THY DISEASE – z innowacyjnością nie jest źle…

Krakowskiemu Thy Disease stuknęła piętnastka, na koncie sześć płyt, koncertowe DVD i spory bagaż doświadczeń, które z death/black metalowego poletka doprowadziły zespół w rejony industrial groove metalu, bo tak dzisiaj swoją twórczość określają muzycy. Po drodze było sporo zmian personalnych, które może nie miały zbawiennego wpływu na samą muzykę, jednak trzeba przyznać, że na pewno nie zakłóciły pracy maszynerii. Jeśli ktoś spodziewał się jakichś wielkich zmian w stosunku do dźwięków zawartych na poprzednich krążkach, może się rozczarować, jeśli jednak lubicie metalowe, ołowiane riffy, nasączone samplerową futurystyką, niepokojące wizje zniewolonej ludzkości i mordercze, zakręcone groovy perkusji, będzie usatysfakcjonowani. Thy Disease znalazł idealną niszę i w ramach wypracowanego stylu proponuje solidną, miejscami mocno zakręconą porcję odjechanego hałasu. Na kilka refleksji w tym temacie udało mi się namówić bębniarza zespołu – Ireneusza Gawlika.

Dołączyłeś do składu Thy Disease na miejsce Paula (ex-Vader, Antigama). Trudno było wskoczyć w jego buty?

Irek w pracy

Irek w pracy

Na pewno. Paul jest rewelacyjnym perkusistą, doświadczonym w takich zespołach jak Vader czy Decapitated, więc można powiedzieć, że poprzeczka była podstawiona dość wysoko. Mimo to, Paweł nie grał zbyt długo w Thy Disease, przynajmniej ta współpraca nie zaowocowała jego obecnością na albumach zespołu, więc faktycznie przejmowałem pałeczkę bo Kubie Chmurze. Zresztą, z Thy Disease sesyjnie koncertowałem już od 2010 roku, ciężko zatem stwierdzić, że byłem następcą Paula. Doświadczenia na wcześniejszych koncertach pozwoliły mi na dobre zapoznanie się z zespołem i materiałem, który wykonywaliśmy na żywo, więc po dołączeniu na stałe nic mnie już nie zaskakiwało.

Thy Disease zaliczył sporo zmian składu – zawsze zastanawiam się skąd na scenie metalowej biorą się te częste roszady w zespołach. Masz jakąś teorię?

Nie nazwał bym tego teorią, ale mam swoje obserwacje i przemyślenia na ten temat. Wydaje mi się, że chodzi o dwa podstawowe czynniki. Pierwszą kwestią jest konieczność łączenia obowiązków życia codziennego z pasją do muzyki, bo jak wiadomo, na życie z muzyki mogą sobie pozwolić tylko nieliczni, a nawet zespoły o w miarę wyrobionej marce na polskiej scenie muszą często do grania dokładać z własnej kieszeni. Kiedy jednak chcesz rozwijać zespół, musisz mieć ludzi wystarczająco zdeterminowanych i przygotowanych na poświęcenia, ciężko zatem godzić się na półśrodki. Z drugiej strony, jest sama kwestia preferencji muzycznych – kiedy poświęcasz się grze w zespole, to chcesz się zajmować taką muzyką jaka najbardziej ci odpowiada. Stąd ciągłe zmiany i rotacje. Wiadomo, czasami pojawiają się konflikty natury personalnej, ale mam wrażenie, że w przypadku zespołów, które nie żyją z grania, jest to kwestia raczej drugorzędna.

W jakim miejscu znajduje się zatem Thy Disease? Wydaje mi się, że gdzieś tak w okolicach „Rat Age” zespół był najbliżej sukcesu wymiernego komercyjnie, teraz znowu jest troszkę w podziemiu. Jak Ty to widzisz?

