THRONEUM – Diabelska chuć i wypadanie kudłów

Casus bytomskiego Throneum pokazuje, że można zbudować swą niezwykle silną pozycję na konsekwentnym ignorowaniu wszystkiego tego, co wydaje się warunkiem koniecznym istnienia większości dzisiejszych zespołów, wytwórni i panujących w metalowym środowisku układów. Swymi kolejnymi dokonaniami ekipa Toma aka The Great Executora pokazuje, jak bardzo w nosie ma kategorie pokroju „produkcja”, „promocja” czy „sprzedawalność” i że można sobie bez nich doskonale radzić we własnych muzycznych poczynaniach. „Death Throne Entities”, kolejny longplay w karierze zespołu, jest bestialskim dowodem prawdziwości powyższej tezy.


Zacznijmy nieco bezczelnie: nie sposób zliczyć rozmaite wydawnictwa, które wypełzły z głębin podziemia z logo Throneum. Każdego roku ukazuje się ich chyba po kilka. To pracoholizm, choroba zawodowa? Nie zdarzają się Wam przypadkiem materiały robione siłą rozpędu?

The Great Executor: Hell!!! Kaos!!! Fukk!!! Niekoniecznie się z tobą zgodzę. W 2010 r. nagraliśmy aż 1 utwór. W tym roku wreszcie nagraliśmy kolejną pełną płytę, ale jej poprzedniczkę zarejestrowaliśmy w 2008 r., więc nie jest to jakiś wielki okaz koźlej płodności… Choć diabelska chuć nie jest nam obca bynajmniej. Chorobą zawodową w przypadku Throneum może być co najwyżej wypadanie kudłów – i tak już mocno przerzedzonych… Reszta to tylko obłęd, wkurwienie i plugawość wyrzygana w formie dźwięku.

Jaka jest Twoja recepta na to, by będąc tak płodnym na wydawniczym i kompozytorskim poletku, nie dojść w pewnym momencie do ściany? Albo inaczej: jak to się dzieje, że jeszcze się, do cholery, muzycznie nie wypaliłeś?

Diabelska chuć i wypadanie kudłów
Diabelska chuć i wypadanie kudłów

Nie zastanawiam się nad tym. Jak czuję potrzebę to biorę gitarę i napierdalam; jak nie, to stoi ona nawet kilka tygodni w kącie i pokrywa się pleśnią. Nigdy nic nie robię na siłę.

Fenriz z Darkthrone mówi, że z uwagi na to, że nie koncertuje w ogóle, po nagraniu kolejnych płyt, nie czuje najmniejszej potrzeby wracania do tworzonych numerów. Czy ze względu na to, że z jednej strony w zawrotnym tempie generujecie poszczególne wydawnictwa, a z drugiej – koncertujecie dość sporadycznie – zasada, której hołdują koledzy z Norwegii, ma w Throneum przynajmniej częściowe zastosowanie?

Większościowe, a  nie częściowe… Nie pamiętam większości kawałków Throneum. Nie graliśmy na żywo 5 lat. W tamtym roku zagraliśmy kilka koncertów, ale teraz znowu czeka nas dłuższa przerwa, o ile w ogóle wrócimy jeszcze kiedykolwiek na scenę…

Nasza rozmowa ma miejsce tuż po ukazaniu się najnowszego longplaya w Waszym dorobku. Nie fundujecie na „Death Throne Entities” żadnych szczególnych niespodzianek, ale przecież niekoniecznie o to w Throneum chodzi. Jaki opis wydaje Ci się najbardziej adekwatny do zawartości albumu?

„Death Throne Entities” to ponad 34 minuty permanentnego koszmaru, rzezi, skurwysyńswta, smrodu ścierwa, koziej spermy, posoki ladacznic, wściekłości i Diabolizmu! My nie bierzemy jeńców!

„Death Throne Entities” przykuwa uwagę za sprawą chyba najpotężniejszego w dotychczasowej historii zespołu brzmienia. Wiem, że pojęcie produkcji nie wydaje się być szczególnie adekwatne w kontekście Waszego zespołu, jednak nie sposób zignorować faktu, że kolejne poczynania Throneum brzmią coraz lepiej. Jesteś zadowolony z finalnego efektu?

Jestem zadowolony. Brzmienie „Death Thrione Entities” jest o wiele potężniejsze i surowsze od „Deathcult Conspiracy”. Myślę że dźwiękowo bardzo zbliżyliśmy się do „Mutiny Of Death” i „Bestial Antihuman Evil”. O to nam chodziło…

Płytę poprzedził wydany niedawno temu split z Leichengott. Skąd pomysł na wspólne wydawnictwo właśnie z tą olsztyńską hordą?

Bo są bezwzględni, ohydni i wyuzdani! Ten split to obraz piekła i zdefiniowanie najgłębszych czeluści.

Co, jako gościa siedzącego w metalu od lat i znającego środowisko od podszewki, drażni Cię najbardziej w krajowym podziemiu, a co uznajesz za jego największy walor?

Drażni mnie kumoterstwo i kręgi wzajemnej adoracji. Walorem jest to, że ciągle powstają tu takie zespoły jak choćby wymieniony powyżej Leichengott.

Nasze krótkie pogaduchy dobiegły końca. Jakie są najbliższe plany Throneum na najbliższy czas? Bo coś nie wydaje mi się, że długo siedzieć będziecie z założonymi rękami…

Właśnie Pagan Records wypuścił reedycje naszych pierwszych trzech materiałów, na dniach powinien ukazać się też winylowy box LP „Horrorities”. W tej chwili kończę pełny album MORBID EXECUTION, a nowy długograj Throneum o roboczym tytule „Organic Death Temple” planuję zarejestrować w połowie 2012. Większość utworów jest już gotowych.

Dzięki za rozmowę i tradycyjne słowo na niedzielę, proszę.

„Przeklęty od Boga jest ten, który wisi na drzewie”

Rozmawiał Cyprian Łakomy

Zdjęcia: archiwum zespołu