THEM PULP CRIMINALS – Lubię ponure historie

Rodzima popkultura nie wygenerowała zjawisk równie atrakcyjnych co jej amerykańska koleżanka. Stąd młodzieży łatwiej zapatrzyć się w rozmarzone oczy Jamesa Deana niż utożsamiać się z sercowymi perypetiami Jana Serce. Indiana Jones ciągle wygrywa z „Klątwą Doliny Węży”, a „Gra o Tron”, nie wiedzieć czemu, wciąż jest popularniejsza niż serial „Wiedźmin”. Grunt, że ta fascynacja przynosi chlubne efekty w postaci dobrej muzyki, którą Them Pulp Criminals tworzą z pewnością. Co i jak, opowiedzą szanownym czytelnikom Igor i Tymek.

Jak było na wycieczce w Transylwanii?

Igor: Transylwania jest świetna i malownicza, najbardziej podobały mi się kręte serpentyny, wysokogórska droga Transalpina i Braszów. Rumunia to bardzo dobry kierunek na wycieczkę. Trochę odpocząłem po intensywnym nagrywaniu materiału. Ale zamek Drakuli jest przereklamowany… Po drodze za kierownicą przesłuchałem kilku płyt The Coffinshakers (muzykę poznałem gdy ktoś w internecie napisał o naszej płycie „polskie The Coffinshakers”, a ktoś inny odpowiedział „Gdzie tu Coffinshakers?” ha, ha). Zostałem fanem Roba. Jest wspaniały. A jak w jakiejś małej transylwańskiej wiosce rozpadał się deszcz, to włączyłem Johnny Cash’a.

Skąd w ogóle wziął się taki projekt jak Them Pulp Criminals? Jest to oczywiście odmiana klasycznego zinowego pytania „przedstaw biografię85182caa3176967a97a23bd4ad89657f zespołu”.

Tymek: Ano stąd, ze zawsze chciałem coś takiego zrobić, tylko nigdy nie wiedziałem jak i z kim. Sam projekt powstał spontanicznie do granic przypadku, kiedy pewnego wieczoru napisałem ot tak, dla siebie tekst do „Lucifer is Love” myśląc o nim w charakterze eksperymentu, co by było, gdybym pisał go do nieistniejącego projektu folk/country. W pewnym momencie jednak uświadomiłem sobie, że chciałbym, żeby ten projekt faktycznie zaistniał i myśląc nad tym głębiej podesłałem tekst Igorowi z propozycją, żeby napisał do niego muzykę. Jako że znaliśmy się już jakiś czas i sporo rozmawialiśmy o muzyce, wiedziałem, że Igor będzie w stanie uchwycić to, o co mi idzie, a przy tym zrobić to ze smakiem i wyczuciem. Nie pomyliłem się, gdyż już następnego dnia rano wysłał mi niemal gotową aranżację. Od tamtej pory niewiele się zmieniło. Ja piszę teksty, które nadają pewien klimat i ton muzyki, a Igor przyobleka je w odpowiednie dźwięki.

Czy od początku wiadomo było, że Them Pulp Criminals będzie muzyczną i estetyczną stylizacją na bazie altcountry/rockabilly/horrorpunka, czy po prostu jakoś tak wyszło w praniu?

Igor: Na początku wiadomo było nic. Tymek wysłał mi tekst do „Lucifer is Love” i zapytał czy nie zrobiłbym do tego muzyki. Wspomniał tylko że widzi to w stylu mrocznego folku, co ja zinterpretowałem po swojemu. Potem już samo poszło i okazało się że moja i jego wizja pasują do siebie. Ja zawsze chciałem robić taką muzykę, lekko przerysowaną, wyrazistą w formie, z westernowymi motywami. Tymek bardzo mnie zainspirował swoim sposobem opowiadania historii. Ja dodałem trochę kowbojsko – surfowych motywów prosto z serca no i taka nam wyszła płyta… Nie siedzieliśmy i nie obradowaliśmy za bardzo przed jej tworzeniem na temat stylu. Wyszło samo, spontanicznie i całkowicie naturalnie.

Tymek: Tak jak mówił Igor, nie planowaliśmy za wiele, uznając ogólnie nadmiar zbędnej refleksji za czynnik niepożądany. Tak wyszło, gdyż najwyraźniej tak musiało. Najbardziej do teraz szczęśliwy jestem z tego, jak bardzo nasze wizje tej muzyki pokryły się ze sobą mimo kompletnie różnych perspektyw i muzycznego „zaplecza”. Ja do tej pory zdzierałem gardło w kapelach metalowych, Igor uczestniczy mocno w krakowskiej scenie alternatywno-rockowej, a jednak jeden drugiego świetnie tu zrozumiał. A estetyka? Cóż, wydaje mi się, że pokrywa się z muzyką i historiami zawartymi w tekstach.

