańszą formę wydania. Nam jednak zależy na fanach i dajemy im powody do tego, żeby warto było kupić naszą płytę. Poza tym, promocja koncertowa. Nie chciałbym, żeby Polska byłą źle traktowana w tVader - Tibi Et Igni - Artworkym względzie, dlatego już we wrześniu pojawimy się na tradycyjnej już odsłonie kolejnego Blitzkriegu. Przez wakacje wszyscy zdążą się zaprzyjaźnić z płytą, więc odbiór będzie dużo bardziej świadomy, a potem kolejne trasy, ale to już 2015 rok, który powoli zapełniamy…

Wiadomo też, że w ramach promocji pojawi się także książka – biografia Vader autorstwa Jarosława Szubrychta, o której tu i ówdzie było już od dawna słychać. I już zastanawiam się, jak siarczyste będą porównania do Konkwistadorów Diabła…

Tak, wreszcie jest… Jarek Szubrycht wykonał mrówczą i katorżniczą pracę. Nie jest to może taka typowa biografia, zależało nam raczej na przybliżeniu początków tego metalowego światka i sceny, o której dzisiaj się już nie pamięta. Dla wielu będzie to prawdziwa fantastyka i kopalnia informacji. A porównania… Cóż, ludzie lubią porównywać, Internet będzie kipiał od plotek (śmiech…). Tego nie unikniemy, ale też nie spędza nam to specjalnie snu z powiek.

Na koniec życzę Ci wszystkiego dobrego a przede wszystkim tego, żeby nasze dzieci poszły we wrześniu do szkoły i żeby Blitzkrieg odbył się jedynie w klubach…

No tak (śmiech…). Wojna to nic dobrego, ale zastanawiam się, czy świat nie potrzebuje czegoś w rodzaju resetu… Cóż, do wojny nie dojdzie – bo cena byłaby wyższa niż jest to w rzeczywistości warte. Politycy mnie przerażają bo w swojej głupocie i zacietrzewieniu nie mają pojęcia, co robią, pomijając fakt, że mają ten kraj głęboko gdzieś.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu