THE SPOUDS – W poprzek i na odwrót

Kolejna odsłona wielkiej sagi gitarowego hałasu. The Spouds dłubie sobie gdzieś na boku, dorobił się już trzech płyt a najnowsze dzieło (recenzję znajdziecie gdzieś w środku wywiadu…) to poważna dawka melancholijnie nastawionego, gitarowego rocka, zakorzenionego w samym centrum alternatywy lat 90. Czy tego chcemy czy nie, nie sposób o The Spouds powiedzieć inaczej jak nasi ludzie w Ameryce. Oczywiście, w przenośni, choć słuchając płyty nie mogę wyjść z podziwu, z jaką gracją przelatują przez najważniejsze dokonania niezależnych zza wielkiej wody i przetwarzają na własny język. Nie będę się więcej rozpisywał, bo zespół sam wyjaśnia co w trawie hałasuje…

Zaczynamy od końca, żeby było ciekawiej. Właśnie ukazało się fizyczne wydanie Waszej nowej płyty, w gustownym kartoniku piękny cd-r. Czy to minimalistyczny ukłon w stronę ginącej rasy „zbieraczy kompaktów” i zmanierowanych dziennikarzy, czy chęć zagłuszenia wyrzutów sumienia? Dlaczego nie kaseta? Też bardzo modna…

Mateusz Romanowski: Jest to raczej ukłon w stronę naszego braku kasy. Udało nam się to stosunkowo tanio ogarnąć. No i dalej prościej jestLogo gdzieś odtworzyć płytę, niż kasetę. Gdyby ktoś chciał nas wydać na innym nośniku, jesteśmy otwarci. W tym momencie trzeba jeszcze dodać, że wydanie CD było bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać, bo pierwszy nakład, który miał dojść na naszą premierę, spłonął gdzieś w czeluściach firmy kurierskiej i dopiero niedawno dostaliśmy płyty.

Paweł Gniazdowski: Chyba chcieliśmy być bardziej praktyczni, niż fajni. Kaseta to taki mały winyl, który jest trochę tańszy w wydaniu. Chcieliśmy w miarę szybko wypchnąć fizyczny materiał, a wypalenie CD było chyba najmniej skomplikowane.

Grzegorz Zieliński: Poza tym wydawanie się na CD w limitowanej edycji to pomysł ekstremalnie niemodny. Większą zajawką jest dla nas dzielenie się naszym nowym albumem na bandcampie. Za darmo. Jeśli ktoś koniecznie musi słuchać nas na porządnym hi-fi to płytę mamy. Jak na ten budżet, wydanie jest bardzo eleganckie. Wszystkie egzemplarze są przez nas ręcznie podpisane i stanowią fizyczny pomost między muzykami a odbiorcą. Bardziej osobiście i po naszemu chyba się nie dało.

Z tej sondy wynika, że niestety, faktycznie kompakt jest gatunkiem wymierającym – zakładacie, że nastąpi moment, kiedy CD zniknie z półek? Pytam jako przedstawiciel pokolenia, dla którego CD był synonimem wolności w pewnym sensie…

Jacek Piątkowski: Mówiło się tak o winylach a cały czas są na półkach. Myślę, że jest to tak znaczący dla ludzkości nośnik, że tak samo jak kasety czy winyle, będzie cały czas sprzedawany. Myślę, że momentem krytycznym dla płyt będzie rozwinięcie sprzedaży plików bezstratnych (FLAC) w Internecie. Rozwój technologii jest fajny, ale zawsze pewien sentyment pozostanie.

MR: Trudno mi się do tego odnieść, bo nie interesowałem się statystykami. Sam w dużej mierze przerzuciłem się na zgrywanie muzyki na pendrive i odtwarzanie w ten sposób, poza tym słucham winyli, kaset prawie w ogóle, bo mój kaseciak jest fatalnej jakości, ale CD jest cholernie praktyczny; pamiętam, że sam dużo CD-ków kupowałem, teraz dalej mi się to zdarza. Może to przejściowy kryzys i CD powróci tak triumfalnie jak stosunkowo niedawno wróciły kasety?

