TIDES FROM NEBULA – Trzeba mieć trochę szczęścia

Kilka tygodni temu panowie z Tides From Nebula zakończyli dwumiesięczną trasę po Polsce, podczas której promowali swój nowy album – „Safeheaven”, a już niedługo ruszają na kolejne koncerty. Tym razem odwiedzą m.in. Niemcy, Belgię i Danię. Oprócz tego ruszyło niedawno studio, należące do perkusisty Tomka i gitarzysty Macieja Karbowskiego, który to zgodził się uciąć krótką, luźną pogawędkę na temat rzeczonego studia i kilku innych spraw.

Jak przebiegła polska trasa?

Bardzo dobrze, ale już szmat czasu od niej minął. Terasz szykujemy się do kolejnej, tym razem europejskiej.

Duża jest różnica w frekwencji pomiędzy trasą po Polsce, a trasą po Europie?

Trasy w Polsce bardziej nasycają „rynek” – gramy więcej koncertów i na dobrą sprawę pojawiamy się wszędzie. Jeśli chodzi o Europę to, nie licząc Niemiec, gdzie gramy więcej gigów, odwiedzamy tylko największe miasta. Są takie miejsca, szczególnie w Europie Południowo-Wschodniej, że pojawia się naprawdę sporo osób – mam na myśli np. Rumunię czy Węgry, gdzie niekiedy frekwencja dorównuje koncertom w Łodzi czy Szczecinie. Ale największe koncerty gramy w Warszawie i Trójmieście. Cały czas najbardziej popularni jesteśmy właśnie w Polsce i to chyba nieprędko się zmieni. Chociaż jesteśmy zespołem, który chce i lubi jeździć po świecie.

W tych swoich podróżach zawędrowaliście nawet do Chin.

Tak, zagraliśmy tam koncerty na dwóch festiwalach i myślę, że kwestią czasu jest, kiedy wrócimy tam na jakieś własne, małe koncerty. Chińczycy są mocnoTides otwarci na muzykę post-rockową – np. nasi koledzy z zespołu Caspian już tam grali trasy i dobrze to wspominają. Ja bym nie ufał temu obrazowi promowanemu w mediach, że Chińczycy to są trochę takie naiwniaki, którzy jak przyjedzie zespół z Zachodu to się na niego rzucają, bo to rock and roll, gitara i w ogóle. To naprawdę świadomi słuchacze i chodzą na te koncerty, które ich interesują, bo rozeznanie mają spore. Dostęp do muzyki jest tam praktycznie taki sam jak w Europie czy w Stanach – niby są jakieś ograniczenia Internetu, ale łatwo je obejść i rząd już przymyka na to oko.

Chiny to nie Korea Północna.

Ja widziałem tylko dwa miasta, największe i najbogatsze, więc średnio to reprezentatywne. Na pewno mają tam miejsce różne przykre sytuacje i nie jest to kraj, który powinien służyć za wzór, jeśli chodzi o szanowanie praw człowieka. Natomiast wydaje mi się, że ci ludzie, którzy mają trochę pieniędzy i stać ich na to, by kupić sobie telefon i opłacić Internet, żyją w miarę normalnie i mają dostęp do tego, co my.

Ok, w Azji już byliście – kiedy USA?

Nie mamy żadnych sprecyzowanych planów, ale zdecydowanie jest to jedno z tych miejsc, które przed śmiercią chcielibyśmy odwiedzić.

Od początku byliście nastawieni na sukces, czy raczej spotykaliście się, żeby trochę pograć na zasadzie „zobaczymy co z tego wyjdzie”?

Już po pierwszej próbie wiedzieliśmy, że to jest to; że chyba jeszcze nigdy nam się tak dobrze nie grało. Zażarło. Zajaraliśmy się jak dzieci. Na początku w ogóle nie przyszło nam do głowy, że można grać instrumentalnie, dopiero Przemek i Adam pokazali nam całą tę post-rockową scenę: Russian Circle, Caspian, Pelican etc. Tym się różnimy od wielu młodszych kapel, że nie zakładaliśmy zespołu post-rockowego; założyliśmy zespół, a post-rock przyszedł później, niechcący nam to wyszło. Gdyby mi ktoś te 8 lat temu powiedział, że na nasz koncert przyjdzie 600 osób to popukałbym się w czoło.

Wydaje mi się, że kiedy zaczynaliście moda na post-rock była dużo większa niż teraz. Udało wam się wstrzelić w idealnym moment.

Zawsze przydaje się trochę szczęścia. Dobrych kapel jest mnóstwo, w dobie Internetu dostęp do nich jest nielimitowany, a powiedzmy sobie szczerze – słuchacze nie są w stanie przerobić całej tej muzyki. A co do mody na post-rock… Hype rzeczywiście mija i na polu bitwy zostają tylko te kapele, które mają już ugruntowaną pozycję, natomiast zespołów obracających się w takiej stylistyce cały czas przybywa. Widzimy to na przykład kiedy szukamy supportu na trasę – zgłasza się do nas naprawdę sporo fajnych kapel, niekiedy są to ludzie 10 lat od nas młodsi.

A którą część procesu wydania płyty lubisz bardziej – nagrywanie czy koncertowanie?

Razem ze Stołkiem, naszym perkusistą, mamy studio nagraniowe. Nie ukrywam, że lubię ten klimat. Ale lubię też koncertować – jest wiele takich momentów, o których będziesz pamiętał do końca życia, ale są i te najgorsze – kiedy podróżujesz przez 6 tygodni, wracasz do domu na 3 dni, i ponownie wyjeżdżasz na 6 tygodni to w pewnym momencie przychodzi zmęczenie. My też nie mamy bóg wie jakiego budżetu – sami targamy graty, robimy próby dźwięku, a zagranicą zdarza nam się grać w totalnych norach dla 50 osób. My zawsze dajemy z siebie wszystko, ale zdarzają się kryzysy.

Co cię kręci najbardziej w pracy w studio? Bardziej techniczna, czy kreatywna strona?

Raczej ta kreatywna. Interesuję się sprzętem, ale to tylko narzędzie. Najbardziej lubię dłubanie przy miksie, nakładanie kolejnych warstw, wiesz, takie momenty, że jakaś drobna zmiana wywala ci numer do góry nogami.

Wyobrażasz sobie, że mógłbyś przestać grać i zająć się tylko produkcją?

W wieku 60 lat raczej nie będę grał tras, choć… może? Kto wie. Liczę się z tym, że w pewnym momencie będzie trzeba przestać, ale chciałbym cały czas kręcić się wokół muzyki – stąd też, między innymi, ten pomysł ze studiem nagraniowym.

Trzeba mieć trochę szczęścia

Trzeba mieć trochę szczęścia

Rozumiem, że praca w studio też daje ci pewnego rodzaju artystyczne spełnienie? Jako producent jesteś też trochę twórcą dzieła?

To zależy, bo niekiedy producent ustawi ci tylko wszystko, a ty grasz; niekiedy zapisze cię na kurs jogi, a niekiedy pokaże ci dokładnie jakie akordy masz grać. Zależy od zespołu. Ja w ogóle nie uważam się za producenta. Jak już zrobię z 50 płyt, to będziemy mogli pogadać. Teraz ludziom łatwo przychodzi nazywanie się producentami, fotografami, dziennikarzami i tak dalej. Ja na dobrą sprawę muzykiem też bym się nie nazwał. Być może mógłbym się nazwać gitarzystą.

A jak ci się słucha muzyki? Analizujesz ją, czy po prostu… słuchasz?

