UZIEL – Totalna psychoza

Uziel zstąpił na ziemię i opętał ludzi. Ataku dokonał przez schizofreniczne dźwięki zapisane na swoim pierwszym długograju – Diagnosis F44.3. Po odsłuchu najnowszego krążka, pomyślałam, że ci goście muszą być naprawdę zdrowo stuknięci, a jednak rozmowa z założycielem a zarazem głównym muzycznym trzonem tego przedsięwzięcia, Łukaszem Schubertem, weryfikuje wszelkie domniemania. Zobaczcie, co ciekawego ma nam do powiedzenia o dawnych czasach, muzycznych i filmowych inspiracjach, koncepcie i pracach nad najnowszą płytą a nawet demonach… współczesności.

Uziel narodził się w roku 2001, więc kapela to niemłoda. 13 lat działalności i pierwszy „full-lenght”, przyznacie, że trochę trzeba było nań czekać. Co jest powodem, że dopiero teraz udało wam się stworzyć pełną płytę?

Wiele czynników miało wpływ na nasze ślimacze tempo rozwoju. Na przykład brak żywego garowego. Przez wiele lat graliśmy z automatem. Wielu bębniarzy testowaliśmy. PróbyŁukaszSchubert spędzaliśmy na żmudnym wałkowaniu materiału, tylko po to by stwierdzić, że dany delikwent nie nadaje się na bębniarza. I tak w kółko… Aż dołączył do nas Kamil, zdolny bębniarz, który tchnął w naszą muzę żywego ducha. Były też inne problemy. Sale prób zmienialiśmy jak rękawiczki. Po drodze rozdrobniliśmy się na granie coverów. Był czas, że do koncertowego, autorskiego setu dołączaliśmy drugi set z coverami. Dalej. Próby – zwłaszcza ostatnimi czasy – mają raczej charakter spontanicznego zebrania się w jednym miejscu i czasie niż regularnego okładania swych instrumentów np. co wtorek czy środę. Uff… długo by jeszcze wymieniać. Ale, jak widzisz, cel został osiągnięty, Diagnosis F44.3 już jest i można się nim cieszyć do woli.

Na przestrzeni swojej działalności borykaliście się z ciągłymi zmianami personalnymi. W zasadzie Ty, Łukaszu jako założyciel jesteś jedynym trzonem kapeli, który niespiesznie, acz konsekwentnie pcha swój wózek z muzyczną przygodą. Co Cię utrzymuje w przekonaniu, że warto? Co mobilizuje, żeby nadal tworzyć i szukać sprzymierzeńców?

Czy warto? Jasne, że nie (śmiech). Racjonalnie patrząc: instrumenty kosztują, wynajęcie kanciapy kosztuje, nagranie materiału to kolejny koszt. Koncerty gramy za przysłowiowe piwo. Gramy próby kosztem czasu spędzonego z rodziną. W młodzieńczych latach to nie byłby argument, ale teraz? Człowiek jest zabiegany, zapracowany, zaniedbuje rodzinę, a gdy pojawia się okienko wolnego czasu, to bierze gitarę i wychodzi z domu. Chciałabyś w tym momencie widzieć minę żony i dziecka? He, he. Żartuję, ale trochę faktycznie tak jest. Życie… Z drugiej strony nie wiem jak mógłbym zrezygnować. Są chwile, że człowiek już nie ogarnia tempa dzisiejszego życia, ale przychodzi taki moment, że po prostu brakuje tej odskoczni, takiego zwyczajnego spotkania się w kanciapie i pogrania. Death Metal Forever he, he. Nigdy nie miałem presji, że muszę pchać ten wózek, on po prostu sam się pcha gdzieś z boku.

W tak zwanym undergroundzie działasz nie od dziś, przed Uziel współtworzyłeś Cortege, prowadziłeś własne distro. Czasem zastanawiam się, czy obecnie można mówić jeszcze o undergroundzie, co o tym sądzisz? Nie masz wrażenia, że współcześni odbiorcy są znacznie bardziej wygodni, że nie chce im się odkrywać muzyki, a wolą dostać na tacy to co serwują nachalnie promotorzy w sieci? Może zerkniesz na chwilę wstecz i przybliżysz młodym maniakom, jak to było, kiedy zaczynałeś swoją muzyczną wędrówkę?

