UNBORN SUFFER – Kapucynki, szynszyle i inne świnki

Ostatnio mało u nas rzeczy ekstremalnych, dlatego nadrabiamy zaległości. A jest ku temu dobry powód, bo Unborn Suffer, to już kawał historii krajowego death/grindu. Zespół nie dość, że doczłapał do okrągłej rocznicy, związał się wreszcie z odpowiednią wytwórnią Selfmadegod, to wydał też kolejny album, który stanie się dla nich nowym otwarciem. A to wszystko za sprawą nieco szerszego spojrzenia na gatunkowe ekstremizmy, uproszczenie kompozycji przy jednoczesnym dużo ciekawszym umeblowaniu poszczególnych kawałków. „Nihilist” to porcja solidnego, grindowego łojenia i jednocześnie niezły kalejdoskop niemałych możliwości tego zespołu. Poza tym – co wydaje mi się dość istotne – panowie Dreadrock i Sfenson mają dobre poczucie humoru, dystans i w gruncie rzeczy mocno stoją na ziemi, zatem w poniższej rozmowie, oprócz tradycyjnych wynurzeń na temat nowej płyty, poruszone zostały takie tematy jak znaczenie świni dla ładu światowego, ziółka (niekoniecznie zielone…) i ewentualne związki zespołu z filharmonią… Zatem… kwik, kwik… I zapraszamy.

Może na początek coś wesołego. Zawsze mnie interesowało, jakie powiązania istnieją między świnią i grind core/gore/death? Skąd ten sympatyczny skądinąd zwierzak wziął się w materiałach zespołów grindowych?

Dreadrock: Cóż… na początku był chaos i gówno, potem na asteroidzie przyleciały zalążki życia, z którego wyewoluowały dinozaury, które panowały na Ziemi wiele lat. Na szczęście, sytuację uratował Noe, który specjalnie zrobił małe drzwiczki w swojej Arce, żeby dinozaury nie mogły wejść i się uratować przed zagładą. Zmieściły się jednak inne zwierzęta, jak kapucynki, szynszyle, Cyganie i właśnie świnki. Zmieściły się też kangury i koala, ale chuj wie, jak dostały się na arkę z Australii. Nikt nam do dziś tego nie wyjaśnił, tak jak tego, czemu Kate Winslet pozwoliła zginąć DiCaprio, zamiast zmieniać się z nim na tej tratwie, ale nieważne. Wszystkie zwierzątka i Winslet żyli długo i szczęśliwie, ale tylko świnki stały się brudne, odrażające, ale na swój sposób pocieszne. No i zaczęły wydawać takie dźwięki jak pewna posłanka, gdy się jej zabierze żarcie albo jak wokaliści kapel grindowych, więc świnki stały się maskotkami tych drugich i wzorem piękna dla tej pierwszej. I tak właśnie powstał Chocapic. Jakie pytanie, taka odpowiedź. A tak w ogóle to świnie i ludzie mają dużo wspólnych genów i jakiś amerykański genetyk wysnuł nawet teorię, że homo sapiens powstali przez skrzyżowanie świni z szympansem. Choć rzeczona posłanka ewidentnie ma przewagę genów tego pierwszego gatunku.

Unborn Suffer to kawał historii, jednak i tak jestem mile zaskoczony, że powstał o Was film. To miłe, jednak, kiedy go oglądasz, nie masz poczucia, że cały ten wysiłek nie zyskał odpowiedniej rekompensaty? Innymi słowy – czujesz się spełniony i zadowolony czy raczej masz wrażenie, że jeszcze nie osiągnęliście wszystkiego?

Sfenson: Odpowiem krótko – z jednej strony czuję czasami niedosyt, że osiągnęliśmy po 15 latach tylko tyle, ale z drugiej strony czuję ogromną dumę, iż udało nam się osiągnąć aż tyle i dojść do takiego etapu, jak teraz i ten dokument jest świetnym tego dowodem. Nie ma co kalkulować i patrzeć, że szklanka jest w połowie pusta. Przecież ona jest w połowie pełna (śmiech).US

Jeśli miałbyś wymienić jedną cechę, która jest niezbędna, by wytrwać na scenie i ciągle grać muzykę, która nigdy radia nie zawojuje, to byłaby to…?

S: Samozaparcie. To klucz do wytrwania w tym wszystkim. Wiele osób, które nas znają uważa, że moje i nasze samozaparcie jest na levelu extreme (śmiech). Ja to postrzegam troszkę inaczej. W momentach, gdy działo się źle, kapela się waliła, miała problemy to moim naturalnym odruchem było po prostu naprawić to, co się popsuło i rozwiązać problem a nie rzucać wszystko w pizdu i kończyć z tym. Nie wyobrażam sobie innego podejścia do sprawy. Niestety, wielu muzyków właśnie tak postępuje, czyli rzuca wszystko, ale to już nie moje zmartwienie.

Bydgoszcz kojarzy się dzisiaj raczej z całym tym, że tak to ujmę „ziołkowym”, alternatywnym klimatem. Czyli awangarda, odjazdy, eksperymenty, elektronika itp. Masz kontakty z tymi muzykami – jest jakaś wzajemna akceptacja, poczucie bycia w jednym mieście, czy jednak grind/death zajmuje jednak całkiem osobną niszę i nie ma punktów, w których te światy się spotykają?

D: Kiedy użyłeś określenia „ziołkowy klimat” na myśl przyszło mi coś zupełnie innego, niż bydgoska scena alternatywna (śmiech). Wierz mi, że są w tym mieście środowiska, które słyną z ziółek dużo bardziej. A na serio, to nie wiedziałem i nie sądzę, żeby Bydgoszcz była obecnie utożsamiana z awangardą, elektroniką itp. Muzycznie w szerszej świadomości nasze miasto raczej kojarzy się z muzyką poważną, klasyczną  – Rafał Blechacz, Akademia Muzyczna, Filharmonia Pomorska, Opera Nova. Co do bydgoskiej sceny alternatywnej, to faktycznie widziałem ostatnio, że poświęcaliście jej sporo miejsca na Violence Online. Znam te zespoły, bywałem na ich koncertach (i nawet mi się podobało), ale zawiodę cię – nie ma tu między nami żadnej komitywy, koneksji ani poczucia wspólnoty. Nie znam prawie nikogo z tego środowiska. Dlaczego? Nie wiem, ale nigdy o to nie zabiegałem i jest mi to raczej obojętne. Ostatnio organizowaliśmy wydarzenie w kolebce bydgoskiej sceny alternatywnej – w Mózgu. Była to premiera filmu Nie Wszyscy Są Z Nas opowiadającego o Unborn Suffer, połączona z koncertem promującym „Nihilist”. Nie wiem, czy na tym koncercie był ktokolwiek należący do bydgoskiej awangardy. Poza tym trzeba pamiętać, że muzycy parający się alternatywą, eksperymentami itp. często uważają się za prawdziwych artystów, a takich muzyków jak my traktują jak szarpidrutów, którzy nie grają muzyki tylko tworzą hałas i kakofonię. Jeśli ktoś gardzi mną, to oczywiście ja także nim.

Inna sprawa, że współczesny death/black metal także mocno brata się z awangardą i wszelkiego typu odjazdami, że wspomnę tylko scenę francuską. Nie mieliście nigdy ochoty odejść od stricte metalowej stylistyki, jakiś mały skok w bok itp.?

S: Jak mnie naszła taka ochota to założyłem wspólnie z zaprzyjaźnionymi muzykami drugą kapelę. Bawię się teraz w niej w muzykę na 4 wokale, z automatem perkusyjnym, klawiszami, przepełnioną samplami i hałasami. Zapraszam do obczajenia. Unborn Suffer rozwija się w swoim kierunku, przechodzi naturalną ewolucję i ma swoje powiewy świeżości, ale zawsze pozostanie muzyką ekstremalną w znaczeniu (przede wszystkim) death metalowym i grindcore’owym. I tak nie brakuje u nas eksperymentów, ale są one dobrze wyważone, jak np. zamykający „Nihilist” utwór „Nervous Breakdown Of The System”.

Nowa płyta to nowa wytwórnia, na chwilę jednak zostanę przy poprzedniczce. Czy jest jakikolwiek sens wiązania się z wytwórniami zachodnimi/zagranicznymi? Przedstaw to z perspektywy Waszych doświadczeń…

S: Poprzednie, zagraniczne wytwórnie działały mniej więcej tyle, na ile były w stanie. Fizycznie wydały płyty, zrobiły koszulki, zajęły się dystrybucją materiału na świecie i to na tyle. W 2006 gdy podpisaliśmy po raz pierwszy kontrakt na wydanie naszej drugiej płyty „Is This What We’ve Created?” – to było dla nas coś, spory krok do przodu, bo mało kto z lokalnych, zaprzyjaźnionych kapel miał kontrakt z wytwórnią. Ale, jak to w życiu bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia i przy kolejnym albumie czuliśmy, że zasługujemy już na trochę więcej. Niestety, na to „trochę więcej” musieliśmy czekać aż do końca 2015 roku. W żadnym wypadku nie narzekam na to, iż byliśmy w zagranicznych wytwórniach. Pomogły nam bardzo i z pewnością dzięki nim mamy sporo fanów za granicą.

Nihilist – krążek, który wreszcie znalazł swoje miejsce w wielce pasującej wytwórni SMG, jednak pytanie jest takie: jakie nadzieje wiążecie z SMG? Co będzie wyznacznikiem sukcesu nowej płyty? Kiedy będziecie mogli sobie powiedzieć „wykonało się”?

S: Dziwki, kokaina, setki tysięcy dolarów z tantiemów na koncie. Już się wykonało! Za moment się pokłócimy, nasze drogi się rozejdą, będziemy prać brudy w wywiadach i pozakładamy The Unborn Suffers i Unborn Suffer A.D. (śmiech).

Muzycznie nowy krążek, choć zachowuje cechy charakterystyczne dla Unborn Suffer, jest wg. mnie czymś w rodzaju nowej jakości  – czy wyczuwam tu jednak chęć zmian? Poszukiwania nowej furtki dla Waszej muzyki?

S: Oczywiście, że tak, choć z drugiej strony nie przesadzajmy z tym eksperymentowaniem. Zależy nam na tym, by każdy nasz album miał swój charakter i coś wyróżniającego go, ale z zachowaniem kluczowych elementów stylu Unborn Suffer, czyli elementy na co dzień znane z muzyki brutal death metalowej i grindcore’owej. Chcemy, by każdy słuchacz, włączający nasz kolejny album powiedział dwie rzeczy: pierwsza – „słychać, że to Unborn Suffer”, a druga – „ale się rozwinęli od poprzedniego materiału”. Patrząc na naszą dyskografię, jestem dumny z faktu, iż udało nam się to osiągnąć – każdy nasz album jest inny, ale jest to album Unborn Suffer.US band

Opowiedz jak przebiegały prace nad nową muzyką? Czy było coś w rodzaju kierunku, wytycznych, wg których powstawał „Nihilist”?

S: Prace nad „Nihilist” przebiegały na początku dość wolno, gdyż nie czuliśmy jakiejś presji czy ciśnienia. Krótko po nagraniu poprzedniej płyty „Unborn Suffer” zrobiliśmy jakieś 2-3 nowe numery w duchu poprzedniego albumu. Potem raz na jakiś czas pojawiał się nowy kawałek i okazywało się, że są coraz krótsze i grindowe. Jakoś w połowie 2014 roku skapnęliśmy się, że mamy tylko 9 numerów i niecałe 15 minut muzyki gotowe (śmiech). Zaraz po tym każdy z nas przełączył się na tryb komponowania i do końca wakacji 2014 roku mieliśmy 17 kawałków napisanych. Właśnie wtedy na 100% skrystalizowała nam się wizja „Nihilist” i wiedzieliśmy, że będzie to najbardziej grindcore’owy album Unborn Suffer, któremu i tak nie będzie brakować deathmetalowych elementów i nutki eksperymentowania.

Sam tytuł – choć to dość popularne słówko – jest raczej pesymistyczny w wymowie, zatem musi być coś o treściach, tym bardziej, że grind core często podejmuje polemikę ze współczesnym życiem…

