TORTURE OF HYPOCRISY – Niewidzialny przeciwnik

Może zabrzmi to dziwnie, ale zainteresowałem się zespołem Torture of Hypocrisy – choć ostatnio od takich dźwięków raczej stronię – ze względu na datę – kwiecień 1986 roku… Kto nie pamięta: chodzi oczywiście o wybuch i pożar reaktora w Czarnobylu, płyn Lugola, strach itp… Tak, pamiętam smak rzeczonej substancji i kostkę gorzkiej czekolady. Dlatego koncept albumu tajemniczo zatytułowanego RBMK-1000 zwrócił moją uwagę, zanim jeszcze posłuchałem dźwięków. Świeżo po lekturze „Czarnobylskiej Modlitwy” Swietłany Aleksijewicz, postanowiłem pogadać z gitarzystą zespołu Tomkiem Krysiakiem – i o muzyce i o Czarnobylu właśnie. Gdzieś tam poniżej znajdziecie także parę słów o płycie, która była głównym pretekstem do stworzenia tego tekstu. Zapraszam.

RBMK1000Rieaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj (Reaktor Kanałowy Dużej Mocy) opracowany przez zespół prof. Nikołaja Dolleżala, uruchomiony pierwszy raz w 1954 roku opierał się na metodzie, dzięki której jako paliwo można było stosować naturalny uran, bez uprzedniego wzbogacania, dzięki czemu siłownie były bardzo ekonomiczne. Niestety, reaktor nie spełniał zachodnich norm bezpieczeństwa, dlatego montowany był tylko na terenie Związku Radzieckiego. Tego typu reaktor zastosowano w elektrowni czarnobylskiej. Jego eksplozja spowodowana była wieloma błędami, min. podczas testów wyłączono tzw. układ awaryjnego chłodzenia.

Na początek kilka słów o historii zespołu – co gdzie, kiedy i dlaczego?

Zespół powstał w 2007r. w Mikołajkach na Mazurach. Byliśmy grupką kumpli, którzy spontanicznie zaczęli tworzyć nowy projekt o bardziej nowoczesnym profilu muzycznym. Za spoiwo posłużyły nam covery Hatebreed i Soulfly. Po dwóch miesiącach zaczęły pojawiać się autorskie numery. Do dziś na koncertach gramy tylko i wyłącznie własny materiał. W 2009r. ukazało się nasze pierwsze demo, a rok później album Random Perspectives of Reality. Ten okres był trudny, bo działaliśmy w niepełnym składzie. Po przeniesieniu działalności do Olsztyna wypełniliśmy luki w ekipie, a nowy skład w 2013r. wydał singiel Mass Murder Mechanism, który ukazał się na składance „Budząc umarłych” Musick Magazine. W 2014r. ukazał się krążek Random Augmentation. Po jego wydaniu, oprócz koncertów w różnych regionach Polski, zajęliśmy się pracą nad naszym najnowszym dziełem zatytułowanym „RBMK-1000”, które właśnie ujrzało światło dzienne. Ze względów logistycznych od końca 2014r. naszą bazą stało się podwarszawskie Piaseczno.

To niezłe zmiany. Dużo ruchów… Czy wasz niespokojny duch powoli się stabilizuje, skoro jest już płyta na rynku, czy czekają nas kolejne zmiany?

Nie, żadnych zmian nie przewidujemy. Mamy aktualnie ugruntowany i najmocniejszy skład w całej naszej dziewięcioletniej historii. Również działalność na terenie Warszawy stwarza większe możliwości niż dotychczas. Oczywiście „Tortura” to nieustanny progres i rozwój pod każdym względem, ale o to co się sprawdza i dobrze funkcjonuje staramy się dbać i szanować.

Techniczny metal. Taka etykietka nie jest dzisiaj jednoznaczna. To co kiedyś było szczytem możliwości metalowych zespołów, dzisiaj często jest czymś normalnym. Jak to jest z Wami – uważacie się za techniczny odłam tej muzyki czy też technika nie jest tu celem samym w sobie?

Od zawsze na pierwszym miejscu stawialiśmy kompozycję utworów. Samo techniczne granie, choćby z najwyższej półki, może być ślepym zaułkiem, bo nie zawsze jest atrakcyjne dla słuchacza w odbiorze. Nasz najnowszy album „RBMK-1000” jest doskonałym przykładem na to, że można połączyć skomplikowane techniczne granie z totalnie minimalistycznym. Zostało to podyktowane właśnie przez kompozycję, charakter i dynamikę utworów. Zależy nam przede wszystkim na pisaniu dobrych kawałków.toh

Gdzie szukać inspiracji, które leżą u podstaw waszej muzyki?

Inspiracji była i jest cała masa – nie tylko death czy thrash metal. Zawsze słuchaliśmy różnorodnej muzyki – elektroniczne klimaty Prodigy, jazz w stylu Macrusa Millera czy etno jak Anoushka Shankar. Jednak największy wpływ na styl ToH miały grupy metalowe – Venom, Meshuggah i Exodus.

No to teraz przejdźmy do kwestii najważniejszej: Czarnobyl. Oglądałem ostatnio średniej klasy horror „Reaktor Strachu” z jednej strony a z drugiej czytałem „Czarnobylską Modlitwę” S. Akeksijewicz. No i należę do pokolenia, które pamięta smak tzw. płynu Lugola, kiedy wybuchł reaktor. Zatem, temat z różnych punktów widzenia budzi we mnie emocje. Co Was skłoniło do sięgnięcia po ten wycinek historii?

Jak wspominałem wcześniej, ToH zostało założone w Mikołajkach. Nasze rodzinne miasto było pierwszym w Polsce miejscem, w którym wykryto silny wzrost promieniowania po katastrofie w Czarnobylu. Informacja ta została szybko przekazana do Warszawy i dzięki temu dzieci w Polsce stosunkowo szybko mogły przyjąć płyn Lugola. Darek, nasz basista pamięta wszystko doskonale. Ten temat od zawsze nas interesował. Ja osobiście ukończyłem filologię ukraińską, wielokrotnie podróżowałem po tym kraju. Klimaty wschodnie są nam bardzo bliskie.

Miałeś okazję być w pobliżu Czarnobyla? Czytałem rożne opracowania i często pojawia się w nich stwierdzenie, że to w pewnym sensie niesamowite miejsce. Coś więcej niż tylko teren skażony promieniowaniem. Czy to dorabianie filozofii do łopaty?

Gdzieś z tyłu głowy zdrowy rozsądek podpowiadał, żeby tam nie jechać. Czarnobyl, Prypeć, Czerwony las – dla fanów tej tematyki to miejsca niesamowite – bez dwóch zdań. Chyba nie ma osoby, która po wycieczce w Zonie byłaby zawiedziona. Ja również słyszałem o mistycyzmie tego miejsca… Trudno temu zaprzeczyć, skoro wydarzyło się tam coś co miało wpływ na tysiące istnień.

toh

TORTURE OF HYPOCISYRBMK-1000  ToH istnieje już parę dobrych lat, najnowsze dzieło to ich trzeci album. Nie powiem, żeby zatrzęśli krajowym rynkiem metalowym, ale powiedzmy sobie szczerze – w tym tłoku trzeba poderżnąć sobie na scenie gardło albo poafiszować się na sopockim molo z jakąś cycatą panią by zrobiło się głośno. Oczywiście – bez złośliwości. Przedstawiony tu materiał i koncept, na bazie którego powstała płyta, to solidny kawał metalowej młócki. I od razu nasuwa się dość oczywiste porównanie, za które mam nadzieję, panowie muzykanci się nie obrażą – Thy Disease. Torture of Hypocrisy ponury, apokaliptyczno – horrorowaty koncept oparty na czarnobylskiej paranoi osadził na czymś, co mógłbym nazwać nowoczesnym metalem, gdyby tylko ten zwrot strasznie źle się nie kojarzył. Plus dla zespołu – absolutnie nie mieści się w jednej szufladce. Bo jest tu i death, jest sporo djentowych, miażdżących gitar, gdzieś przemknie cień Meshuggah, jest charakterystyczny, industrialny kwadrat, trochę sampli i filmowych interludiów, tworzących zamkniętą całość. Jasne, to wszystko już było, ale w wydaniu bandu z Mikołajek brzmi całkiem przekonująco. Fajnie wyciągnięte do przodu bębny napędzają całość, koszą karabinowymi salwami, miele bas. Wszystko git. Zarzuty? Cóż, przyznaję, że gdyby troszeczkę poskracać utwory mogłoby być blisko ideału. Nie powiem, w mniejszej dawce robią wrażenie, w większej – ciut męczą i nie za sprawą braku pomysłów (których jest mnóstwo…), ale właśnie tego nieustannego, miażdżącego pompowania. Oczywiście, rozumiem założenia i chęć ujęcia tego w pewne – nazwijmy to – teatralne ramy, co pociągało za sobą takie a nie inne potrzeby, szkoda jednak, że zespół nie przemyślał tego faktu. Drugi zarzut – skoro robi się mocny koncept i na tej kanwie tworzy wkładkę do płyty, można było wymyślić inną czcionkę niż Times New Roman… Ale, ale, to tylko detale, bo liczy się muzyka a ta metalowym głowom pewno się spodoba. Oczywiście, otwartym głowom, bo dużo tu różnych wątków i raczej nie ma co liczyć na tzw. czystość stylistyczną. Co jest akurat dużą zaletą tej płyty. Polecam. Pewnie maniacy łomotu strawią całość za jednym podejściem. Ja dawkuję sobie po kawałku i też się cieszę.

Co na tobie w takim razie zrobiło największe wrażenie w tej historii/wydarzeniu. Ja np. byłem zafascynowany skalą dezinformacji jaką stosował ZSRR w tym temacie…

Olbrzymie wrażanie wywarło na mnie bohaterstwo tzw. „likwidatorów”. Ci ludzie poświęcili swoje zdrowie w walce z niewidzialnym przeciwnikiem – promieniowaniem. Wykonali tytaniczną pracę po to, by uchronić nas wszystkich przed rozprzestrzenieniem się skażenia i potencjalnym drugim wybuchem. W dużej mierze byli to zwykli poborowi, którzy za swoje poświęcenie otrzymali śmieszną zapłatę. Mam wielki szacunek do tych ludzi.

Niewiarygodne wrażenie zrobiły na mnie rozmowy z tymi ludźmi w „Czarnobylskiej Modlitwie”. Przerażające opisy zabijania zwierząt które zostały w zonie, zrywanie warstw ziemi i przerażająca determinacja tych co zdecydowali się zostać. To niesamowite jak wiele wiary było w tych ludziach. A jak się do tego ma wasz materiał? Gloryfikacja bohaterów czy fikcja bliższa horrorom?

Cały album „RBMK-1000” jest napisany na podstawie filmów dokumentalnych i relacji osób biorących udział w katastrofie. Pokusiliśmy się o napisanie wszystkich tekstów w pierwszej osobie. Chcieliśmy zagłębić się w emocje tych ludzi, przewidzieć ich myśli. Całość materiału jest dodatkowo ułożona w porządku chronologicznym. Te zabiegi miały na celu opowiedzenie historii katastrofy bezstronnie – bez gloryfikacji czy potępiania konkretnych osób. Słuchacz może bardziej wczuć się w perspektywy różnych postaci i to, co nimi kierowało.

Ja mam jednak zawsze pewne, hmmm, wątpliwości, czy takie teksty są w stanie być wystarczająco wyraziste w kontekście muzyki. Nie wiem czy są w stanie wywołąć reakcję u słuchacza. Może trzeba przygotować obraz do całej płyty? Albo na koncertach wyświetlać film… Uważasz, że tą płytą jesteście w stanie kogoś zmusić do refleksji? Kogoś, dla kogo Czarnobyl to tylko beznamiętny wpis w wikipedii?

Nasz album jest swoistą książką, która od pierwszych chwil przenosi odbiorcę do 26 kwietnia 1986r. Koncept realizowaliśmy w oparciu o najmniejsze detale – dobór strojenia gitarowego, sample, konkretne założenia brzmieniowe i wokal… Książeczka dołączona do płyty i projekt graficzny poszczególnych stron mają na celu spotęgować atmosferę i zachęcić do zagłębienia się w tę historię. Chcieliśmy skłonić słuchacza do refleksji poprzez wyrażenie emocji poszczególnych postaci – np. gdy w „Man vs. Technology” podmiot liryczny poniża swoich podwładnych, a w „Evacuation of Pripyat” mała dziewczynka nie do końca rozumie dlaczego musi opuścić swój dom. Do tego miała już miejsce premiera klipu do utworu AZ-5 (feat MoozE), który przeniesie widza w sam środek wydarzeń poprzedzających katastrofę. Właśnie taką spójnością naszej twórczości chcemy zachęcić każdego do zagłębienia się w ten niesamowity temat.toh2

A koncerty – czy zamierzacie w jakiś specjalny sposób prezentować swoje numery i cały koncept? Wystrój sceny itp? Jakoś nie wyobrażam sobie, że gracie normalny gig z typowo metalowymi atrybutami…

Po Nowym Roku będzie można zobaczyć nasze koncerty w nowej szacie. Mamy przygotowanych kilka niespodzianek wizualnych. Możemy tylko zachęcić do zobaczenia nas na żywo.

Opowiedz jeszcze o przygotowywaniu płyty. Czy trudno komponuje się muzykę „pod” gotowy koncept?

W przypadku „RBMK-1000” nie mieliśmy łatwego zadania. Pomimo tego, że sam temat na płytę był gotowy, to cały koncept opracowywaliśmy przez długi czas. Musieliśmy wymyślić całkowicie nieszablonowe podejście do opowiedzenia tej historii, aby teksty nie były monotematyczne i zarazem zróżnicowane pod względem leksycznym. Podobnie było podczas pisania muzyki. Każdy utwór musiał być dopasowany swoją ekspresją, dynamiką i kompozycją do wydarzeń opisujących konkretne przedziały czasowe.

Czy taki koncept pociąga za sobą konieczność wykonywania muzyki na żywo w całości?

Ze względu na spójną kompozycję albumu wykonujemy materiał w całości. Taki był zamysł od samego początku. Na wszystkich występach, których będziemy headlineerem, publiczność usłyszy nową płytę od A do Z. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że np. w przypadku festiwali długość setu koncertowego może być ograniczona przez organizatora. Mamy na to plan B.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu