TURNIP FARM – melodyjka z telefonu…

W zasadzie nie ja powinienem pisać ten wstęp, bo wiadomo, żem mało obiektywny, chłopaków dopinguję i kibicuję z całego serca, wiec trudno, żebym mógł krytycznym okiem spojrzeć na drugą w ich dorobku płytę – „The Great Division”. Wręcz przeciwnie – słucham i nasłuchać się nie mogę, nostalgia miesza się z euforią – można jednak zagrać „starą” szkołę amerykańskiej alternatywy tal, żeby brzmiała po naszemu, po wołowsko – bydgosku. Inie oznacza to w żadnym wypadku siermięgi, bo muzyka Turnip Farm to poziom światowy. O samej muzyce wypowiedziałem się w recenzji, teraz przycisnąłem muzykantów, którzy ciekawie i obszernie opowiedzieli o kulisach powstania nowej muzyki, o tęsknotach za dawnymi czasami ale także o tym co tu i teraz.

 

Dlaczego się nie rozpadliście, zgodnie z zapowiedziami – co spowodowało, że nadal tworzycie wesołą kompanię?

T: Czasami po prostu związki na odległość się sprawdzają. Chociaż w tym akurat dominują „ciche dni”, to mimo wszystko jedziemy dalej. Każdy realizuje się na swój sposób. Mimo wszystko kluczową zasadą naszego działania są tzw. „małe kroki”. Dalekosiężne plany zwykle mają to do siebie, że trzeba długo czekać, aby przekonać się tylko o tym, w jaki konkretnie sposób legną one w gruzach.

M: No właśnie nie wiem,  jakoś mnie namówili. Nie pamiętam – chyba Kuba…

Jaki był odzew na wasz debiut? Czy zaliczyliście jakieś spektakularne wzloty, wydarzyło się coś, co utkwiło Wam w pamięci?

T: Zagraliśmy kilka koncertów, odwołaliśmy mniej więcej tyle samo. Przyzwoite recenzje, sporo frajdy przy słuchaniu nawet po raz setny płyty…

M: Raczej obyło się bez  fajerwerków. Dobre recenzje, niewiele ponadto…

Muzyka jaką gracie, trafia w zasadzie do dość wąskiego grona odbiorców – spotkaliście się z jakimiś objawami uznania ze strony ludzi, którzy na co dzień nie wielbią lat 90 – tych, jako jedynego okresu, kiedy muzyka alternatywna miała sens?

T: Objawy uznania są na tyle rzadkie, że euforia, jaka towarzyszy takim wyjątkowym sytuacjom skutecznie powstrzymuje nas od analizy muzycznych preferencji danej osoby.

M: Dokładnie. Nie zawsze wiem czy słuchacz, który nas docenia wielbi  kanon gitarowych kapel  z  końcówki  ubiegłego wieku. Młodsi, urodzeni wtedy – też  nas  słuchają , wiec nie jest źle. Nie sądzę by właśnie oni byli  zorientowani dobrze w tamtych klimatach…

Tomasz Beksiński, jeszcze przed śmiercią napisał w ostatnim chyba eseju, że wszystko to, co kochał zostało w latach 90 – tych. Przyznam się, że od jakiegoś czasu  obserwuję u siebie niepokojące syndromy bezkrytycznej gloryfikacji tej dekady – jak Wy oceniacie to 10 – lecie z dzisiejszego punktu widzenia? Czy faktycznie była to ostatnia dekada, w której zdarzyły się jakieś muzyczne rewolucje?

T: Przede wszystkim zakończyła tandetę lat 80-tych, która niestety coraz częściej się przebija. Jak zombie zza grobu. Takiej różnorodności jak wtedy, przedtem chyba nie było. A potem tym bardziej.

M: Nie wiem, na ile to jest nasza projekcja a na ile  obiektywna sprawa, ale  faktycznie  jeśli chodzi  o – tu użyję takiej etykietki – alternatywne, gitarowe granie – to lata 90-te przyniosły wiele znakomitych  spraw – te nazwy padają w tym wywiadzie więc nie będę ich powielał. Wydaje mi się przy tym, że  każdy jest niejako naznaczony  piętnem muzyki, która go wychowała i często wydaje nam się, że jest ona tą jedyną, niepowtarzalną, że już  takiej nie będzie itd.

melodyjka z telefonu

melodyjka z telefonu

Ok., opuszczamy lata 90 – te… Nowa płyta dzieje się tu i teraz, choć nadal pozostaliście przy podobnym spojrzeniu na muzykę. Jakie wnioski z oceny debiutanckiego albumu wpłynęły na kształt „The Great Division”?

T: Ewidentnie chcieliśmy zmiany. Nie tylko w temacie „co”, ale również „jak”, „gdzie” i „z kim”.

M: To prawda, trzeba było zrobić jakiś ruch, żeby nie wejść do tej samej rzeki. O ile  sam, egoistycznie mianowałem się kapitanem  poprzedniej płyty,  o tyle tym razem od razu było założenie,  że  bardziej otwieramy się na Kubę, który w zasadzie  przy poprzedniej płycie nie zdążył się wykazać. No i  założeniem było – zrobić coś nieco inaczej niż zwykle. Miało to głównie  przełożenie na spojrzenie na miksy, sprawy brzmieniowe. To był bardzo ważny etap – wiele pomysłów  brzmieniowych zmieniło  pierwotny kształt numerów..

Dostrzegacie między tymi krążkami takie różnice, którymi warto się podzielić?

T: Jak już sam zaznaczyłeś nasza muzyka trafia do wąskiego grona słuchaczy. I pewnie dobrze się również orientujesz w tym, że jest to grona „osłuchane”. Czy trzeba im cokolwiek tłumaczyć? Na pewno jest nieco łagodniejsza brzmieniowo. Ciut mniej dołu, więcej aksamitu momentami nawet.

M: Myślę, że  słuchacze wyłapią od  razu co się zmieniło. Nagrywaliśmy z Michałem Kupiczem, z którym praca  wygląda  zupełnie inaczej niż  z Perłą, który nagrywał debiut. Oprócz tej różnicy brzmieniowej – różnorodnego brzmienia utworów  i  indywidualnego podejścia  do każdego z nich na etapie nagrań i miksów, na płycie  pojawiło się sporo rzeczy z różnych bajek – pioseneczki ogniskowe jak „Offender”, transowe, rozwleczone songi jak „Fog” czy  proste  przywalenia  jak „Thread”. Ta  różnorodność  wydaje mi się też zwraca uwagę.

Na nowej płycie nostalgia i melancholia walczy o miejsce z chęciami nieco bardziej przystępnego i rockowego grania. Czy to co słyszmy jest jakimś rodzajem kompromisu?

T:W momencie robienia utworów nie kierujemy się badaniem rynku ani sondażami. Chcemy coś wolnego, gramy wolno. Potrzeba matką kawałka. Wiadomo, że po zjedzeniu befsztyku, raczej będziesz miał ochotę na deser niż miskę bigosu…

M: Nie, nie było takich  dywagacji  zupełnie. Gramy co gramy, nie analizujemy tego zbyt długo na próbach. A już na pewno nie pod kątem  przystępności…

Jak to jest z tą Waszą melancholią – czy to poza, czy jesteście tacy właśnie nostalgicznie do rzeczywistości nastawieni – Marcin, masz już swoje miejsce do czytania książek na strychu?

M: Na razie wywalam stamtąd graty i znajduję stare  ziny, zeszyty z podstawówki i tygodniki żużlowe. Ja jestem nostalgiczny, ale nie wydaje mi się, że nasz zespół za taki uchodzi. Uchodzi?

Zazwyczaj wykonawcy, chcąc podkreślić swoją względem twórczości nonszalancję, twierdzą, że niczego nie oczekują i grają dla siebie li tylko – czy Wy też po nowej płycie niczego nie oczekujecie, czy macie jakieś, chowane na dnie duszy, nadzieje z „The Great Division” związane?

T: Jak dla mnie, spełnienie ma miejsce w momencie kiedy utwór uznajemy za gotowy (Kuba przysyła swoją wersję z wokalem). Prace nad rejestracją, miksem czy masteringiem, że o koncertach nie wspomnę, to czynności wtórne. Pytasz o kasę, koncerty? Kilka zagramy, bo mamy miejsca, w których lubimy grać. O pieniądze nie pytasz, prawda?

M: Moje  oczekiwania odnośnie tej płyty już się spełniły, poprzedniej także – lubię ich po prostu słuchać. Chciałbym jeszcze zagrać jakiś fajny festiwal typu OFF, tak sobie to wymyśliłem…

Kawałek „Offender” wyraźnie pokazuje, że macie smykałkę do pisania fajnych, przebojowych piosenek – nie korciło Was, by przemycić więcej takich szlagierów, zwiększając tym samym szansę na zaliczenie jakiegoś radiowego hitu?

T: Takich utworów jak ten możemy zrobić tysiąc, tylko przynajmniej ja nie mam zamiaru ich wszystkich zagrać. Jeden wystarczy w zupełności. Przed „All the Tangled Girls” też był taki kawałek ale go wyrzuciliśmy.

M: To numer zrobiony przez Piotra – perkusistę. Dostał przydział na 1  song i tyle mu starczy, He, he. Nie może  być  więcej  takich numerów  na płycie bo to będzie  nuda. Tym zajmują się już inne zespoły. Piotr  ma zakaz przynoszenia  zbyt wielu piosenek, bo on je  wymyśla  hurtowo  jako Peter J. Birch  –  i jako solowy twórca nagrywa je, koncertuje. Niebawem wyjdzie jego solowa  płyta, bardzo dobra, bardzo dojrzała, zupełnie inna niż  to co gramy  jako Turnip Farm. Więc  zostawiamy mu to pole  do uprawy…

„Transmission” – co to za zżyna z „Red Medicine” na początku kawałka – tylko nie mówcie, że to przypadek i wcale nie ma tu podobieństw o dokonań ekipy Iana…

T:Są. Każdy się kłania komu chce…

M: Numer powstał jako ostatni na płytę podczas  szybkiej  40-minutowej próby. Rzeczywiście jest  to klimat  Fugazi, przyznajemy się bez bicia.

W kilku miejscach na płycie, jak napisałem w recenzji, pojawiają się aż nazbyt wyraźne nawiązania do formacji z wiadomego okresu – Fugazi, Rein Sanction czy oczywiście Dinosaur Jr. Czy jesteście w stanie do tej puli dorzucić jeszcze jakieś – zaskakujące – nazwy?

T: Najpierw trzeba wyeliminować z tego towarzystwa Rein Sanction. Na tej płycie są zupełnie nieobecni. Przedyskutowałbym również kwestię Dinosaur Jr. Nasza nazwa to bardziej ukłon w stronę epoki niż wygodna etykietka kodyfikująca inspirację zespołu. Nawiązanie do Fugazi miało być od samego początku bardzo wyraźne. Jeśli chodzi o pozostałe odpowiedzi to bardzo mi przykro ale… czas minął!!

M: Nie zgodzę się z  Rein Sanction. Prędzej Sonic Youth, może nawet Beat Happening he, he, he,  żeby mieć czyste sumienie dorzucam Seam.

Zauważyłem, że dużo większą uwagę poświęciliście tym razem stronie brzmieniowej. Zdradźcie jak przebiegały nagrania, jaki sprzęt był w użyciu i czy próbowaliście jakichś nietypowych, innowacyjnych form rejestracji?

T: Michał, główny autor brzmienia tej płyty, większość czasu poświęcał eksperymentom. Upiorne bębny (perkusja w prześcieradle) czy schizofrenia basisty (bas nagrywany na chyba wszystkim oprócz młynka do kawy) to tylko kilka przykładów. Co robił Kuba z wokalem, tego ja już sam nie wiem. Ponoć czasami pił rtęć…

M: Tak, tu było więcej kreacji na etapie nagrania  niż  przy poprzedniej płycie. Ale  też   poprzedni materiał  tych eksperymentów  nie wymagał. Teraz mimo  różnych „dziwactw” paradoksalnie   nagraliśmy wszystko bardzo szybko – perkusja, bas i gitary zajęły jakieś 3 czy 4 dni. Bębny nagrywaliśmy z  różnymi werblami, kilka numerów  nagraliśmy na perkusji przykrytej prześcieradłem, aż  w końcu na koniec nagrań perki o 22 czy 23 Michał nakazał  wynieść cały zestaw do piwnicy i tam nagraliśmy zdaje się „Relay”, którego bębny powalają mnie,  szczerze  przyznam. Gitary  natomiast w dużej mierze  nagrałem na  świetnym wynalazku u Perły  –  mianowicie  wzmacniaczu Echolette zdaje się z 1958 roku. Użyliśmy też  taśmowego pogłosu – delaya tej samej produkcji.  Wracając do Michała Kupicza – który  nagrywał bas i bębny oraz  miksował i masterował całość –  to świetny koleś, otwarty na pomysły, nie stroniący od  eksperymentów. Wiedzieliśmy o tym i dlatego tym razem wybór padł na niego. 

Ile w tych wszystkich, gitarowych hałasach jest matematycznego poukładania a ile tzw. „chwili”?

T: Czasem utwór musi płynąć i się snuć, z dala od meandrów mat-rockowych słupków, a czasami pojawia się taki, co bez kilku funkcji trygonometrycznych nijak zagrać. Na tej dominują raczej szumiące potoki. Bez meandrów.

M: Większość to jednak spontaniczna twórczość, zdecydowana większość. Żeby  nakreślić sytuację – próby wołowskiej części składu trwają maks godzinę, jak jest półtora to już zaczynamy zarastać pajęczyną.

W Polsce pojawiać się zaczyna nieco kapel, które swój wzrok kierują w podobną co Wy stronę (chociażby Brooks Was Here…). Czy spotkaliście ostatnio jakichś ciekawych przedstawicieli muzycznej archeologii nad Wisłą?