Internet zabił underground, bez dwóch zdań. Brzmi to może trochę jak hipokryzja, bo w tej chwili sami działamy w necie, ale nie ma innej drogi. Dostosowaliśmy się do warunków jakie panują w dzisiejszym świecie, ale zdecydowanie wolę tamten klimat. Dziś jednym kliknięciem otrzymujesz co chcesz, kiedyś rok i dłużej czekało się na kolejny numer zina. Może ktoś powie, że dostęp do informacji to plus internetu i to jest niepodważalne, ale z drugiej strony zastanawiam się, czy recenzja np. UZIEL w jakimś webzinie do kogoś dotrze? Będziemy kolejną pozycją na literę U w całym alfabecie recenzji i kapel, kolejnym, statystycznym zespołem… Kiedyś docierało się do ludzi ulotkami, które wysypywały się z każdego listu. Oczekiwało się na przesyłki zawierające kasety, potem płyty CD (to był rarytas!). Wysyłanie sporej ilości listów wiązało się z kosztami. Popularne było smarowanie znaczków pocztowych klejem. Wtedy odbiorca mógł zmyć pieczątkę i użyć znaczka ponownie. Pisało się listy czasem na parę stron! Ludzie wymieniali się informacjami o nowych demosach, o koncertach, na których się było, o imprezach. Bywało też strasznie i śmiesznie. W dawnych czasach black-metalowcy byli wrogami death metalu i vice versa. Pierwsze kapele, które używały keyboardu były przez wielu wyklęte. A największą obrazą było posądzenie jakiegoś zespołu o komercję. Tak było np. gdy Sepultura wydała „Chaos AD”, Paradise Lost wydał „Draconian Times”, Tiamat wydał „Wildhoney” itd… Dziś te płyty to klasyka, kiedyś przez wielu fanów metalu były uważane za totalną porażkę.

Całkiem niedawno bez wielkiego szumu wypuściliście w świat nowy materiał. Muzyka na „Diagnosis F.44.3” to mieszanka melodii, masywnych riffów, rytmicznych partii perkusji, subtelnych, acz znaczących klawiszy, dwojakich wokaliz i przede wszystkim nawiedzony klimat, niezwykle ciężki, czy trudno było osiągnąć taki efekt?

Cały koncept, czyli osadzenie naszej muzy w szpitalu psychiatrycznym pojawił się już dawno. Klimat miał być w założeniu bardzo mroczy i niepokojący. Proponowaliśmy stworzenie sampli do naszej muzy wielu osobom, niestety wielu poległo. Stąd też m.in. opóźnienia w wydaniu Diagnosis F44.3 Dopiero Azar, który nagrywał nasz materiał okazał się osobnikiem, który w pełni zrozumiał o co nam chodzi. Pchnął sample w kierunku, który nas satysfakcjonował. Nie mniej ważne są tutaj teksty. Ich autorem jest Marcin Główczyński i był to strzał w dziesiątkę. Marcin w rolę wczuł się całkowicie. Wystarczy zerknąć na youtube na nasz króciutki raport ze studia z nagrywania wokali. Dla Marcina ważne było nawet odpowiednie akcentowanie schizofrenicznych i nieartykułowanych psychodelicznych skrzeków. Filmik na youtube jest jeszcze dosyć poprawny politycznie. W archiwum mamy filmiki bardziej ekstremalne.

Wasza płyta to diagnoza dość nietypowa. Według Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 pod tajemniczym numerem F.44 klasyfikowane są zaburzenia dysocjacyjne, a F.44.3 to zaburzenia transowo opętaniowe. W zestawieniu z schizofrenicznym klimatem, krzykami i szeptami wplecionymi w wokalizy, nawiedzonymi tekstami, płyta tworzy spójną całość, w pełni dopracowany koncept. Czy od początku wiedzieliście jak będzie ona wyglądać? Czy wizja ta ewoluowała w trakcie tworzenia? Kto miał największy wpływ na finalne brzmienie płyty? Kto przyniósł do sali prób pomysł na tajemnicze „F.44.3”?