Czy waszym zdaniem polska (pop)kultura dysponuje fundamentem, na którym dałoby się zbudować swojski odpowiednik powyższych? Wyobraźmy sobie gothabilly inspirowane „Wilczycą” Piestraka, albo miejski folk w klimacie „Złego” Tyrmanda…

Tymek: Ech… Piestrak… Polski Ed Wood. Ale nie powiem, „Wilczyca” miała swój specyficzny klimat. O wiele jednak chyba bliżej tego, co robimy muzycznie byłby jednak Tyrmand. Mimo wszystko rockabilly jest muzyką na wskroś anglosaską, podobnie zresztą jak country, wiec próby „usłowiańszczenia” tych gatunków mogłyby wypaść różnie, za wyjątkiem fenomenalnej Partii z ich żolibilly. Dlatego klimat, jaki staram się zawrzeć w Them Pulp Criminals jest możliwie najbardziej uniwersalny (może z wyjąkiem „The 130”, który traktuje o jednym z moich popkulturowch herosów, Jamesie Deanie). Być może kiedyś znajdę sposób na przemycenie tej „polskości” w muzyce, to jednak pokaże dopiero czas.

Kiedy dookoła kapele co i rusz krążą po prośbie po serwisach crowdfundingowych, wy po cichu nagraliście świetnie brzmiący materiał we własnej kanciapie. Na ile „domowe” były domowe warunki nagrywania?

Igor: Nagrania powstały w całości w mojej kawalerce o wielkości 20m2 w kamienicy w centrum Krakowa, która składa się z praktycznie jednego pomieszczenia. Tymek śpiewał do mikrofonu stojącego obok kuchenki a ja gitary nagrałem siedząc między łóżkiem a biurkiem. Liczyłem się z tym, że sąsiedzi mogą narzekać na hałas przy nagrywaniu elektrycznych gitar, które wiadomo muszą być trochę rozkręcone. A jednak ani razu nikt nie przyszedł pukać do drzwi z pretensjami… Raz nawet było tak, że sąsiedzi mieszkający pode mną imprezowali, a ja nie mogłem nagrać gitary akustycznej – mój czuły mikrofon zbierał co głośniejsze dźwięki dochodzące z dołu. Pomieszczenie nie było w żaden sposób zaadaptowane akustycznie (nie licząc regału z książkami i dwóch dywanów na podłodze… ha, ha), a sprzęt to dwa mikrofony ze średniej półki, interfejs audio, monitory studyjne, słuchawki i laptop. Później spędziłem dosyć sporo czasu na postprodukcji, na etapie miksu. Jeśli się mocno wsłuchasz to są w tych nagraniach czasem jakieś brudy, tajemnicze przydźwięki w wysokich rejestrach, które na początku mnie denerwowały, a wynikały właśnie z braku odpowiednio przygotowanego pomieszczenia. Później dałem temu spokój i zaakceptowałem to brzmienie takim jakie jest. A jest… ciekawe. Wokale brzmią fantastycznie. Produkując swoją muzykę samemu masz komfort robienia wszystkiego dokładnie tak jak tego chcesz. Nie musisz iść na żaden kompromis i wszystko podlega tylko twojej własnej wizji. I dlatego czasem wolę nagrywać w niedoskonałej akustycznie kawalerce, skupiając się na zaletach takiego rozwiązania… summa summarum wychodzi to na plus. Nikogo nie obchodzi, że gitara albo coś tam ma za dużo iluś tam kiloherców albo, że coś tam gdzieś lekko buczy. Liczy się ogólna plastyka brzmienia i to co chcesz powiedzieć, a z tych aspektów jestem bardzo zadowolony na naszej płycie.

Lubię ponure historie

Lubię ponure historie

„Muzyka zerżnięta z King Dude, wizerunek z Beastmilk”… I co teraz, mądrale, a?

Igor: Tymek mówił, że tak będzie, że tak będą pisać a ja mówiłem że to nic, olać to i że robimy swoje. Tak po prawdzie to Kinga Dude’a poznałem dopiero gdy Tymek włączył mi jakąś jego piosenkę, już gdy robiliśmy pierwszy numer z naszej płyty. Od razu mi się bardzo spodobało, ale czy cokolwiek zerżnęliśmy? Sądzę że nie. Być może w wokalu czy tekstach jest więcej Kinga Dude’a…Tymek słuchał go od dawna. Warstwa muzyczna to raczej wynik moich wcześniejszych inspiracji. Ale nie zaprzeczam – też się trochę jaram Kingiem Dude’m i chciałbym kiedyś z nim zagrać wspólny koncert.