D: Swoje teksty poświęcamy sprawom ważnym. Na „Nihilist” przywiązywaliśmy do tego szczególną uwagę i wszyscy trzej jesteśmy autorami tekstów. W większości w lirykach dzielimy się swoimi własnym, często dość osobistymi przeżyciami i przemyśleniami. Dotyczą one rozczarowania kondycją współczesnego społeczeństwa, braku wartości, szerzącym się złem, hipokryzją. Wiele z tekstów jest także manifestacją naszego sprzeciwu wobec dominującej roli religii w naszym świecie. Są one także wyrazami pesymizmu, gniewu, buntu, ale także czasami zrezygnowania. Wszystkie utwory na płycie mają wspólne mianowniki, ale każdy z nich to także osobna historia. „Tyle Durden” stworzyliśmy np. z parafraz zaczerpniętych z wybitnej książki i filmu „Fight Club”. „08.09.1968” opowiada z kolei o Ryszardzie Siwcu – byłym żołnierzu AK i filozofie, który podczas dożynek na Stadionie Dziesięciolecia dokonał samospalenia na znak protestu przeciwko inwazji na Czechosłowację. Tekst w całości składa się z cytatów z jego testamentu. „Nervous Breakdown of the System” opowiada o załamaniu nerwowym, a z kolei np. „Hopebreaker” o zagubieniu w świecie i codziennym życiu. Co prawda trudno zrozumieć słowa w naszej muzyce, ale zapewniam, że warto zapoznać się z naszymi tekstami, jako z pełnowartościową lekturą. Oczywiście na „Nihilist” znalazły się te rodzynki, które są stałymi elementami naszych płyt: „Post Abortum pt 3”, które nie ma żadnego tekstu oraz „Grind Untill I Die”, którego cały tekst zawiera się w tytule.

 …a skoro przy treściach jesteśmy – jak oceniacie tą całą scenę gore/porno/grind, która ciągle poszukuje nowych środków wyrazu w ekstremalnym szokowaniu słuchacza? Przyznam, że trochę jest to dla mnie ślepy zaułek, bo ileż można eksploatować tematy sadyzmu i pornoli…

D: Jeśli chodzi ci o scenę porn/gore-grindową to ja akurat nie mam odczucia, żeby te zespoły w ogóle szukały jeszcze czegoś nowego, bo nie ma też takiej potrzeby. Bo zresztą niczego nowego już nie ma. Ten gatunek ma swój styl, swoich słuchaczy i jest mu z tym dobrze. To muzyka, gdzie nie ma sensu szukać czegoś nowego, tylko cieszyć się tym, co już jest, bo jest dobre i niezmienne. Co innego scena grindocore’owa – tutaj co jakiś czas pojawia się coś nowego, świeżego, są zespoły, które nadal szukają – np. Pig Destroyer, Antigama. Zresztą, ja i tak nie oczekuję od gatunków, jak i konkretnych kapel, że z każdą nową płytą będą odkrywać nowe rejony, bo ile można? Slayer już od dawna gra ciągle to samo i jakoś to nikomu nie przeszkadza. Powiem nawet więcej – cały thrash metal już od dawna, chyba od kilkunastu lat nie ma kompletnie nic nowego do zaoferowania, a mimo to nadal muzyka jest bardzo popularna i chętnie słuchana. W metalu i ciężkiej muzie raczej nie ma już nic nowego do dodania. Wszystkie riffy już dawno napisał Iommi. Można jeszcze silić się na jakieś eksperymenty z innymi gatunkami, ale np. łączenie metalu z dubstepem, reggae czy jazzem też już było.

Nowe numery ze swoją konstrukcją idealnie nadają się do prezentacji scenicznej. Jak dzisiaj oceniasz ich moc i możliwości koncertowe?

D: Mamy za sobą już chyba kilkanaście koncertów, na których graliśmy kawałki z „Nihilist” i jesteśmy zdania, że na tle całego repertuaru sprawdzają się świetnie. Dość powiedzieć, że materiał z naszej najnowszej płyty stanowi zdecydowanie największą część naszego koncertowego seta – zawsze gramy kilkanaście utworów z „Nihilist”. Zdaje się, że zdają one egzamin dzięki swojej stosunkowo chwytliwej konstrukcji – riffy są dość charakterystyczne, wokale ekspresyjne (zdarzają się nawet refreny), wszystkie numery są utrzymane w bardzo szybkich tempach. Na scenie staramy się dawać jak najbardziej energetyczne, klimatyczne show i na szczęście często publika to chwyta. Na jednym z ostatnich koncertów zagraliśmy 20 kawałków w 35 minut, więc tempo bywa mordercze. Na żywo sprawdzają się także czysto „rozrywkowe” elementy tego materiału – świniaki i tzw. „polki”, podczas których można potańczyć. Poza energią to właśnie zabawowy klimacik koncertów cenimy sobie najbardziej – lubimy żartować z publicznością i bawić się razem z nimi. Jeśli przychodzicie na nasz gig, to nie spodziewajcie się napiętych gadek o nadchodzącej śmierci, rzezi i diable.

Wracając do waszej rocznicy – możesz zliczyć, ile koncertów dotychczas zagraliście? Ile państw odwiedziliście? Ile kilometrów „pękło” na liczniku samochodowym?

