TIDES FROM NEBULA – nie dla słowiańskiego folku

Post rockowa scena ma nowego ambasadora – trzecia płyta stołecznego Tides From Nebula stawia zespół w pierwszym szeregu  muzycznego smęciarstwa na najwyższym poziomie. Dotychczasowy przebieg kariery nie pozostawia złudzeń, że zespół – z sensem, co warto zaznaczyć – postawił wszystko na jedną kartę i jak na razie z zadowoleniem stwierdzam, że kariera przebiega bez problemu. Zresztą, nie tylko ja; ilość zagranicznych koncertów świadczy o tym, że grupa została zauważona i Europa stoi przed nimi otworem. Na potwierdzenie swojej klasy zespół przygotował trzeci i jak na razie najciekawszy krążek, łączący w sobie melancholię, światło i całkiem sporą ilość energii generowanej dzięki żywszemu niż zwykle fundamentowi rytmicznemu. O tym, że muzyka instrumentalna może mieć dużą siłę przebicia przekonacie się, słuchając „Eternal Movement” a na dokładkę trochę informacji, jakich udzielił mi basista zespołu – Przemek Węgłowski. 

Podoba się Wam nowa płyta Blindead? Pytanie o tyle zasadne, że premiera była w tym samym dniu co wasza a i stylistycznie siedzicie w tej samej działce, może tylko Wy jesteście bardziej optymistyczni…

Przemek: Nową płytę kolegów z Blindead słuchałem na razie kilka razy, ale pierwsze wrażenie jest świetne. Podoba mi się, że jest to kapela, która realizuje bez skrępowania swoje pomysły i słychać, że czerpie z tego radość. Sądzę, że „Absence” (podobnie jak poprzednie albumy) jest przykładem płyty, której trzeba słuchać w skupieniu. Sam chętnie będę to robił podczas naszej trasy.

Jak możecie krótko podsumować okres między wydaniem poprzedniej a nowej płyty – jakie wydarzenia stały się dla Was najważniejsze, czego nie udało się zrealizować?

Od wydania „Earthshine” minęły dwa lata. Dodatkowo pamiętaj, że album był gotowy już w połowie 2010 roku, tylko trochę czasu zajęły kwestie wydawnicze. W każdym razie minęły ponad dwa lata, w trakcie których głównie graliśmy koncerty i próby. Ciężko mi przywołać jakieś szczególne wydarzenia – może generalnie powiem, że przez ten czas nastąpił zauważalny wzrost rozpoznawalności TFN. Jako zespół raczej nie wierzymy w sytuacje, które zmieniają z dnia na dzień pozycję kapeli. Systematycznie robimy swoje i póki co, to daje najlepsze efekty.TIDES FROM NEBULA

Zdecydowaliście się na wznowienie „Aury” – krok słuszny, interesuje mnie jednak, jak z dzisiejszej perspektywy oceniacie swój debiut? Dużo zmian chcielibyście wprowadzić?

Na pewno gdybyśmy teraz z tym materiałem weszli do studia, płyta brzmiałaby inaczej. Nigdy nie myślałem o tym co bym pozmieniał. Te numery są właśnie takie i na tym polega piękno tego albumu. To zapis tego jak brzmieliśmy, jak widzieliśmy muzykę pięć lat temu. Pełen spontan. Niektóre momenty wydają mi się dziś trochę naiwne, ale nie uważam, że to coś złego. Po prostu tak wtedy musiało to brzmieć. Pewnie podobnie będę patrzył za parę lat na nowy krążek… Tak to chyba już jest (śmiech). Jedyne co chcieliśmy zmienić (i to zrobiliśmy…) to sam miks. Teraz słucha się tej płyty przyjemniej.

Jako zespół przeszliście dość szybką drogę z małych klubików do dużo większych sal i festiwali – jakie są wady i zalety grania w malutkich miejscach dla garstki ludzi pod samą sceną i w dużych salach czy festiwalach z barierkami i ochroniarzami?

