UNIQPLAN – ambitne piosenki pop

Po muzyce brutalnej, smolistej i absolutnie niewesołej, czas wpuścić na stronę troszkę kolorów i optymizmu. Drastyczna zmiana nastroju – alternatywny synth pop, czyli nowoczesne i nieco sentymentalne indie – ciągoty zupełnie na poważnie. Zachwyty nad płytą „Wilderness” roztoczyłem dwa tygodnie temu, najwyższy zatem czas na spowiedź samego zespołu, który ustami Michała Wojtasa, wokalisty, gitarzysty i klawiszowca, opowiada o swoich fascynacjach, produkcji płyty i całkiem rockowych koncertach, jakie Uniqplan zdążył w swojej karierze zagrać pokaźną ilość. Jeśli nie zraża Was to, że grupa zaliczyła festiwal TopTrendy a w swoich inspiracjach sięga do zamierzchłych lat 80 – tych, zapoznajcie się z płytą, a jeśli nie wierzycie piszącemu, może przekonają was całkiem sensowne poglądy podmiotu niniejszego wywiadu. Zapraszamy na muzyczny „Powrót do Przyszłości” w takt powłóczystych nut Pink Floyd…

Na początek mały test: co wybieracie – „So Red The Rose” Arcadia czy „The Power Station” The Power Station??

Michał: Arcadia.  Ale The Power Station ma świetnie brzmiące bębny.

Kilka słów odnośnie waszego powstania, bo jest dość… intrygujące. Dwóch z was poznało się w pracy, kolejny członek zapoznany został w kościele a czwartego dokooptowaliście przez ogłoszenie. Teoretycznie to nie powinno było się udać, a jednak… Jak wyglądało w rzeczywistości powstanie bandu?

Michał: Dokładnie tak było. Zaczęło się zwyczajnie od tego, że pod koniec 2009 roku razem z kolegą z pracy – Konradem oraz wokalistą Darkiem – jednym z uczestników zajęć naszego centrum kultury, w którym pracowaliśmy i jamowaliśmy sobie wspólnie w sali prób. Darek śpiewał i grał na gitarze, Konrad bębnił a ja grałem na klawiszach. Zabrakło więc basisty. Dałem ogłoszenie w sieci, które brzmiało mniej więcej tak: „Poszukiwany basista z Warszawy, estetyka U2/Coldplay itp”. Przyszło kilku kandydatów, ale ostatecznie został Kephas – od razu zaczał grać odpowiednie dźwięki i dla wszystkich wybór był jednoznaczny. Jamowaliśmy przez kolejne tygodnie. Pracowaliśmy na zajawkach Darka. Z czasem ja tworzyłem sporo nowych zajawek. W naturalny sposób uznaliśmy, że szykują się dwa różne byty muzyczne. Darek z innymi kolegami kontynuowali swoje zajawki a ja tworzyłem sam w domu coraz więcej i do tego sam zacząłem śpiewać (dopiero wtedy, bo od zawsze grałem tylko na klawiszach i gitarze). Jamowanie na jakiś czas się skończyło. Myślałem wtedy o założeniu jakiegoś mojego już zespołu. Wymyśliłem nazwę i logo. Wybrałem trzy zajawki i zrobiłem ich kompletne wersje, potem pokazałem je Konradowi i Kephasowi i w styczniu 2010 oznajmiłem, że chciałbym je nagrać w studio – póki co, bez określenia formy zespołu. W międzyczasie zrobiliśmy kilka prób. Pamiętam, że Konradowi materiał spodobał się od razu i powiedział „wchodzę w to”. Kephas też „wszedł”. Nagraliśmy pierwszego maxi-singla z trzema kawałkami, jeden z nich to „One Day”, a kawałek, od którego wszystko się zaczęło to nieopublikowany dotąd „Hero”. I tak powstało trio Uniqplan. Z czasem brakowało nam klawiszowca, gdyż śpiewając live mogłem raczej grać na gitarze. Poznaliśmy więc Bartka, który na pierwszej próbie też „wszedł”. I do dziś mamy kwartet. Rok później zespół Uniqplan zagrał kilka wspólnych koncertów z zespołem Darka – Fabletales.