uziel1Symbol F44.3 to pomysł Sebastiana, naszego byłego wokalisty. Samą myśl rozwinęliśmy już bez niego. Po odejściu z zespołu Sebastian nie udostępnił swoich tekstów. Wszystkie teksty były pisane od nowa przez wspomnianego Marcina pod kątem tej koncepcji. Drugi wokalista Maryj dodał parę schizów od siebie, Azar dostosował się z samplami do całości i tak powstał Diagnosis. Nikt z nas nie wiedział jaki będzie efekt końcowy. Wiele pomysłów pojawiło się spontanicznie w trakcie nagrywania i miksów. Sami byliśmy ciekawi co z tego wyjdzie. Wszyscy wyżej wymienieni dodali coś od siebie do całości. Pamiętam, że jednego dnia w studio Maryj chwycił za werbel i uderzając pałką wolny, pusty rytm nucił melodię z „Dziecka Rosemary”, Marcin podchwycił temat odgrywając rolę psychiatry, Azar podłożył kilka nerwowych dźwięków w tle i tak powstało „Diagnosis Six”, czyli wstęp do kawałka „Mother’s Eyes. Burning Bride”. Totalna psychoza.

Skoro rzekliśmy słówko o „klimacie”, w jednym z wywiadów stwierdzasz, że talent to nie tylko zdolność posługiwania się instrumentem w sposób wirtuozerski, ale także, lub przede wszystkim umiejętność stworzenia owego klimatu. W pełni zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale jeśli możesz, rozwiń tę myśl…

Skupmy się na muzie najbliższej mojej duszy, czyli metalu. Ostatnie płyty Satyricona powalają prostotą, wręcz trywialnością, a mimo to ten norweski zespół święci triumfy i zdobywa coraz większe uznanie. Satyr ma talent, bez dwóch zdań, a wirtuoz z niego żaden. Patrząc szerzej. Klasyczny riff z „Smoke On The Water” to praktycznie trzy dźwięki na krzyż, ale jakie to dźwięki! Nie ma recepty na talent. Możesz okładać swój instrument aż do krwi bez żadnego efektu, a wystarczy połączyć parę dźwięków w „Smoke On The Water”, a sukces i groupies gwarantowane na najbliższe 20-30 lat (śmiech). To lepsza inwestycja niż odkładanie na przyszłe, niepewne emerytury z ZUS.

Zatrzymajmy się chwilę przy tekstach, gdyż kwestia to dość istotna w płytach, które oparte są na konkretnym koncepcie. Ich autorem jest wspomniany już Marcin Główczyński. Spisał on wersety bardzo schizofreniczne, jakby żywcem wyjęte z chorych głów pacjentów psychiatryka, choć już nawet same tytuły (podwójne) sugerują niejako rozdwojenie jaźni. Ponadto wplótł doń fragmenty poematów Williama Blake’a który jak wiadomo ma status poety wyklętego, rzekomo doznającego objawień, które opisywał w swoich wierszach. Czy wybór tegoż był powodowany faktem, iż nastrój jego twórczości idealnie pasował do konceptu, a może jesteście fanami angielskiego poety?

Marcin wczuł się w swoją rolę znakomicie. Ta dwoistość pojawiała się nie tylko w samych tytułach. Marcin potrafił odegrać w studio przed mikrofonem zarówno pacjenta dotkniętego ciężkim schorzeniem psychicznym jak i ułożonego doktora przeprowadzającego obchód szpitalny. W studio słysząc jego możliwości wręcz aktorskie stwierdziliśmy, że powinien zając się w swoim życiu podkładaniem głosu do różnych produkcji filmowych. Ma do tego talent! Twórczość Williama Blake’a pojawiła się u nas również za sprawą Marcina. Jego talent zadziałał również na tym polu. Nie każdy potrafiłby wkomponować w taki sposób wiersze do death metalu. Podsumowując: wszystkiemu o co pytasz, winien jest Marcin.

Przed nagraniem płyty rozstaliście się z waszym wokalistą Sebastianem Bartkiem, jego miejsce na „Diagnosis…” zajęli dwaj znamienici goście, wychwalany już Marcin z Exiled i Maryj, który ostatnio zbiera laury z racji współtworzenia Odrazy. Jak doszło do tej współpracy? Czy jest to rzeczywiście jedynie gościnny udział tychże, a może za racji bardzo dobrych efektów, które słyszymy na krążku planujecie przedłużyć współpracę?

Marcin i Maryj wywiązali się ze swojego zadania wzorowo. Jako ciekawostkę powiem, że obaj panowie poznali się dopiero w studio. Pewne aranże Marcin miał już w głowie, ale sporo pomysłów pojawiło się spontanicznie w trakcie nagrań. Poszliśmy na żywioł i to był dobry krok. Jeśli tylko się zgodzą, na pewno powtórzymy ten duet. Między nimi iskrzy i to słychać w partiach wokali. Już wspomniałem, że Marcin ma zdolności aktorskie co przydało się w trakcie nagrań. Maryj nie ustępuje tu na krok. Talent ma, wystarczy posłuchać Odrazy. Jest uziel2elastyczny i pomysłowy, Uziel tylko na tym skorzystał. Tak myślę, że jak obaj przeczytają ten wywiad jak im tu słodzę, to postawią chociaż po browarze (śmiech).

Skoro już były wzmianki o innych zespołach, z którymi styczność mają współtwórcy nowej płyty Uziel, może powiesz co sądzisz o współczesnym rozwoju muzyki określanej mianem metalu? Czy są jakieś nowofalowe kapele, które w szczególny sposób absorbują Twoją uwagę?

Myślę, myślę i nic nie wymyślę. Nowe kapele rzadko potrafią mnie wzruszyć. Może tylko Gojira. Nie mam czasu na poszukiwania. Ze starych kapel to płyta ”Kata Ton Daimona Eaytoy” Rotting Christ jest dla mnie genialna. Bardzo cenię też sobie dwie ostatnie płyty Sceptic Flesh. A na co dzień wyznaję zasadę zaczerpniętą prosto z kultowego Rejsu. Słucham tylko tej muzy, którą już wcześniej słyszałem. W samochodzie królują więc stare płyty Death, Samael, At The Gates, Morbid Angel i cała reszta śmietanki lat 90-tych.

Muzycznie zamykają Was w szufladce death/black, jednak jak wiadomo nic nie jest tylko białe albo tylko czarne. Sporo przecież w Uziel doom’owych wstawek. Już pierwszy utwór przez niesamowite wokalizy, masywne riffy i niebywały ciężar przywodzi na myśl stare, dobre My Dying Bride, mało kto tak gra dziś na naszym polskim podwórku, dominuje moda na wszelkiego rodzaju „posty”, a Wy konsekwentnie przemycacie do swoich melodyczno-death/black’owych poczynań doom’owy klimat przyprawiony szczyptą klawiszy. Sądzisz, że na takie granie zakorzenione gdzieś w latach 90-tych jest jeszcze miejsce na scenie? Jak zapatrujesz się na swoisty renesans sceny doom metalowej jaki możemy dostrzec w ostatnich latach – jacyś faworyci w temacie ultra ciężkich riffów?

Faworytem jest oczywiście nasz znajomy zespół Gallileous, który przecież współtworzył scenę doom w Polsce. Dziś Gallileous idzie krok dalej, tworzy odważne kompozycje wychodzące poza ramy doom metalu, ale to tylko wychodzi im in plus. Czy na granie z lat 90-tych jest jeszcze miejsce? Nie wiem. Nigdy nad tym nie myślałem. Na muzie z tamtych lat się wychowałem i do dziś mnie tamte płyty inspirują. Wtedy powstały płyty genialne. Mam nawet takie spostrzeżenie, które przedstawię na prostym przykładzie zespołu Unleashed. Ostatnie płyty są dobre. Lubię czasem ich posłuchać, ale po jakimś czasie zacierają mi się w pamięci, natomiast kawałki np. z „Across Of The Open Sea” będę pamiętał nawet jako schorowany emeryt, a „The One Insane” zagram na gitarze nawet jeśli dopadnie mnie choroba Parkinsona. Wryło się w pamięć i koniec.

Na płycie znalazło się 13 numerów, choć właściwych utworów jest 7, pozostałe 6 to nagrania niejako z diagnoz lekarskich. We wcześniejszej twórczości zdarzało się wam wykorzystywać sample z filmów (m.in. „Unforgiven” czy „Elizabeth”) Skąd wygrzebaliście sample na „Diagnosis…”? Ponoć pomagali wam w tym Dominik Wawak z Sinphonicon i Daniel Arendarski z Grawitacji…. Czy one także pochodzą z filmowych produkcji?