Obecnie jesteśmy w dość ciekawym momencie. Zdarza nam się grać zarówno na dużych festiwalach, w niektórych miastach przytrafiają nam się duże klubowe koncerty, a z drugiej strony są takie miejsca, gdzie słuchaczy można policzyć na palcach paru rąk. Wiadomo, że o wiele fajniej wyskoczyć przed półtysięczny tłum niż grać np. w barze dla paru procent tamtej publiki. Jednak najważniejsze dla mnie jest to, że póki co nawet taki mały występ ma dla nas znaczenie. Czuć w nim tę samą magię i często okazuje się że dostarcza on nam o wiele potężniejszych przeżyć niż wielki koncert. Nie wiem, czy jest to kwestia lepszego kontaktu ze słuchaczami, czy może taki mentalny powrót do naszych pierwszych gigów, których większość miała miejsce właśnie w pubach i w trakcie których mieliśmy niesamowity stres.

 nie dla słowiańskiego folku

nie dla słowiańskiego folku

Koncerty za granicami kraju to już temat – rzeka; niektórzy grają dla dwudziestu zainteresowanych osób i nie chwalą się, że te osoby przyszły tylko na nich, inni tłuką sztuki „do kotleta” dla polonii i trąbią o wielkim sukcesie. Jak jest z Wami – liczycie, że Tides stanie się na scenie post rockowej tak rozpoznawalny jak, powiedzmy, Behemoth na scenie metalowej? Ile pracy trzeba w taki sukces włożyć?

Jak już mówiłem przed chwilą, póki co za granicą sytuacja jest bardzo zróżnicowana. Europa to wielki, skomplikowany rynek. Podam Ci dla przykładu dwa sąsiadujące ze sobą kraje – w Austrii nie narzekamy zupełnie na frekwencję, ale już w (bliższych Polsce) Czechach ciężko „uzbierać” czterdzieści osób w klubie. Jak widzisz, pracy jest co niemiara. Takie zespoły jak Riverside, Decapitated, czy Behemoth właśnie, przeszły trudną drogę, której efekty widać dopiero po latach. Dopiero, kiedy taki zespół znajdzie się bardzo wysoko, zaczyna być kojarzony i rozpoznawalny dla „przeciętnego zjadacza chleba”. My dostaliśmy szansę pokazywania się za granicą, więc z niej korzystamy i mamy wiarę w to, że uda nam się dotrzeć z naszą muzyką do jak największej ilości osób.

Można powiedzieć, że staliście się całkiem popularni, w takim coraz bardziej komercyjnym znaczeniu – odczuwacie powoli ten stan, jakie są zalety bycia zespołem rozpoznawalnym?

Nie sądzę, żebyśmy byli „całkiem popularni” i rozpoznawalni. Jesteśmy kojarzeni głównie wśród fanów takiej, moim zdaniem, wciąż dość niszowej muzyki, jak i wśród osób obracających się na rynku muzycznym. Jest to pomocne, daje pewien komfort w „ogarnianiu” sytuacji związanych z promocją płyt, koncertów. Choć jak mówiłem, to wszystko wciąż się zmienia, zwłaszcza teraz, po premierze „Eternal Movement” sprawy mogą nabrać dodatkowego biegu. Raczej nie grozi nam nigdy popularność na miarę, nie wiem, zespołu Enej. Nieprędko usłyszysz u nas elementy słowiańskiego folku (śmiech). Swoją drogą, szacunek dla nich – zrobić trzy hity lata z rzędu to jakiś kosmos!

Tides stał się w pewnym sensie ambasadorem post rocka, muzyki dla introwertyków, sztuki raczej mało medialnej, dalekiej od rockowego blichtru – uważacie, że jest jednak szansa na spopularyzowanie takiej muzy, nie tylko w takim, marketingowym znaczeniu?