Trochę o waszych początkach – jesteście tzw samoukami, czy może posiadacie wykształcenie muzyczne. Kto zaraził Was muzyką i gdzie szukaliście wzorców?

Michał: Muzyką zaraził mnie starszy brat, który słuchał na okrągło Michela Jackson’a i inne hity, do tego mój tata kupił mi kilka kaset Jean Michel Jarre’a ( to były lata 80 – te). Ja jestem samoukiem z wykształceniem muzycznym. Zanim poszedłem do szkoły muzycznej II stopnia, od kilku lat grałem na klawiszach i zaczynałem na gitarze. W szkole muzycznej moim głównym instrumentem była na początku waltornia a potem obój! Po trzech latach zrezygnowałem z dmuchania w trąby – wygrała gitara, do tego poznałem muzykę Mike’a Oldfield’a i Pink Floyd – to zmieniło wszystko. Ostatecznie jestem magistrem edukacji artystycznej.

 przestrzenie Pink Floyd i muzyczny „Powrót do przyszłości”

przestrzenie Pink Floyd i muzyczny „Powrót do przyszłości”

Czym zajmujecie się na co dzień, poza salą prób? Garnitury i niebieskie koszule wiszą w szafach?

Michał: Ja dalej działam w centrum kultury, do tego oczywiście piszę dużo piosenek, którymi śmiało mógłbym wyposażyć kilku wykonawców i zespołów. Na co dzień nie jesteśmy osobami, które noszą koszule i krawaty. To do nas nie pasuje.

Skąd fascynacja synth popem? Teoretycznie nie pamiętacie tych czasów, w praktyce większość ludzi kpi z lat 80 – tych i raczej traktuje taką muzykę jako jedno wielkie jajo, zaś wasza płyta jest na maksa poważna, co zresztą bardzo mi się podoba…

Michał: Jak to nie pamiętamy!? Byliśmy wtedy dziećmi, te czasy zaznaczyły się mocno w każdym z nas. Jak pomieszasz lata 80 – te z przestrzeniami Pink Floyd i dodasz do tego odrobinę muzycznego „Powrotu do przyszłości”, to masz skan mojej głowy.

Możecie wymienić kilku wykonawców, którzy zmienili wasze podejście do muzyki – i mam tu na myśli zarówno klasyków jak i współczesnych artystów. Czy W Polsce są zespoły, które podobnie jak Wy fascynują się syntetykami? Możecie kogo polecić?

Michał: Najważniejszych moich klasyków już wymieniłem, choć oczywiście po latach 80 – tych, jak wiadomo, były lata 90 – te i dużo dobrych wpływów, np. Bjork, U2. Kocham trzy pierwsze płyty Bjork a kawałek „Beautiful Day” U2 – to istny odlot. Z czasów współczesnych kontynuatorem „przestrzeni” na pewno jest Coldplay, ale bardzo też lubię nurt dream pop typu M83 czy Crystal Castles, jest cała masa fajnej muzyki. W Polsce pojawia się coraz więcej fajnej muzy. Słyszałem ostatnio kilka rzeczy Atlas Like, lubię sporo nut zespołu Kamp! czy nowej Brodki. Dodatkowo jestem absolutnym fanem gitary szalonego Jeffa’a Beck’a i spokojnego Marka Knopflera.

Kiedy już wiedzieliście co i jak, pewnie pojawiły się kwestie sprzętowe. Jaką opcję prezentujecie – „na archeologa”, czyli poszukiwanie starych syntezatorów z epoki, czy raczej korzystacie z nowoczesnych samplerów i próbek „starych” brzmień? Podobnie kwestie perkusyjne – retro zestaw Gretch’a z 75, elektronika Simmonsa, czy normalny, seryjny zestaw?