GZ: Ja staram się kupować na CD muzykę, którą chcę przechować. Pokażę kiedyś jakimś wnuczkom i powiem, że ta cyfrowa prehistoria to najlepsze co mieliśmy, żeby utrwalić dźwięki wielkich. Internet wygrywa jednak w przedbiegach, bo stanowi wymarzone miejsce wymiany muzycznych myśli. Sam nie załapałem się na okres torrentowego piractwa, bo nie miałem wtedy szybkiego neta, ale odrabiam to z nawiązką. Najstarsze płyty CD już się rozpadają i nie da się ich odtworzyć, a patefon ciągle gra…

PG: Z półek w domach może nie, ale z półek sklepowych może zniknąć. Mogą równie dobrze zniknąć fizyczne sklepy z płytami (mówię o dużych sieciówkach). To wszystko staje się przeżytkiem i ciężko powiedzieć co będzie za 10-15 lat. Wydawanie winyli cały czas jest sporym wysiłkiem dla artystów. Być może kiedy stanieją, winyle zaczną wypierać CD. Nie mam pewności czy za 30 lat ktoś nie wpadnie na pomysł, że CD był najlepszy i zacznie się do tego wracać._MG_1451

Oznacza to jednak brak tego elementu plastycznego – dla mnie nadal moment wyjęcia wkładki, zapach druku a przede wszystkim grafiki i teksty we wkładce dużo mówią o zespole, zanim jeszcze wrzucę płytę do odtwarzacza (banalne, ale prawdziwe…). Mp3 i net kastrują ten element artystyczny…

JP: Kto wie, może będzie można wysyłać przez kompa zapachy. Chyba to jest ten sentyment, który powoduje, że jednak wolimy płyty od chamskich „empetrójek”. Chętniej kupię płytę niż piosenki na iTunesie.

GZ: Nigdy nie przeżyłem tego dreszczyku z CD, były już tak powszechne jak dorastałem (a jestem tylko kilka lat młodszy od Pawła), że są dla mnie obdarte z magii. Folię zrywam, płyt nie szanuję, rysuję i rzucam nimi jak ziemniakami. Papeteria przy wydawnictwie CD ma dla mnie znaczenie równie istotne jak kartonik od nowych skarpet. Pamiętam jednak jak otwierałem pierwszego vinyla. No, to było wydarzenie jak dotykanie papirusu ze starożytnego Egiptu. Podróż muzealna.

Zatem pierwsze, brutalne pytanie: czym dla The Spouds jest HAŁAS?

MR: Kurde. Mega ciężkie pytanie. Bo tutaj trzeba by rozgraniczyć to czym jest w naszej muzyce i to czym jest dla nas samych. Jeśli chodzi o hałas w naszej muzyce, chyba najprościej byłoby odnieść się do płyt ze środkowego okresu Sonic Youth, gdzie pojawiał się on na zasadzie aranżacyjnego rozpierdzielu pod ładną piosenkę. Zarówno ja jak i Paweł mamy swoje, grane właściwie tylko dla siebie i znajomych rzeczy, które idą w hałas o wiele mocniej niż w przypadku Spoudsów, tylko wtedy są praktycznie wykastrowane z tego aspektu piosenkowego.

GZ: elementy hałasu są obecne w muzyce, która podąża podobnym nurtem co my od jakiś 40 lat. Moim zdaniem, szukanie piękna, estetyki w czymś co wydaje się nieprzyjazne, jest najfajniejszym elementem alternatywnego grania. Od zamiłowania do analogu albo winyla jest już niedaleko noisu. Pytanie tylko gdzie stawiamy granice dopuszczalnych szmerów czy szumów? Tego hałasu na nowej płycie jest nawet więcej, używamy tylko fajniejszych, analogowych zabawek. Dorastamy. Wyrabiamy sobie noise’ujący gust.

PG: Ja byłem bardzo sfrustrowany, jako nastolatek, próbując opanować grę na gitarze bo zbytnio mi nie szło. Jak zobaczyłem co wyprawia Lee Ranaldo, pomyślałem: ej, też tak mogę. Wystarczy trochę wyobraźni i nie trzeba umieć grać. Trzeba rozgraniczyć hałaśliwe granie, od grania noise’u. My nie gramy noise’u. Po prostu nasz „styl” jest dość hałaśliwy. Do tego stopnia, że potrafimy umyślnie z Mateuszem psuć różne piosenki/melodie. Np. słucham tego co on wymyślił, i mówię: dobra, to teraz będę grał zupełnie inną piosenkę, ale w tym samym tempie, kółka się będą zgadzać, ale wszystko będzie w poprzek i na odwrót. Choć nie wiem co myśli Mateusz. Ja tak czasem myślę.

