TURNIP FARM – hałaśliwe piosenki i zgrzytające gitary…

Wprawdzie Marin Lokś, gitarzysta Turnip Farm, zapowiada rychły koniec kapeli, bo jak sam mówi, lubi zmiany, mam jednak nadzieję, że nowy projekt muzyków z Wołowa i Bydgoszczy poegzystuje nieco dłużej. Mało jest dzisiaj zespołów, które w tak stylowy, bezpretensjonalny i dosadny sposób nawiazują do zgrzytliwej szkoły amerykańskiego podziemia lat 90 – tych. Jednocześnie muzyka Turnip Farm jest bezczelnie przebojowa, radośnie zawadiacka i prowokuje do częstego kontaktu z debiutancką płytą. Nie sądzę, by grupa znalazła wielu amatorów wśród ogarniętego szałem muzycznych teleturniejów  społeczeństwa. Ważne jest to, że nadal ktoś potrafi, zupełnie obok głównego nurtu, bez żadnego ciśnienia tworzyć muzykę zwyczajnie chwytającą za serce. Umarł Blue Raincoat, niech żyje Turnip Farm! Przed państwem Marcin Lokś…

Na początek – co spowodowało, że zespół Blue Raincoat  zakończył działalność – wypalenie formuły?

W zasadzie tak, dodatkowo tzw.  życiowe, prozaiczne sprawy sprawiły, że brakowało nam czasu, coraz częściej na drodze stawały różne  rzeczy typu praca, dzieci, odległość między nami a Krystianem, który jeździł ponad 100km na próby etc. No i – przyznaję – znudziło mi się granie koncertów i robienie kolejnego materiału w tym samym składzie wydawało mi się jakąś rutyną a nie wyzwaniem.  Nie widzę się już w zespole, który nagrywa regularnie płyty i gra koncerty. Wolę krótkotrwałe, szybkie strzały.

Jakie bóstwa sprawiły, że ponownie sięgnąłeś po gitarę i znowu chciałeś hałasować?

W sumie, cały czas miałem kontakt z instrumentem, tyle, że akustycznym i w zaciszu domowym. I właśnie chyba to spowodowało, że zabrakło mi czadu i interakcji z innymi muzykami na próbie. Zatęskniłem za przesterem, piskiem w  uszach. Nie ukrywam, że próby zawsze były moim ulubionym elementem egzystencji zespołu. Nie studio, nie koncerty a  próby…

Wasza płyta to pean pochwalny na cześć niezależnej, gitarowej muzyki z początków lat 90 – tych. Co takiego magicznego jest w tych dźwiękach, czego brakuje współczesnej muzyce gitarowej?

Nie wiem, ja po prostu mało słucham nowych wykonawców, a  już szczególnie tych z  tego trendu, który ma za zadanie „utanecznić”  gitarowe zespoły – wiesz,  chodzi o ten bit na hi – hacie. Mnóstwo nowych kapel kojarzy mi się z konfekcją, pokazem mody i mizdrzeniem się do dziewczyn. Nie mogę jednak powiedzieć, że XXI wiek nie przyniósł fajnych zespołów, jednak wiele z nich bazuje na tym, co w muzyce już odkryte – koło czasu ciągle się toczy i pewne rzeczy wracają co jakiś czas…

Nie musicie ukrywać fascynacji Dinosaur Jr. Co sądzisz zatem o reaktywacji tej formacji i nowej płycie „Farm”?

Bardziej niż „Farm” podoba mi się pierwsza płyta nagrana po reaktywacji czyli „Beyond”, chociaż „Farm” też jest w porządku. Świetna jest także solowa płytka J Mascisa, miło słucha się  również kapeli Sweet Apple, gdzie Mascis gra na perkusji…

„All The Tangled Girls” ma niesamowity potencjał komercyjny, przynajmniej ze trzy kawałki mogłyby spokojnie zostać radiowymi playerami. Macie nadzieję na coś więcej niż zainteresowanie kilku fanów?

A broń  Panie Boże!  Turnip Farm powstało jako projekt  kolesi, którzy chcą sobie pograć wspólnie i miło spędzić czas. Nagle okazało się, że mamy parę numerów, więc postanowiliśmy to uwiecznić, tym bardziej, że nadarzyła się okazja i u Perły zwolniło się miejsce w  studio. Nawet nie mielibyśmy czasu na regularne egzystowanie kapeli, próby, koncerty itd. Jeśli komuś  to się spodoba, kupi płytę i posłucha, to super…

W muzyce z płyty walczą ze sobą wielka miłość do gitarowej dystorcji z jednej strony i melodyjnej gładkości z drugiej. Czy w przyszłości macie zamiar iść w podobnym kierunku jak Blue Raincoat, który także skończył na akustycznych i łagodnych mieliznach?

Nie, tu było dokładnie takie założenie – doskonale przez Ciebie odczytane. Hałaśliwe piosenki, zgrzytające gitary i wokal w kontrze – melodyjny i dość łagodnie brzmiący. Kiedy robiliśmy numery,  poprosiliśmy kilku znajomych  o próbki wokalne, bo szukaliśmy właśnie takiego rozwiązania. Kuba idealnie tu pasował i świetnie uzupełnił  kompozycje. Dlatego to musiał być on i  jesteśmy wdzięczni za przyjęcie zaproszenia do współpracy.

W zasadzie – do kogo adresujecie swoja muzykę? Pytam, ponieważ takie zespoły, jak wasz trafiają trochę w próżnię – nie pasujecie do żadnej sceny ani metalowej ani punkowej – gdzie gracie i z kim zazwyczaj można was zobaczyć?

Pracując nad utworami nie zakładaliśmy do kogo trafią. Myślę, że  mogą to być różni ludzie i tak byłoby najfajniej. Nie zależy nam na przynależności do scen.  Koncerty  promujące album będą raczej sporadyczne, zapewne w towarzystwie zaprzyjaźnionych zespołów, mamy nieco za mało materiału, by grać sami.

Cały czas spoglądamy wstecz – a może są jakieś muzyczne trendy, które aktualnie robią na Tobie wrażenie – jeśli tak – to co byś polecił z ostatnich lat?

Podoba mi się sporo łagodnego grania typu Bon Iver, Iron and Wine, ale  lubię też ostatnie płyty The Black Keys. Sam widzisz,  że wspominam o zespołach, które też sięgają  w  przeszłość. Może to kwestia wieku? Nie ograniczam się jednak do przeszłości – śledzę na bieżąco dokonania moich ulubieńców– Grega Dulli i Twilight Singers, kapel z  Dischord Records, Sub Pop itp.

Na koniec kilka słów odnośnie planów na najbliższe miesiące…

Trzeba będzie zagrać kilka koncertów, popromować płytę i po wakacjach brać się za coś następnego, żeby nie popaść w pułapkę kolejnego, ciągnącego się przez lata zespołu. Myślę że będzie to jakiś nowy projekt. A jeśli nie, to zawsze mam do zrobienia jakieś porządki na strychu – muszę mieć gdzie czytać gazety i bujać się w  fotelu.

Rozmawiał Arek Lerch

Foto: Bartek Klimek