Kiedy słucham muzyki, którą lubię, zazwyczaj robię to po prostu dla frajdy – i bardzo często są to albumy wcale nie najlepiej wyprodukowane. Jasne, zdarza mi się słuchać płyt tylko dlatego, że świetnie brzmią i wtedy zastanawiam się nad tym, jak oni osiągnęli ten efekt. No i wchodzi czasem słyszenie zbyt wielu rzeczy, analizowanie.

Masz jakąś płytę- ideał brzmienia?

Ideał? Raczej nie. Na pewno podoba mi się brzmienie ostatniej pyty Death Cab for Cutie, a za jeden z najlepiej wyprodukowanych krążków uważam „A Crow Left of the Murder” zespołu Incubus – brzmienie jest surowe, ale niepodrabialne.

Jesteś audiofilem?

Nie, zupełnie. Mnie się w ogóle wydaje, że ten cały „audiofilizm” to często snobizm jest. No sorry. Ci ludzie pewnie nie słyszą różnicy i nie chodzi o to, że mają zły słuch, tylko różnice są zbyt małe, o ile jakiekolwiek. Podam ci przykład: Stołek interesuje się nieco elektroniką – jest w stanie zrobić efekt gitarowy, wzmacniacz, kolumny, no, majsterkowicz trochę. Ostatnio zrobił taki przełącznik do wzmacniaczy, dzięki któremu możesz w bardzo prosty sposób porównać czy dwa różne wzmaki inaczej brzmią. Mieliśmy jeden, naprawdę uznanej firmy, drogi, i drugi, produkcji pana Stołka, który kosztował mniej więcej 400 zł. W brzmieniu nie było żadnej różnicy. Te wszystkie podkładki pod kable, złote końcówki… Rozumiem, że przy nagraniach studyjnych to może mieć sens, bo jeżeli masz 70 tracków i na każdym z nich mikrostratę, to może to zrobić różnicę. Ale sam nie wiem, więcej stracisz na tym, że nie do końca fajnie zagrasz na gitarze (śmiech).
Ale do słuchania muzyki? Jeśli kupisz sobie kolumny za 50 tysięcy i wzmacniacz za 30, ale wstawisz to sobie do pokoju niezaadoptowanego akustycznie, to są to pieniądze wyrzucone w błoto.

Wspominałeś o waszym nowym studio. Zainteresowanie jest duże?

Powoli się rozkręca. Pojawiają się pierwsze kapele, ale nam się póki co jakoś specjalnie nie śpieszy, tym bardziej, że studio nadal jest w budowie tak naprawdę.

Sporo kontrowersji wzbudziła zbiórka na jego budowę. Jak się dzisiaj na to zapatrujesz?

LiveDla mnie liczy się przede wszystkim opinia ludzi, których znam, i których zdanie szanuję. Przykre komentarze na pewno nie były miłe, ale nie wiem jak mam to skomentować. Część ludzi po prostu chyba nie lubi crowdfundingu.

Zdarzają się kapele, które rzeczywiście przeginają. Jeżeli jakiś zespół chce wydać pierwszą płytę i zbiera na ten cel 30 tysięcy, to jest to śmieszne. Mogliby chociaż kosztorys tam dać – na co te pieniądze idą. Ile wy wydaliście na produkcje pierwszego krążka?

Na pewno nie 30 tysięcy (śmiech). Nie pamiętam dokładnie – 5, może 6 tysięcy. Ale nie chcę oceniać, bo nie znam sprawy.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że masz teraz ochotę nagrać płytę z jakąś zupełnie inną muzyką. Co by to miało być?

Trudno powiedzieć, jak na naszą muzykę wpłynie nowe studio, bo wpłynie na pewno. Chodzi nam po głowie myśl, żeby iść trochę bardziej w stronę elektroniki, a z drugiej strony tęsknimy za ciężkim graniem. Zobaczymy. Póki co nie mamy napisanej ani jednej nuty. W maju jedziemy na krótką, europejską trasę. A jako, że w maju, to na pewno będzie ładna pogoda. I na tym póki co się skupiamy (śmiech).

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu/Irn Bru