Tak jak zauważyłaś, wcześniej korzystaliśmy z gotowców filmowych. Tym razem postawiliśmy jednak na własne pomysły. Wszystkie diagnozy lekarskie zostały zarejestrowane przez Marcina i Maryja w Studio Orion. Był to jeden z tych spontanicznych pomysłów, który pojawił się w studio, rzucił go bodajże Kamil. Chłopaki na poczekaniu bez żadnego przygotowania nagrali dialogi i inne charkoty. Azar nad wszystkim czuwał i stworzył do tego mroczne, psychodeliczne podkłady. Jeśli chodzi o sample Dominika, to parę z nich pojawiło się w podkładach. Natomiast mamy ogromny materiał orkiestrowy przygotowany przez Dominika opierający się na utworach z Diagnosis F44.3 Planujemy za jakiś czas upublicznić ten ciekawy materiał w formie bonusu do Diagnosis. Mix orkiestry w oparciu o koncepcję naszej płyty może być naprawdę odjechany (śmiech).

Jeśli jesteśmy przy filmie, warto przypomnieć, że nazwa zespołu inspirowana była „Armią Boga” Widena (Uziel – zastępca Gabriela). Jednak patrząc na okładkę i widniejący na niej raport z badań chorego, który sam nazywa siebie Uziel, dostrzec można podpis Louis Ciphere. Czyżby sam Lucyfer wydał taką diagnozę, że Uziel to twór opętany? Lubisz „nawiedzone” filmy? Skojarzyło mi się to z rewelacyjną kreacją Roberta De Niro (jako właśnie Louisa Cyphere) w „Harry Angel”, gdzie również mamy do czynienia z opętaniem, a może chorobą psychiczną… Czy uważasz, że opętanie to rzeczywisty wpływ demonów, a może wynik schizofrenii? Wierzysz w demony?

uziel3Marcin okazał się być człowiekiem wielu talentów. Oprócz tekstów i aranżów jest również autorem okładki. Lekarz diagnozujący jest postacią bardzo tajemniczą. Posłuchaj wstępów/diagnoz do kawałków. Jeden z lekarzy w miarę rzeczowo opisuje poszczególne przypadki chorobowe. Kto jednak jest odbiorcą jego słów? Początek płyty wskazuje na to, że jest nim drugi lekarz. Ale czy usłyszysz choćby jedno zdanie wypowiedziane przez niego? Jak widzisz postaraliśmy się o każdy szczegół. Prywatnie nie zgłębiam wiedzy o demonach. Ale chyba bardziej wierzę w życie w kosmosie niż w demony. Z nawiedzonych filmów znam tylko kultowe, klasyczne pozycje typu „Dziecko Rosemary”. Wolę obejrzeć kolejny raz „Obcego”.

W dzisiejszych pędzących w zawrotnym tempie czasach nietrudno o różnego rodzaju nerwice czy stany depresyjne. Zastanawia mnie, czy mieliście rzeczywisty kontakt z chorobami psychicznymi, a może nawet z samym opętaniem?

Bezpośrednio nigdy nie spotkałem się z takim stanem. Moja żona pracuje w szpitalu i z pierwszej ręki wiem, że w zastraszającym tempie rośnie liczba osób zażywających wszelkiego rodzaju leki psychotropowe i inne świństwa. Prób samobójczych jest coraz więcej, zwłaszcza wśród młodych osób, które dopiero wchodzą w dorosłe życie. Ostatnio jakiś młodzian próbował zabić swoją matkę, bo wyłączyła mu komputer. To jakaś paranoja. Ludzie są antyspołeczni. Spędzają cały czas w świecie wirtualnym, nie dbają i nie zależy im na bezpośrednim kontakcie z drugą osobą. W państwach wysokorozwiniętych istnieją już ośrodki leczące uzależnienie od internetu. Co jakiś czas słyszę o wybuchach plazmy na słońcu. Jeden z nich w XIX wieku zniszczył pierwsze urządzenia elektryczne w Stanach Zjednoczonych, czyli telegrafy. Jeśli znów Słońce rozbłyśnie równie mocno jak wtedy, to cofamy się do XIX wieku. Skończyłoby się to zamieszkami na ulicach. Ludzie są opętani przez nowoczesne technologie zaspokajające potrzeby wyższego rzędu. Nie zrozum mnie źle. Nie jestem jakimś ortodoksem, który najchętniej narzuciłby na siebie futro niedźwiedzia i zamieszkał w ziemiance z dzidą i krzesiwem. Należy korzystać z dobrodziejstw techniki, ale należy mieć we wszystkim umiar.

„Diagnosis…” wydaliście w formie cyfrowej, tzw. digital. Wcześniejszą ep-kę „Where’s the Cross” pod skrzydłami Let Them Come Productions; dlaczego i tym razem nie powierzyliście wydania płyty jakiejś wytwórni? Planujecie w ogóle wydać Diagnozę na fizycznym nośniku?

Nie przewidujemy fizycznego wydania Diagnosis F44.3 Naszym celem jest dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Udostępnianie płyty legalnie za darmo jest chyba najlepszym możliwym sposobem na osiągnięcie tego zamiaru. Z tego miejsca chciałbym wszystkich gorąco zaprosić na naszego bandcampa, gdzie całą płytę dostaniecie za zupełną darmochę. To naprawdę nic nie kosztuje. Mamy doświadczenie z ep-ką „Where’s the Cross”. Jak skończyły się koncerty, nie za bardzo było gdzie i jak fizycznie sprzedać płyty. Co jakiś czas wypuszczamy więc aukcję na allegro gdzie można ją nabyć za symboliczną złotówkę. Lepsze to, niż jakby miały się kurzyć na półce w domu. Nakład został już prawie wyprzedany. Nie jesteśmy jednak ażuzielfront takimi filantropami aby powtórzyć ten manewr z Diagnisis F44.3 Płyta kosztowałaby pewnie 20-30zł i mało kto by się nią zainteresował. Lepiej już za darmochę ją udostępniać.

Płyta płytą, ale według powszechnej opinii prawdziwym sprawdzianem dla kapeli są koncerty. Dość dawno nie koncertowaliście. Czy macie w planach wystawić swój nawiedzony teatr na scenicznych deskach? Jak Twoim zdaniem powinien wyglądać idealny koncert Uziel? Scenografia? Wizualizacje?

Nasi wokaliści powinni przez cały występ przebywać w kaftanach bezpieczeństwa, brudnych, okrwawionych. Reszta kapeli w kitlach lekarskich również poplamionych posoką. Dalej. Za sceną wizualizacje puszczane na wyświetlaczu kinowym. Każdy kawałek byłby okraszany innym obrazem, nawiązującym do tekstu. Koncepcja jest na tyle szeroka, że można tu wymyślić jeszcze wiele ciekawostek. Niestety ani ten idealny, ani zwykły koncert w wykonaniu UZIEL jest obecnie całkowicie niemożliwy. Mamy niepełny skład a trudno znaleźć odpowiednie osoby do grania, zwłaszcza w przypadku naszych nieregularnych prób. Przeszkolenie nowych ludzi byłoby żmudne i czasochłonne. Wolimy skoncentrować się na nowych kawałkach. Jeśli przykładowo Nuclear Blast czy Century Media zainteresowałoby się Diagnosis F44.3 to nie wykluczymy wtedy poszerzenia składu i grania tras po Europie.  Ale póki co na to się nie zanosi.

Na koniec zdradź nam proszę plany Uziel na najbliższą, a może trochę dalszą przyszłość. Wiadomo, co nagle to po diable, ale mam nadzieję, że na kolejną płytę nie będziemy musieli czekać naście lat. Macie już jakiś zamysł dalszych poczynań, czy na razie poprzestajecie na sprezentowanej diagnozie?

Nowe kawałki powoli powstają. Myślę, że będzie to materiał bardziej bezpośredni, uderzający i bezkompromisowy. Jest już nawet kolejna koncepcja na płytę. Marcin jest chętny aby znów ją przygotować pod względem tekstowym i aranżacyjnym. Jest nawet pomysł na tytuł płyty. Ale na razie te plany niech zostaną okryte tajemnicą…

Rozmawiała: Justyna Bochenek

Grafiki: Archiwum zespołu