S: Gdy dużo koncertujesz to w końcu dochodzisz do takiej sytuacji, że przestajesz liczyć koncerty, kilometry, kluby, miasta i po prostu żyjesz chwilą i cieszysz się graniem, a drogę i złe warunki klubowe starasz się jak najlepiej znosić (śmiech). Prowadzę poglądową listę koncertów, jakie zagrałem z obiema kapelami, ale nie zliczam ile ich było, po prostu dodaję kolejne katalogi w komputerze i kolekcjonuję w nich zdjęcia, nagrania audio/video, bo to część mojego życia, mojej historii która, może kiedyś, kogoś zainteresuje (śmiech). NIHILIST V2

Na pewno wielu młodych adeptów chciałoby wiedzieć jak utrzymać się na powierzchni – zatem: jakie macie recepty dla muzykantów? Czego unikać, co robić by nie zakończyć „kariery” na demówce nagranej na sali prób?

S: NIE ZAKŁADAJCIE KAPEL!!!! Zostańcie prawdziwymi, szczerymi, oddanymi fanami muzyki, bo tego teraz brakuje!! D: Nie kupujcie sobie basu ani klawiszy, bo to instrumenty dla podludzi. W ogóle to nawet grozi śmiercią – Paul Grey grał na basie i umarł. I jeśli chcecie grać thrash albo power metal, to uprzejmie was proszę – zabijcie się.

Rozpoczęliśmy od świń, zakończmy zatem tematem równie wesołym – zdradźcie, jaka najbardziej absurdalna historia przydarzyła się w waszej karierze? Coś co powali nawet najwybredniejszego konesera?

D: Wątpię, żeby nasze historie naprawdę kogoś powaliły, bo nie jesteśmy wielkimi ekscentrykami, ale trochę śmiesznych i absurdalnych historii mamy za sobą. Wszystkie wydarzyły się już dawno i trudno wybrać coś konkretnego. Na przykład mało brakowało, a pierwszy nasz koncert w obecnym składzie (jako trio) byłby też naszym ostatnim – prawie zginęliśmy przez martwą sarnę leżącą na drodze. Auto wylądowało w rowie. Prowadziła wtedy kobieta, więc od tamtego czasu jeździmy już tylko z facetami, a kobiety zostawiamy przywiązane łańcuchem w kuchni (śmiech). Kiedyś też mało brakowało, a nie dojechalibyśmy na koncert, boUS1 auto nawaliło nam pod Bydgoszczą w szczerym polu. Naprędce szukaliśmy transportu zastępczego. Raz też zdarzyło się nam przejechać kilkaset kilometrów, wypić piwo i wrócić do domu nie grając koncertu, bo na miejscu panował organizacyjny chaos i nikt nie ogarniał sytuacji. Z koncertami oczywiście jest najwięcej dziwnych historii. Kiedyś organizator nie chciał nam zapłacić obiecanych pieniędzy, więc Sfenson skonfiskował jego gitarę (śmiech). Innym razem graliśmy na festiwalu, którego organizator totalnie się upił i przestał ogarniać sytuację. Impreza skończyła się klapą, a ten gość załamał się i poszedł spać do lasu. Zdarzały się nam też kiedyś koncerty, na których np. były problemy z nagłośnieniem, bo zaginął akustyk albo nagłośnieniowiec robił wielkie oczy na wieść, że ma nagłaśniać trigger, bo nigdy w życiu nie miał styczności z takim urządzeniem. W jednym z klubów w kujawsko-pomorskim elementem „wystroju” sceny był piec kaflowy. Totalna partyzantka. Przeboje miewaliśmy także wewnątrz zespołu. Kiedyś dawno temu np. testowaliśmy młodego, ale zdolnego wokalistę. Nazajutrz zadzwonił do nas… jego tata. Pytał, czy prowadzimy własną zarejestrowaną działalność i czy gramy np. w jakiejś filharmonii. Na koniec oznajmił, że jego syn nie będzie z nami grał, bo jego życie jest dedykowane poważniejszym zajęciom.  Na szczęście, te czasy dawno minęły. Aktualnie stronimy od ekscesów i dziwnych sytuacji, choć kto wie, co jeszcze nam się w życiu przytrafi. Na koniec wielkie dzięki za wywiad. Pozdrawiamy wszystkich czytelników Violence Online i zapraszamy na nasze koncerty oraz do śledzenia nas na facebooku!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Bjoern