Tymek: Ech, nieśmiertelny argument, he, he… Wydaje mi się, że z Królem Typem mamy wspólnego tyle, ile w ogóle w takiej muzyce jest zdeklarowanej miłości do starych mistrzów, jak Johnny Cash, czy Bob Dylan, a że Mr. Cowgill jest obecnie bodaj najbardziej znanym przedstawicielem sceny alt country/urban folk, toteż porównania były nieuniknione. Swoją drogą ciekawe, czy King Dude w swoich początkach słyszał często zarzuty o kopiowanie Casha? Co do spraw wizerunkowych, to po prostu taki klimat zdjęć pasował nam do muzyki. Czaszka była tam od początku, a kieliszki z mlekiem dodaliśmy w ostatniej chwili. Sam motyw kieliszków wypełnionych mlekiem zakwitł mi we łbie, kiedy przypomniałem sobie telewizyjny program „Kinomaniak”, gdzie w tle za prowadzącym stał właśnie taki kielich i przykuwał uwagę bardziej od prowadzącego Artura Pietrasa. Serio. Dopiero po sesji zdjęciowej uświadomiłem sobie, że może to wywoływać skojarzenia z okładką Climax.

Czy wśród inspiracji Them Pulp Criminals mieści się kinematografia? Macie na półkach kasety VHS z „The Lost Boys” i „Christine”? Płakaliście na „Draculi” Coppoli? Ciągniecie „Penny Dreadful” z torrentów?

Tymek: Jasne, że kinematografia nas inspiruje. Właściwie jak na to patrzeć, to naszą muzykę traktujemy dosyć filmowo, teksty niosą historie, do których muzyka stanowi soundtrack. Wydaje mi się jednak, że bardziej niż (notabene uwielbiane przeze mnie) horrory w przypadku Them Pulp Criminals inspiracją są spaghetti westerny z niesamowitą muzyką Ennio Morricone i klasyczne amerykańskie kino w typie „Dzikiego” z Marlonem Brando, czy „Buntownika bez powodu” z Deanem. A ze to wszystko ma „horrorowaty” sznyt? Cóż, wydaje mi się, że mimo że ostatnia płyta z Cremaster była dość wesołym dziełkiem, ja jednak nie czuję się dobrze opowiadając historie, które nie są ponure…

Kower, kower… ale dlaczego „Love in a Void” a nie np. „Scarecrow”, „Spellbound” czy nawet „Stargazer”?

Igor: Ja mogę powiedzieć tylko tyle że poznałem piosenkę „Love in a Void” 3 dni przed jej nagraniem, i nie bardzo znałem resztę repertuaru zespołu Siouxie and The 84fc40509fe23d01bd3c2545a21fbbcdBanshees. Dopiero teraz nadrabiam zaległości. Tymek chciał przerobić ten właśnie utwór i o to mnie poprosił. Ja najpierw dwa dni myślałem jak to zrobić zupełnie inaczej od oryginału, próbowałem różnych rozwiązań i w końcu trafiłem na rytm, którego użyliśmy. Co ciekawe, gdy pierwszy raz usłyszałem Love in a Void, uznałem to za fajny ale nie jakiś niesamowity kawałek, natomiast chwilę później doceniłem jego moc, także zapoznając się w różnymi wersjami live. Myślę, że ten numer wejdzie na stałe do naszego przyszłego, koncertowego repertuaru. Uwielbiam go.

Tymek: Właśnie dlatego, że ten numer jest tak bardzo nieoczywisty. Poza tym uwielbiam w tym kawałku fakt zdumiewającej aktualności tekstu i lekko doorsowski klimat. Zawsze chciałem go zaśpiewać, odkąd go usłyszałem, a to co Igor zrobił, kiedy przearanżowywał go na nasze potrzeby, sprawiło, że chciałem zaśpiewać „Love in a Void” jeszcze bardziej.

Koncerty będą?

Tymek: Zbieramy obecnie skład do grania na żywo, jednak zależy nam na ludziach z odpowiednim nastawieniem. Wtedy dopiero pomyślimy o koncertach. Póki co, przygotowujemy się do wydania „Lucifer is Love” nakładem Malignant Voices w okolicach sierpnia…

Rozmawiał Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Katarina Nacht