T: Lata 90 to nie archeologia. A co powiedzieć o całej światowej manii stylizacji brzmienia i wokali na lata 60-te czy 70-te? Jeśli młodzieńcze lata przypadają na lata 90-te, to chyba normalne, że najchętniej puszczasz oko do właśnie tego okresu. To wtedy muzyka działa na ciebie najmocniej i odbierasz ją każdą komórka swojego ciała. A że mieliśmy szczęście dorastać w takich a nie innych czasach, to już problem młodzieży. My nie jesteśmy wtórni. My jesteśmy z tej epoki po prostu…

M: To ja może  o drugiej części pytania  skoro Tomek zapomniał. Trafiają się czasem kapele penetrujące te rejony powiedzmy  90-sowe. Trochę to śledzę, znam poczynania niektórych młodych kapel – głównie warszawiaków. Umyślnie nie podaję nazw, żeby  konkurencji nie windować. Tak serio mówiąc, myślę że w Warszawce  nasz koncert mógłby się podobać i trafiłby na dobry grunt.

Turnip Farm, mimo delikatnego wychodzenia ze skorupy (kontrakt z Anteną…) nadal pozostaje nieco na uboczu, w pewnym sensie mitologizując Wołów (a może tylko ja tak to odbieram…) – czy to miejsce jest dla Was czymś w rodzaju polskiego Seattle? Pewnego punktu odniesienia w stosunku do świata, muzycznego biznesu itp…

T: Świetny tytuł pracy magisterskiej dla studenta kulturoznawstwa. „Mitologizacja dolnośląskich miasteczek w muzycznej twórczości zespołów rockowych na początku XXI wieku”. Nie mitologizujemy Wołowa. Nie mieszkańcom oceniać atrakcyjność ich miasta. Tu się po prostu zawsze dobrze grało. Trochę martwi fakt, że ostatnio najbardziej aktywni są panowie w naszym wieku (których wszystkich z tego miejsca pozdrawiamy) podczas gdy „My-20-lat-temu” siedzą przy kompach wymieniając się ze znajomymi muzyką, którą i tak wszyscy już słyszeli. Nie narzekam. Widocznie tak miało być. Pewnie, gdyby 20 lat temu były kompy, to nie byłoby tego wywiadu. Trochę jednak smutno, że bywały czasy, kiedy grało u nas 15 zespołów, a teraz nawet nie chce się liczyć… A gra się tutaj dobrze. Często pada, dużo mgieł, nie ma wielkich blokowisk. Czy to jest Seattle? Nie. Ale grunt żyzny.

M: Eee, nie, no dajmy spokój z tą mitologią, żadne  Seattle. Gra się  fajnie, jest tu miło, kapel też kilka jest, nie demonizowałbym tu, po prostu czasy są inne – młodzież ma inne zainteresowania. Nie osadzałbym naszej muzyki w kontekście wołowskim i nie upatrywałbym się tu jakiejś wyjątkowości. Miasto ma klimat i tyle. Ale czy ma to związek z muzyką? Wątpię. Nie zapominajmy, że  bardzo istotna część naszego zespołu mieszka w Bydgoszczy. Newralgiczna  część  powiedziałbym nawet.

Jakiej ofensywy z Waszej strony możemy się teraz spodziewać? Co szykujecie? Może jakiś mały skandal, romans z Brodką czy coś w tym stylu?

T: Romans z Brodką? Dlaczego akurat z nią? Głos ma ładny, ale teledysku nie widziałem…

M: A może  z Anią Dąbrowską? Skandalem  będzie jak zagramy  więcej niż 5 gigów – komercja!!!

Ostatnie słowo na niedzielę zostawiam Wam, szanowni muzykanci…

T: To w końcu nie wiem czy my się mamy rozpadać czy mamy nagrać trzeci album. Aha, i przypomniałem sobie. Moim marzeniem jako muzyka jest skomponowanie melodyjki do telefonu komórkowego.

M: Moim też, albo do reklamy – miałbym wreszcie na remont strychu.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: A. Protasiewicz, B. Klimek, Monika Bronowicka, Bartek  Borowicz

 

 

KONKURS!!!!

Dla wytrwałych i dla znawców zespół wraz z wydawcą ufundowali dwie płyty, które będą nagrodą za wnikliwą znajomość historii muzyki. Pytanie przygotowali sami muzycy a brzmi ono:

„W  jakim filmie  wykorzystano piosenkę pod  tytułem „Turnip Farm”?

Odpowiedzi słać należy na adres arek@violence-online.pl. Pierwsze dwie  odpowiedzi, które usatysfakcjonują zespół, zostaną nagrodzone krążkami!