„Rat Age” to płyta, która faktycznie rozeszła się w dość dużym nakładzie, ale wtedy zespół nie do końca był gotowy do działanie w takim stopniu jak teraz. Choć na to pytanie pewnie najbardziej trafnej odpowiedzi udzieliłby Yanuary, wydaje mi się, że brakowało wtedy odpowiednio zgranego składu. W tej chwili skład jest mocno „domielony” po wielu koncertach, jest pełna zgodność odnośnie obranego kierunku, bardzo mocno pokrywają nam się preferencje muzyczne. Jeśli wszystko będzie szło dalej tak jak idzie w tej chwili, na pewno zespół będzie coraz lepszy i będzie mógł osiągnąć dużo więcej niż obecnie. Swoją drogą, nie wydaje mi się, żeby była jakaś przepaść w rozpoznawalności zespołu w 2006 i teraz – gramy dużo więcej, a to jest podstawowa forma obecności zespołu na scenie. Czas pokaże gdzie będziemy za jakiś czas – staramy się dawać z siebie 100% i jestem przekonany, że to przyniesie efekty.

Ale – że podrążę temat – scena mocno się zmieniła. Uważasz, że zespoły pokroju Thy Disease, które parę lat temu uchodziły za innowacyjne, dzisiaj też mogą zwracać na siebie uwagę? Chodzi mi o to, że wokół pojawiło się mnóstwo profesjonalnych bandów i coraz trudniej wyróżnić się z tłumu – Thy Disease ma to „coś”?

Wydaje mi się, że najlepiej na to pytanie mogą odpowiedzieć ludzie przychodzący na nasze koncerty – zapraszam żeby przekonać się o tym na własnej skórze. Na pewno scena się rozwinęła, ale to jest tylko i wyłącznie zjawisko pozytywne. Zawsze można czerpać wiele inspiracji i próbować czegoś nowego. Nie wiem jakie jest Twoje zdanie na temat nowego albumu, ale moim zdaniem wyraźnie słychać w nim progres względem wcześniejszych dokonań i z pewnością można się po nas spodziewać dalszego drążenia nowatorskich rozwiązań w ramach przyjętej koncepcji. Tak jak scena dookoła nas, my również nie stoimy w miejscu. Swoją drogą, Thy Disease wciąż budzi dość skrajne opinie, więc chyba z naszą innowacyjnością musi być całkiem nieźle.

 z innowacyjnością nie jest źle...

z innowacyjnością nie jest źle…

Właśnie, nowy album – na dobry początek zaprowadź nas do zespołowej kuchni. Jak Thy Disease tworzy muzykę – czy wszystko kręci się wokół konceptu, historii, jaką opisujecie, czy muzyka i tekst powstają oddzielnie?

Muzyka i teksty muszą oczywiście tworzyć spójną całość, ale na etapie komponowania utworów skupiamy się tylko i wyłącznie na elementach instrumentalnych, pozostawiając w aranżacjach odpowiednio dużo „powietrza” na partie wokalne. Przeważnie tworzenie nowego numeru rozpoczyna się od szkieletów gitarowych, ale w przypadku kilku utworów z „Costumes of Technocracy” spróbowaliśmy kompletnie odwrócić proces komponowania. „Holographic Reality” to numer, który powstał na podstawie pomysłów na elektronikę VXa, do tego zrobiłem perkusję a same gitary powstały już w studiu, po zarejestrowaniu części instrumentów. Podobnie „Global Technocratic Prison” – było kilka pomysłów klawiszowych, część utworu powstała tylko i wyłącznie w oparciu o moje propozycje rytmiczne. Te utwory wydają się być jednymi z mocniej wyróżniających się w odniesieniu do wcześniejszych płyt, więc dobrze, że spróbowaliśmy czegoś nowego – tego typu doświadczenia na pewno zostaną przekute w nieszablonowe rozwiązania na kolejnym albumie.

Myślisz, że łatka futurystycznego death metalu nadal do Was pasuje? Czy coś takiego jak etykietka w jakiś sposób jest Wam potrzebna?

Nie, na pewno mówienie o Death Metalu w naszym przypadku coraz bardziej rozmija się z prawdą. Połączenie szybkich partii perkusyjnych i ekstremalnych wokali nie jest wyznacznikiem pozwalającym na przyklejanie etykiety zespołu „śmierć metalowego”. Naszym zdaniem ostatnie dokonania najlepiej opisuje pojęcie Industrial Groove Metal, a to dlatego, że łączymy surową, ostrą elektronikę z bardzo rytmicznymi kompozycjami. W tym kierunku na pewno chcemy podążać, zaś granie blastów pozostanie raczej dodatkiem niż bazą. Sam nie jestem zwolennikiem przypisywania coraz bardziej zagnieżdżonych gatunków do konkretnych grup, bo podział wprowadzany w kolejnych latach sprawia, że niedługo będzie więcej odmian metalu niż samych zespołów. Tak na prawdę wszystko się przenika, muzyka nie jest tworem dyskretnym, nie można jej skwantować. Tym bardziej nie uważam, żeby przypisywanie Thy Disease do danego gatunku miało dla nas jakieś duże znaczenie.

THY DISEASE – Costumes of Technocracy (Mystic Prod.)  Szósta płyta krakowskiego Thy Disease otwiera dyskusję na temat zakresu i możliwości innowacyjności w muzyce metalowej. Bo czym jest innowacja? Zaskoczeniem, czy starannie przemyślaną, stopniową progresją, z zachowaniem stylistycznych wyznaczników? W kontekście pierwszego sformułowania, Thy Disease  cały czas jedynie okopuje się na zdobytych pozycjach, szlifując swój styl, w którym czuje się najlepiej. Jeśli lubicie stary Fear Factory, czy dokonania chociażby Meshuggah, będziecie zadowoleni. Mechaniczne, odhumanizowane brzmienie, mocno wyeksponowana praca sekcji rytmicznej i gitary, organicznie zespolone z samplami. OkładkaTrzeba przyznać, że w temacie budowania dźwiękowego monolitu Thy Disease jest mistrzem. Podczas słuchania stopniowo wyłania się z metalowego szkieletu zimny, industrialny potwór, który nie zaskakuje, ale jak zwykle cieszy. Na szczególne uznanie zasługują momenty, kiedy odpowiedzialny za sample i klawiatury Piotr „VX” Kopeć porzuca sekundowanie gitarzystom i skupia się na zbudowaniu razem z sekcją miażdżących, rytmicznych figur. Przyznam, że chętnie jeszcze bardziej ograniczyłbym w kilku miejscach dominację gitarowego betonu na rzecz tych pogiętych, schizofrenicznych dźwięków. Ale taki jest właśnie Thy Disease – zamiast zaskoczenia woli powolne drążenie skały, zmiany, które są nieodwracalne, ale niezbyt gwałtowne, tak by nie burzyć starannie wypracowanego wizerunku zespołu – jednak – metalowego. Za co oczywiście nie można mieć do Krakusów żadnych pretensji. Dlatego o wiele bardziej pasuje tu określenie „stopniowa progresja”, w myśl której zespół powoli, ale konsekwentnie przekształca swój styl, który dzisiaj jest zdecydowanie bliżej groove metalu niż death’u, zaś black metalowe zło, obecne na pierwszych płytach, zastąpione zostało industrializującym mrokiem. Jeśli jednak nadal wyżej stawiam chociażby znakomity „Rat Age”, muszę przyznać, że grupie udało się stworzyć spójny, muzyczny wizerunek, który – być może za parę lat – stanie się fundamentem zmian o wiele bardziej gwałtownych. Czego zespołowi życzę, z szacunkiem traktując obecną pozycję.

Z Twoich słów wynika, że ewolucja Thy Disease toczy się nadal – mam rozumieć, że w przyszłości możemy spodziewać się kolejnych zmian i odchodzenia od metalowego szkieletu, czy też owo przywiązanie do metalu nie pozwoli przekroczyć tej granicy? Czy są jakieś pomysły muzyczne/stylistyczne, które Was intrygują, ale nie pasują one do koncepcji prezentowanej przez Thy Disease?

Thy Disease jest zespołem metalowym i takim na pewno pozostanie. Dobrze czujemy się w tej stylistyce i nie wyobrażam sobie, żeby formuła miała zmienić się w jakiś diametralny sposób. Słuchamy bardzo różnych odmian muzyki i z chęcią przemycamy rozwiązania typowo niemetalowe do komponowanej muzyki. Z jednej strony przejawiamy sporą fascynację elektroniką, z drugiej wciąż lubimy słuchać interesujących pozycji metalowych. Jeśli mamy pomysł na jakieś rozwiązanie, które w sposób prostolinijny nie da się przenieść do naszej muzyki, staramy się nie ograniczać i inspirujemy się wszystkim co wydaje się nam w danej chwili wartościowe. To chyba całkiem skuteczny sposób na naturalną ewolucję zespołu – zawsze można wnieść jakiś powiew świeżości do mocno wyeksploatowanego gatunku.

Thy Disease na planie teledysku "Holographic Reality" (Red Pig Productions)

Thy Disease na planie teledysku „Holographic Reality” (Red Pig Productions)

Jak zatem będzie przebiegać promocja „Costumes…”? Macie jakiś plan poza koncertami i teledyskiem? Czym chcecie zaskoczyć swoją publiczność w najbliższym czasie? Może jakiś mały skandalik?

He, he, mimo wszystko stosujemy konwencjonalne techniki promocji. Gramy jak najwięcej, bo to jest naszym zdaniem najlepszą formą promocji. Koncerty stanowią przypieczętowanie obecności zespołu na scenie i już teraz widać, że niemal 100 koncertów zagranych przez ostatnie dwa lata dużo nam dało. Rozpoczął się okres festiwalowy i na nich teraz przede wszystkim się skupiamy. Na jesień planowana jest dość duża trasa po Polsce w bardzo konkretnym składzie, ale to jeszcze informacje niepotwierdzone, więc na razie nie chciałbym zapeszać. Jeśli chodzi o promocję w oparciu o skandale… niech to pozostanie specjalnością innych działaczy na scenie metalowej.

Zdradź na koniec czytelnikom, jakie płyty wpłynęły na Ciebie jako muzyka i perkusistę? Masz swój niezmienny „top five”? Jaki perkusista w ostatnim roku zrobił na Tobie największe wrażenie i dlaczego?

Oczywiście, mam listę swoich topowych albumów, ale ciężko byłoby mi podjąć decyzję co ma pozostać w top five, a co ma z tej listy wylecieć. Jeśli chodzi o moje główne inspiracje pod kątem muzyki metalowej, przede wszystkim albumy Decapitated, od „Winds od Creation” po „Organic Hallucinosis”. Pochodzę z Krosna, miasta, w którym powstało Decapitated. Witek,  perkusista tego zespołu, udzielał mi lekcji i jest to zapewne okres, który najmocniej ukształtował moją grę. Później wielki wpływ na mój dalszy rozwój miała muzyka Meshuggah, Gojira czy ostatnio wszelakie muzyczne połamańce, ewoluujące na bazie dokonań Thomasa Haake. Jeśli chodzi o klasyków spoza gatunku, absolutnym topem i wyznacznikiem feelingu za perkusją jest Jojo Mayer – każdy perkusista metalowy mógłby wiele wnieść do swojej muzyki obserwując jego grę. Patrząc na ostatnie wydarzenia muzyczne, pozostaję pod wielkim wrażaniem Kerima Lechnera – jest moim rówieśnikiem, pamiętam jego pierwsze próby z Decapitated i widząc jak wielki progres nastąpił w jego umiejętnościach, uważam, że zasługuje na duży szacunek.

Dziękuję za Twój czas – ostatnie słowo tradycyjnie należy do Ciebie…

Standardowo, zapraszam wszystkich na nasze koncerty. Do zobaczenia pod sceną!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Elżbieta Kulczykowska (zdjęcia z planu teledysku)