JP: Przesłuchując naszą nową płytę wydaje mi się, że nauczyliśmy się nad nim panować. Staliśmy się bardzo melodyjni, cały czas robiąc całkiem dużo hałasu.

Odważnie przywołujecie tu Sonic Youth i odnoszę wrażenie, że to dla Was taki sam moment, jakim dla dużo młodszych kolegów był pierwszy kontakt z punk rockiem…

GZ: Tak, to jest ciekawe. Właściwie każdy troszkę lawiruje i gra pod prąd. Nigdy nie próbowaliśmy ustalać tonacji utworu lub wymyślać akordów. Po pierwsze dlatego, że nie umiemy, a po drugie dlatego, że w niczym nam by to nie pomogło. Pływanie synchroniczne w pięć osób z gitarami – to nasza koronna dyscyplina olimpijska.

MR: Ja się załapałem na ten zespół pomiędzy „Sonic Nurse„, a „Rather Ripped„, więc już po tych najbardziej pomnikowych nagraniach, ale jest to dla mnie jeden z najważniejszych bandów w ogóle. Jak odkrywałem ich w gimnazjum, rzeczywiście szło to w parze z czytaniem jakichś pierwszych buntowniczych książek, piciem pierwszej wódki. Poza Sonic Youth ludzie wyłapują u nas dużo innych bandów i to jest fajne.

GZ: Ja na SY trafiłem troszkę później, dopiero w liceum. Miałem jakieś wyrobione gusta i musiałem zacząć myśleć o rock’n’rollu na nowo. Jestem w pewnym sensie takim neofitą, który odbił się od bardzo prymitywnego punka w stronę awangardowych i trudnych odmian amerykańskiej muzyki (bo umówmy się, że punk rock powstał w cbgb’s) .

w poprzek i na odwrót

w poprzek i na odwrót

Pewnie wiecie, że SY używali specjalnie modyfikowanych instrumentów, by osiągnąć swoje brzmienie – czy Wy także macie na swoim koncie takie eksperymenty, czy raczej używacie, co sklep daje?

MR: Paweł, jak pamiętam, raz sklecił sam jakąś gitarę, na której nagrał jeden numer na naszej drugiej płycie, ale tak to raczej bez większych eksperymentów. Czasem ktoś się przestroi tylko, albo nie nastroi.

GZ: Już kiedyś pisałem o swoim ogromnym marzeniu, by samemu wykonać bas tylko dla mnie. Używam na całej płycie jednej kostki, która jest wierną kopią Fulltone’a Bass Drive. Zrobił ją dla mnie pewien kumaty Pan i nazwaliśmy ją Ass Drive. Za moje brzmienie odpowiadają po prostu lampy i uniwersalny jak długopis bic’a Fender Jazz Bass.

Skoro przy tym temacie jesteśmy – co myślicie o tym całym trendzie na retro – instrumenty? Wzmacniacze z lat 70-tych, stare bębny Gretcha itp. Czy to tylko moda, i liczy się to co w łapie, czy faktycznie stary instrument ma DUSZĘ?

MR: Jeśli o mnie chodzi, zupełnie tego nie kminię. Od kiedy tylko uzbierałem hajs na pierwszy, porządny wzmak, gram sobie na tranzystorze Fender 212 i jestem z niego bardzo zadowolony. Na starocie za mało zarabiam. Jak bym miał więcej sosu to może bym się zainteresował taką modą, a tak to wolę się nie wkurwiać.

JP: Wydaje mi się, że to tak jak samochodami . Kiedyś kupowało się je na 20 lat i przez te 20 lat się sprawdzały. Teraz kupuje się na 2 lata i potem sprzedaje, bo gwarancja się kończy. Jakość wykonania była o wiele lepsza i surowce lepiej dobierane. Co nie znaczy, że jak kupię bębny z lat 60. będę lepiej grał . Ważne jak wykorzystujemy instrument niż jaki będziemy wykorzystywać.

GZ: Ja przez kilka lat w Spoudsach grałem na mocno już wtedy przechodzonym wzmacniaczu tranzystorowym – Yamaha z lat 70. Brzmiała bardzo, bardzo oryginalnie. Kiedy w końcu zakupiłem również nienajnowszy wzmacniacz lampowy Ampega, po prostu odleciałem. „Czyli to nie musi brzmieć tak płasko?” Eksperymenty mają sens jeśli wiesz co robisz. Sprzęt ma duszę, mocno w to wierzę. Trzeba tylko umieć wykorzystać potencjał jaki daje.

PG: Osobiście lubię ciekawe gitary, które odsłużyły swoje. A tu coś brzęczy na progu, a w tej potencjometr dziwnie trzeszczy. Można takie różne wady wykorzystać do kreowania brzmienia, dźwięku. Nie muszą to być natomiast tru-vintage graty. Jedyne właściwe. Trzeba też pamiętać, że te wszystkie płyty w latach 50., 60. były nagrane najczęściej na instrumentach wcale nie starych, tylko właśnie „przed chwilą kupionych„, więc jak ktoś bierze 40-letnią gitarę, żeby brzmieć jak Hendrix, to trochę nie tędy droga.

Wracając do Waszej płyty – pojawia się przy niej także kolejne, modne dzisiaj określenie – SHOEGAZE. Co to dla Was znaczy? Kojarzycie klasykę tego gatunku? A może to zupełnie nietrafiona szuflada?

GZ: Na pewno możemy wydawać się gejzowym zespołem jeśli ktoś zobaczyłby nasz występ. Nie mamy układziku choreograficznego ani wybitnie nie ruszamy się na scenie. Ja męczę bardzo często Ringo Deatstar, ale nie czuję się związany emocjonalnie z tym ruchem.

MR: Swego czasu słuchałem shoegaze’u i myślę, że w dużej mierze to Paweł gra shoegaze’owo, stąd pewnie ta szuflada. Jeśli o mnie chodzi, przede wszystkim katowałem się kiedyś Slowdive, A Place To Bury Strangers, trochę później Lilys, Ringo Deathstarr, Have A Nice Life. Ostatnią, gejzową płytą był album The Angelic Proces i wydaje mi się on sto razy lepszy od przehajpowanego Deafheaven. Graliśmy z fajną, gejzową kapelą z Czech At Bona Fide. Na pewno shoegaze’owy jest drugi band Pawła, Evvolves. Ale u nas, moim zdaniem, też są elementy takiego grania.Fear okładka

THE SPOUDS Fear Is The New Self-Awareness Ostatnimi czasy bardzo niemodne jest określenie „brzmi jak zespół amerykański”. Cudze chwalicie, swego nie znacie – grzmią odziani w kurpiowskie portki piewcy polskości. I mają rację, bo krajowy rock i okolice już dawno zyskał własną tożsamość. Co jednak począć z zespołami, które całkowicie świadomie, bez zahamowań czerpią ze skarbnicy amerykańskiego undergroundu? Czy ktoś tego chce czy nie, warszawski The Spouds przenosi nas w krainę wiecznej szczęśliwości, zwaną „lata 90 – te” i czyni to tak doskonale, że nie mam im za złe głębokiego ukłonu w stronę hałasu zza wielkiej wody. W dodatku zespół uderza w sam środek emo-noise’owej zawieruchy, bezczelnie kradnąc patenty, które kiedyś to samo zrobiły z moim sercem.

Porzucając łzawą retorykę wyjaśnić należy, co następuje. Młoda załoga, wychowana już po czasie złotej rewolucji, do schedy po wielkiej epoce alternatywy podchodzi nie na kolanach, ale z bezczelną ciekawością. Dzięki temu pozbawieni kompleksów, rozbierają na czynniki pierwsze klasyków, składają do kupy i robią to w sposób maksymalnie bezpretensjonalny. Na trzeciej już płycie zespołu nie ma niepewności, czy bezładnych poszukiwań. Dostajemy materiał złożony w zgrabną i zamkniętą pigułę hałasu. Zespół odwołuje się do spuścizny mocno połyskującej noise, ale ze schyłkowego okresu, kiedy flirtował mocno z emo, melancholijnie zawodząc o zmierzchu. Ta nostalgia może przywodzić na myśl shoegaze’owe zawieszenie, ale jest to jedynie klimat, który czasami chwyta za gardło. Główną miłością zespołu, czego zresztą w wywiadzie nie kryje, jest Sonic Youth i taki trop bez większego wysiłku znajdziemy w „Result Set” czy „Out of the Spotlight”. To zresztą najbardziej wyraziste przykłady, bo zgrzytliwość i dysharmoniczne zagrywki przewijają się w zasadzie przez całą płytę. Czasami dla smaku skręcając w stronę lepiącej się do uszu melancholii Sunny Day Real Estate („Night” czy „Bending Plywood”). Zresztą, Sub Pop pojawia się tu nieprzypadkowo, bo w muzyce zespołu słychać także manierę post grunge’owych wykonawców, niekoniecznie związanych z deszczowym miastem. Z drugiej strony, The Spouds wykazuje się wnikliwą znajomością wczesnej ery indie rocka (np. mocne nawiązania do Seam chociażby w „For/Against”), co pozwala im na bardzo plastyczne łączenie zgrzytliwych riffów w chwytliwą całość. Najważniejsze jest jednak to, że mimo porównań, które nasuwają się podczas lektury płyty, „Fear is the New Self-Awareness” jest bardzo indywidualną, świadomą i co najważniejsze  – doskonale przygotowaną porcją rasowej i nadal hałaśliwej muzyki. Być może nie jest to propozycja dla rozgłośni radiowych, może taki Turnip Farm podobny budulec potrafi obrócić w bardziej przebojową formę, ale propozycja The Spouds jest wielowymiarowa i posiada masę detali, które powodują, że słuchanie ich muzyki jest przygodą. A czy nazwiemy ich wściekłymi melancholikami czy hałaśliwymi indie rockowcami, nie ma najmniejszego znaczenia.