MUniqplan3-fot.Marta Wojtasichał: Jeśli chodzi o syntezatory, lubię wszystko co jest kreatywne i brzmi organicznie. Jestem fanem analogów i syntezy FM, która wg mnie jest najbardziej kreatywną syntezą. W zespole mamy i stare i nowe instrumenty. Ostatnio nabyłem 26-letni instrument FM za naprawdę małą kasę – brzmi świetnie. W kwestii gitar – gram na limitowanej edycji raczej współczesnej gitary Custom 24 firmy PRS i wzmacniaczu Fuchs. W życiu nie grałem na niczym lepszym ale mam też chęć na klasyczny zestaw Les Paul/ Marshall czyli brzmienie solówki wszechczasów tj „Brothers In Arms” (śmiech).

W Polsce nadal – mimo wszystko – pokutuje opcja, że ambitna muzyka musi być ekstremalna, trudna i broń Boże melodyjna, zaś melodia albo elektronika – jeśli nie jest eksperymentem albo biesiadnym kabaretem – traktowana jest jako coś złego, podejrzanego czy też problematycznego. Wy takiej teorii zaprzeczacie. Mieliście obawy co do obranego kierunku, czy liczy się jedynie konsekwencja?

Michał: Liczy się wyłącznie jakość i zgoda ze sobą. Uważam, że najtrudniej jest stworzyć dobrą i jednocześnie łatwą linię melodyczną. Jestem fanem melodii w przeciwieństwie do plam ciągnących się w czasie. Dla mnie definicją muzyki ambitnej jest jakakolwiek piosenka np. Pink Floyd, która na ogół jest prostą melodycznie formą, ale rozbudowaną o elementy instrumentalne i inne impresje. Słuchacz dostaje jednocześnie łatwo zapamiętywalną, dobrą melodię, ambitne granie instrumentalne plus genialne zatrzymania, efekty itd. Jeśli mocno przyspieszymy tempo, otrzymujemy ambitną piosenkę, która może się zmieścić w 3 minutach! Piosenka „Thriller” M.Jacksona to idealny przykład ambitnego, progresywnego popu. Zdecydowana większość ludzi lubi tę piosenkę.

Zauważam – ze zdziwieniem zresztą – że Wasza płyta spotkała się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Recenzje są świetne, widać, że „chwyciło”. Z czego to wynika, pomijając oczywiście świetną muzykę? Teoretycznie zespół grający takie dźwięki, związany z majorsem, powinien wzbudzać w tym kraju złośćJ Czy może to mieć związek z tym, że wreszcie coś drgnęło i więcej ludzi otwiera się na tzw. indie – pop?

Michał: Wiesz co, ja myślę, że na początku nikogo nie obchodzi kto jest skąd i z kim jest związany. Liczy się muzyka. Cieszy nas bardzo taka reakcja na płytę. Od początku większość ludzi reaguje na nas na tak, a odkąd jesteśmy związani z majorsem, więcej osób wie o naszym istnieniu. Kiedy poznaję jakiś nowy band, ostatnią rzeczą na którą zwracam uwagę to nazwa wydawcy. Myślę, że słuchacze niezwiązani z branżą myślą podobnie.

Ten, wspomniany wyżej hype na qp cieszy Was, czy raczej niepokoi – wiadomo, że taki szum często szybko zmienia się w banowanie i hejterkę…

Michał: Dobrze, że jest odzew i że ludzie dzielą się swoimi wrażeniami. Ja nie czuję niepokoju i wydaje mi się, że fani raczej nie są zainteresowani jakąkolwiek hejterką.

 ambitne piosenki pop

ambitne piosenki pop

Nawiązania do lat 80 – tych bardzo mnie cieszą, głównie z jednego powodu – otóż w Polsce przyjęło się, że wracanie do takiej muzyki, powszechnie uważanej za kiczowatą, ma sens jedynie wtedy, gdy traktowana jest ona jako żart, dowcip. Co zatem jest Waszym zdaniem istotą takiej muzyki, co powoduje, że mniej lub bardziej otwarcie – szczególnie w ostatnich latach – wracamy do tych dźwięków? Mogę zrozumieć starszych ludzi, którzy traktują to jako sentymentalną podróż do czasów, kiedy byli młodzi (ja…), ale dzisiejsza młódź, słuchająca „Notorious” jest dla mnie… podejrzana…

Michał: Uważam, ze kicz lat 80 – tych dotyczy bardziej stylu ubierania się niż muzyki i rzeczywiście, dziś kojarzy nam się raczej z żartem czy imprezowaniem. Artyści byli jednak często bardziej konkretni w swoim przekazie, a ich muzyka była prawdziwa i szczera. Myślę, że dzisiejsza jak ją nazwałeś „młódź” doskonale to czuje i nawet jak sięga do „Notorious” (choć to już lata 90 – te…  A właśnie, że nie, rok 1986 – przyp. red.), to też tam czegoś szuka – nie zawsze muzycznego. Poza tym tak to już jakoś jest, że dziś podobają nam się rzeczy z epoki minionej.

Jak wygląda praca w zespole, gdzie odwrócono proporcje – na pierwszym planie są klawisze a gitara gdzieś z tyłu – trudno jest ogarnąć kwestie brzmienia? Odnoszę wrażenie, że chyba trudniej grać taki rodzaj muzyki, bo łatwiej jest w nim wychwycić wszelkie brudy i dysonanse; w gitarowej muzyce takie rzeczy mogą ujść płazem…

Michał: Przyjdź na nasz koncert, a zobaczysz że jest dokładnie odwrotnie. To gitara jest na pierwszym planie i wtedy słychać brudy i dysonanse (śmiech…). Nasze piosenki na płycie rzeczywiście brzmią bardziej klawiszowo. To wynika z takich aranżacji. Ale my oferujemy dwa warianty: A – wyważona, elektronicznie brzmiąca płyta oraz B – wariant rockowego grania na koncertach.

Jak wyglądało przygotowanie gruntu pod nagrania studyjne – realizator dostał „Rio” do posłuchania, czy woleliście tzw. „czysty umysł”?

 miejscami jesteśmy rockowi...

miejscami jesteśmy rockowi…

Michał: W naszym przypadku muzyka przed wejściem do studia była już wyprodukowana i kompletnie zaaranżowana. Naszym zadaniem było zarejestrować w warunkach profesjonalnych wszystkie instrumenty a potem zrobić mix na wzór demo, ale oczywiście lepiej. Realizatorem Studio Rekord był Pan inżynier – Szymon Sieńko, który miał czysty umysł, bo nie znał wcześniej materiału. Doskonale wiedział jak nam pomóc.

Zastanawia mnie, jak daleko sięgała studyjna post produkcja – szczególnie w kwestii bębnów. Dużo było edytowania brzmienia, dostosowywania do koncepcji płyty?

Michał: Jeśli się wsłuchasz, wszystkie nasze kawałki mają inaczej brzmiące bębny. O tym pewnie więcej może powiedzieć Konrad. Jako producent mogę tylko stwierdzić, że moim zamysłem było osiągnąć podobne brzmienie, które osiągałem na demo dla każdej piosenki i tutaj było dużo eksperymentów i kręcenia gałami – o tym pewnie mógłby mówić i mówić Pan inżynier…

Teksty w przypadku pop zazwyczaj schodzą na plan dalszy, jednak u Was są to całkiem poważne, jak zauważam, przemyślenia. Może zatem zdradzicie, jakie tematy poruszacie i dlaczego?

Michał: Myślę, że teksty schodzą na dalszy plan w przypadku słabego popu lub muzyki na dancefloor, gdzie nikt nie słucha tekstu bo jest zajęty czym innym. Jednak w zdecydowanej większości dobrego popu teksty są dość istotne. Po co marnować dobrą muzykę na śpiewanie o niczym? Dla nas jest istotne o czym śpiewamy, bo jak już otwierać usta, to z sensem. Nasze piosenki dotykają różnych spraw od marzeń, poprzez bunt wobec sztuczności po poszukiwanie swojego miejsca we współczesnej rzeczywistości, która jak wiemy łatwa nie jest.

Wasza muzyka wpisuje się całkiem ciekawie we współczesny indie rock, zafascynowany kolorowym popem, łączący syntetyki z mrokiem Joy Division. Czy nie uważacie, że cały ten nurt, bazujący przecież na tym, co już dawno przebrzmiało świadczy o lekkiej dezorientacji współczesnego środowiska muzycznego?