Raczej nie usłyszysz naszego numeru w czołówce letniej listy przebojów, jak i mamy małe szanse na to, żeby wystąpić w Opolu. Świat wciąż się szybko zmienia i nie wiadomo co będzie za kilka lat. Ludzie mogą zacząć słuchać naprawdę wykręconych rzeczy i wtedy to muzyka Miley Cyrus będzie w podziemiu (śmiech). Być może kiedyś przyjdzie moda na muzykę zupełnie inną niż taka, która dominuje obecnie w mediach.

 cały czas do przodu

cały czas do przodu

Nowe dzieło jest płytą najdojrzalszą a jednocześnie chyba – z mojego punktu widzenia – najbliższą określenia „progresywny post rock” – czy podczas prac nad muzyką mieliście jakieś konkretne założenia, które były konsekwentnie realizowane, czy nadal, na dzisiejszym poziomie, dopuszczacie podczas komponowania spontaniczność?

Mieliśmy parę założeń. Chcieliśmy aby materiał był bardziej piosenkowy i żywszy. Zresztą czuliśmy to w nas samych i raczej trzymaliśmy się „jaśniejszej strony mocy”. W sumie płyta wyszła na mroczniejszą niż kiedy myślałem o niej na etapie demówek. Może jest w tym jakiś udział naszego producenta – Christera. Przecież to Norweg, a tam kochają black metal. Tak na poważnie to spontaniczność jest obecna cały czas podczas tworzenia materiału. Z tego co pamiętam, numer „Now Run” powstał w niecały tydzień, co – zważając na styl naszej pracy – jest tempem ekspresowym.

Ile w „Eternal Movement” jest improwizacji a ile matematyki?

Mało jest zarówno jednego i jak i drugiego. Matematyka w muzyce kojarzy mi się z połamanymi rytmami, polirytmicznością, rzeczami w stylu Dillinger’a. Faktycznie, jest parę momentów które były specjalnie „połamane” i trochę przy nich główkowaliśmy (środkowa część „Let it Out, Let it Flow, Let it Fly”), ale to takie przedszkole i podstawy matmy, jeśli miałbym porównywać do DEP. Co do improwizacji to one rzadko trwają u nas dłużej niż dwie minuty. Motywy, od których zaczynamy tworzyć numery powstają raczej spontanicznie, nigdy w wyniku długich jamów. Z reguły jak już chcemy pojamować, bawimy się tak kalecząc bluesa albo funk. Raczej nie do słuchania.

Jak wygląda sesja nagraniowa „Eternal Movement” – należycie do grupy zespołów, wchodzących do studia ze 100% gotowym materiałem, czy dopuszczacie możliwość dopracowywania aranżacji już w trakcie samych nagrań?

Podczas nagrywania materiału na płytę wynajmuje się studio, więc czas jest mocno ograniczony. Trzeba się dobrze przygotować, wejść, „wbić” i czekać na miks. Jakiś czas temu przyjęliśmy metodę pracy z wykorzystaniem naszego własnego studia, które wciąż się rozwija. Nagrywamy tam materiał demo i dopiero z nim jedziemy do docelowego studia. Wszystkie ścieżki są więc wcześniej nagrane i producent ma w nie pełny wgląd zanim usiądzie z nami do właściwych, płytowych nagrań. Oczywiście, każdy z nas ma pewne miejsca, partie, gdzie np. rozważa zagranie czegoś innego i potem wspólnie z producentem w studiu wybieramy właściwą opcję. Są to jednak minimalne zmiany, raczej pojedyncze dźwięki niż całe motywy.

Czy podczas tej ostatniej sesji coś Was zaskoczyło, wydarzyło się coś dziwnego, nieprzewidzianego, czy była 100% kontrola?

Hmmm… sesja przebiegała bardzo sprawnie, jedyne uprzykrzenia jakie pamiętam to stale rozstrajający się werbel, bodajże Ludwig. Traf chciał, że akurat on świetnie pasował do większości utworów, a miał ten feler, że po minucie intensywnego grania wszystko w nim „siadało”. Co chwila w studiu słychać było odgłos strojenia, delikatne „pyk… pyk… pyk”. Więc raczej 99% kontroli.

Tides LivePoprzednia płyta – jako pewien „chłyt” marketingowy – była promowana nazwiskiem Zbigniewa Preisnera, teraz jest współpraca z CA Cederbergiem. Jeśli w skali procentowej mielibyście określić wpływ tych dwóch panów na produkowane przez nich płyty – ile by tego było? Czy bez nich mielibyśmy faktycznie do czynienia z innymi albumami?

Dobre pytanie! Myślę, że jednak wpływ Zbigniewa Preisnera był większy. Byliśmy wtedy mniej doświadczeni i wielu rzeczy po prostu nie wiedzieliśmy, więc siłą rzeczy pan Zbigniew nas na nie nakierował. Do „Eternal Movement” przystąpiliśmy bogatsi o tę wiedzę. Christer jest trochę innym typem producenta i od niego też nauczyliśmy się wiele np. o pracy w studiu, o doborze odpowiedniego sprzętu itp. Podczas gdy pan Preisner zwracał nam większą uwagę na elementy czysto kompozycyjne. Jednak było to dalekie od wykładów, polegało raczej na nakłanianiu nas na większe otwarcie się na muzykę.

Przed Wami długa promocja nowej płyty, sporo wojaży – na co liczycie, jakie koncerty są przez Was szczególnie wyczekiwane?

Czeka nas tej jesieni bardzo dużo koncertów. Sam straciłem rachubę, ale w sumie będzie ich ponad czterdzieści, więc na pewno liczymy na nowe, ciekawe doświadczenia. Ciekaw jestem trasy z The Ocean, Shining i Harcride. Zobaczymy jak się zmienił odbiór naszej muzyki za granicą. Tej wiosny wyjątkowo nie graliśmy żadnej trasy, więc jesteśmy wygłodniali tego „cugu” koncertowego. Zwłaszcza, że mamy w garści nową płytę, którą uwielbiamy. Właśnie dziś doszło nam dziewięć kolejnych koncertów, w tym jeden w Sarajewie. Zawsze chciałem odwiedzić to miasto i bardzo się cieszę, że zagramy tam już niedługo. Poza tym fajnie będzie wrócić na dwa koncerty do Anglii – pierwszy i ostatni raz graliśmy tam na trasie z Riverside dwa i pół roku temu.

Wyobrażacie sobie Tides From Nebula za dziesięć lat? Macie jakieś szczególne marzenia, jeśli chodzi o rozwój zespołu?

Mam nadzieję, że wszystko będzie szło cały czas do przodu. Coraz lepsze płyty, koncerty. Fajnie byłoby jeździć w trasy po całym świecie. Nie zrozum mnie źle, teraz też jest super i uważam, że doświadczamy wielkich rzeczy, takich, których się nigdy nie spodziewaliśmy – śmiesznie, bo sześć lat temu, jeszcze zanim powstało TFN, szczytem moich marzeń było nagrać płytę, której posłucha ktoś więcej niż grono znajomych i zagrać koncert poza Warszawą. Mam nadzieję, że przed naszym zespołem jeszcze dużo ciekawego, a wszystko co możemy zrobić to grać, bo to chyba wychodzi nam najlepiej.

Na koniec – zdradźcie, jaka muzyka w ostatnich miesiącach szczególnie często „latała” w waszych odtwarzaczach?

Muszę przyznać, że nie słuchałem zbyt wielu rzeczy. Może dłużej posiedziałem przy Jessie Ware i nowym Fuck Buttons. Ostatnio z nowości duże wrażenie zrobił na mnie numer „Reflektor” Arcade Fire, ciekaw jestem całej płyty.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Adam Bejnarowicz (sesja)/Marta Rękawek (live)