Trzeba jednak doprecyzować, szczególnie dla niezorientowanych – CO w takim razie gra The Spouds? Neo – punk? Dysonansowy rock z elementami dream popu?

JP: Lubię mówić, że Spoudsy grają gitarowo, głośno, hałaśliwie, ale cały czas melodyjnie. Nigdy nie zastanawiałem się do jakiej szufladki włożyć naszą muzykę…

MR: Z tym jest ciężko. Są osoby, które czują tam więcej emo, college rocka, inne więcej post-punku, a jeszcze inne coś jeszcze innego. Pewnie dlatego niespecjalnie dużo osób nas lubi. Jeśli o mnie chodzi, w tym momencie określiłbym nas jako płaczliwy post-punk łamany przez indie ze zboczeniami w stronę shoegaze’u i post-hardcore’u. Z mojej perspektywy jest tak, że zawsze muzykę, której się słucha rozpatruje się przez pryzmat tego, co już się słyszało i swojej własnej wrażliwości. Mam tylko nadzieję, że nie słucha nas jakiś nacjonalistyczny śmieć, który usłyszy w tym konkwistę 88.

PG: Koleś, który wydawał nam poprzednią płytę w Stanach, twierdził, że brzmimy trochę The Horrors. Posłuchałem tego The Horrors (wcześniej myślałem, że to jakiś zespół w stylu Panic At the Disco) i kurde, rzeczywiście coś w tym jest.

GZ: Gramy bardzo długo razem i udało się ustalić dosyć spójną wizję grania. Taki rodzaj brzmienia i aranżowania jest dla nas w tym składzie bardzo naturalny. Nie chcę być zarozumiały, ale nie ma jeszcze szufladki w którą się mieścimy. Można nas pokroić i powsadzać do kilkunastu, ale wtedy w każdej z nich z osobna będziemy nieciekawi i wtórni. Dużo inspiracji jest łatwych do wychwycenia, ale chyba pracujemy troszkę inaczej niż standardowa kapela, nie trzymamy się ram gatunkowych.

To teraz będzie sztampowo – czym różni się Wasza nowa płyta od Paxil?

JP: Na pewno jakością wykonania. Bardziej przyłożyliśmy do nagrań i do tego jak każdy z osobna brzmi. Z mojej perspektywy fajne jest to jak rozwinęliśmy się instrumentalnie. Zaczynamy zwracać uwagę na całkiem ważne szczegóły jak akcentowanie czy (w naszym przypadku znaczące) równe granie.

MR: „Paxil” był cholernie rozstrzelony, był z nim taki sam problem, co z ostatnią płytą Modest Mouse. Było tam kilka różnych kierunków, powstawała bardzo długo i przez to jest niespójna. Mieliśmy na początku pomysł, żeby zrobić z niej dwie ep-ki i z perspektywy czasu żałuję, że tak się nie stało. Nowy materiał też powstawał długo, ale jest bardziej zwarty, bardziej spójny. Mam nadzieję, że wiadomo o co tam nam chodzi. Długo kminiliśmy jak do tego podejść, żeby wszystko tam „siedziało”. Przez to, że jest taki spójny, musiał też wypaść z zestawu ulubiony numer Lodówy, który pewnie wpuścimy do Internetu za parę miesięcy.

GZ: Postawiliśmy na ścisłą współpracę z Michałem Ścibiorem, którego sprzęt i talent pomogły nam odnaleźć taką sumę całości, która brzmi w końcu tak jak powinna. Dał nam wolność i dużo swojego czasu, który poświęcił na zrozumienie czym jest ten zespół. Chyba nikt lepiej nie rozumie tych smaczków od niego, nawet my.

PG: Uwaga, to będzie kontrowersyjna opinia w zespole. Im więcej jej słucham tym większe mam wrażenie, że jest (abstrahując od brzmienia…) bardzo podobna. Bardzo długo martwiłem się, że gramy zbyt eklektycznie, żeby dało się z tego wycisnąć jakiś charakterystyczny pierwiastek. Nowa płyta jest już bardziej spójna, ale pociesza mnie że cały ten bajzel jest w jakiś sposób powtarzalny. Że jest jakiś wzór w przyrodzie.

Gdzieś wcześniej padło stwierdzenie, że jesteście mało popularni – pociągnijmy ten wątek – dla kogo gracie i gdzie znaleźliście najbardziej świadomych odbiorców?

MR: Jak nawija Molesta, „nie dla sławy i nie dla pieniędzy„. Najczęściej gramy dla kumpli i to nam wystarcza, dlatego też fajnie, że teraz np. możemy sobie pogadać z jedną osobą więcej, która docenia, co robimy. Na premierę naszej płyty przyszło 150 osób; byłem w ciężkim szoku, bo pierwszy raz więcej osób nie znałem, niż znałem. Może, żeby pociągnąć ten temat z bardziej systemowej strony, uważam, że w Polsce w ogóle niespecjalnie jest nisza na taką muzykę jak nasza. Z jednej strony są jakieś kompletne ch…, jak Juwenalia, a z drugiej przegięte, snobistyczne rzeczy, dla których jesteśmy taką ch… jak Juwenalia. Scena indie, na jakiej moglibyśmy sobie pograć nie istnieje, bo wszyscy zajmują się tylko opierdalaniem sobie tyłków zamiast robieniem koncertów ziomkom, co ją np. różni od sceny h/c. Grając jeszcze w Brooksach zauważam ten dysonans.

GZ: Jesteśmy mało popularni, bo ta muzyka nie uśmiecha się od ciebie i nie prosi, żebyś ją polubił. Jesteśmy troszkę jak taki niepopularny grubasek w klasie. Czasami robimy coś fajnego, ale na małą skalę i nikogo to nie obchodzi, bo nie sprzedajemy żadnego z popularnych w tym kraju stylów. Nie jesteśmy wyluzowani, ani retro, ani punky wydziarani. Jesteśmy grubaskiem polskiego punk rocka To prawda, jesteśmy troszkę na obrzeżach koterii. Robimy swoje, zagraliśmy pewnie już pod 100 koncertów i nigdy nikogo nie zmuszaliśmy do słuchania tej muzyki. Te prawie 800 fanów na fb to i tak dość dużo przy naszym, antypromocyjnym podejściu._MG_1543

Na koniec zazwyczaj pada pytanie o plany, jednak w naszej, nieco niepokojącej rzeczywistości pojawiają się inne kwestie. Zatem: Macie kategorię A? W razie problemów ze wschodnim sąsiadem, wieszacie instrumenta na kołkach i chwytacie za broń czy prozaicznie spierdalacie za granicę?

MR: To teraz pierdolnąłeś z grubej rury. Ja spierdalam, albo zamykam się w chacie i komponuję nowe numery. Wojna wojnie!

JP: Raczej nie chce mi się walczyć w czyjejś wojence bo nie czuję się z nią związany. Jestem zwolennikiem zasady „niech się biją ci co się kłócą„.

GZ: Mam kategorię A, ale chyba wszyscy taką mają. Żeby mieć B trzeba nie mieć kilku palców, albo (tfu!) platfusa. Ci co kręcą tym interesem, lubią liczyć hajs, a wojna w Europie nikomu już się nie opłaca.

PG: Nic takiego się nie stanie. New World Order. Teraz dajmy sobie buzi i bawmy się dalej. Nie ma sensu nigdzie wyjeżdżać, wszędzie taki sam poziom absurdów, tylko różnych. Wojny w Europie przestały się opłacać.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Dominika Wróblewska