Michał: Myślę, że to normalne, jest to kwestia wyżej wspomnianego, historycznego patrzenia na rzeczywistość, kiedy potrafimy coś ocenić z perspektywy czasu. Ciekawie jest wtedy, kiedy coś, co już było spotyka się czymś nowym. I na tym polega cała zabawa z muzyką.

Ciekawie zapowiada się promocja płyty, bo… w sumie jesteście jedyni na rynku, zatem nie można podłączyć Was pod żaden nurt czy tzw. „scenę”. Nie boicie się swego rodzaju izolacji, zarówno branżowej jak i – nazwijmy to – promocyjnej?

Sopot

Sopot

Michał: Dobre spostrzeżenie. Wiele osób dzieli Polskę na kilka nurtów i tak też jest organizowanych wiele dużych imprez. Jest elektro z laptopami, jest klasyczny, polski pop w połączeniu z biesiadą, jest reagge i w końcu mocny rock. My używamy laptopów, miejscami jesteśmy popowi a także rockowi. Do biesiady i do reggae też nam daleko. Sporo kombinujemy muzycznie i nasi fani to ludzie otwarci na różne nurty. Na świecie jest ogrom miejsca na takie zespoły, choćby np. MGMT itp. Bo przecież nieważne są „szufladki” tylko efekt końcowy. Albo Ci się podoba, albo nie. Zaczynamy też obserwować pewną otwartość – zagraliśmy na TopTrendach w Sopocie, gdzie dotąd raczej grały zespoły ze ściśle określonych nurtów, a do tego aktualnie nasza piosenka „Wilderness” zadebiutowała w RMFie.

W recenzji napisałem, że każdy artysta, który zarzeka się, że nie zależy mu na sukcesie jest hipokrytą – czym zatem z Waszego punktu widzenia jest ów mityczny sukces?

Michał: Dla mnie sprawa jest prosta. Chciałbym móc pisać piosenki, grać koncerty i z tego się utrzymywać.

Znajdujecie się pod skrzydłami dużego koncernu z „możliwościami” – jakie są plusy i minusy takiej współpracy? Są szanse na wyjście poza nasze granice?

Michał: Hmmm. Największym plusem jest to, że w takim wielkim koncernie drzemią olbrzymie możliwości, choć jak wiadomo, polski rynek muzyczny jest nastawiony na sprzedaż muzyki z rynków zachodnich. Mimo to nasza wytwórnia zaczyna nas pokazywać poza krajem, ale może o tym powiemy więcej za jakiś czas.

 ...a miejscami popowi

…a miejscami popowi

Może to głupie pytanie, ale zastanawiam się, jaka będzie Wasza następna płyta – możecie już coś powiedzieć o kierunku, czy na razie jest za wcześnie na takie futurystyczne wycieczki?

Michał: Ja tam lubię futurystykę, Discovery Science z Morganem Freemanem na czele itd. Jest całkiem sporo pomysłów, z których będziemy wybierać najlepsze. Po wakacjach usiądziemy i pomyślimy. Dalej będziemy mieszać stylistycznie i wybierać rzeczy bez obciachu. W naszym bandzie istnieje coś takiego jak jakość lub certyfikat qp, poniżej którego nie schodzimy.

Na koniec – kilka słów o Waszych planach na nadchodzące miesiące i ostatnie słowo do krwiożerczych czytelników Violenca (pamiętajcie – to głównie żrący metal sataniści).

Michał: Rodacy… Czekamy na jesienną trasę promującą płytę. Sprawdzajcie na naszym fejsie, kiedy zagramy w Waszym mieście a potem wpadajcie na koncert! Kiedyś sam byłem metalem, miałem dłuższe włosy niż niejeden/jedna z Was! Powaga! Ciągle mam kontakt z młodymi metalowcami, poprzez zajęcia, które prowadzę i wierzcie mi – słuchamy tam naprawdę dużo ciężkiej muzyki i próbujemy ją grać więc się niczego nie boję (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Marta Wojtas, Kurkot, Mikołaj Tym, foty koncertowe: Marta Wojtas, Roman Horodycki