THE SHIPYARD – sprintem przez industrialne części holenderskich portów

Druga płyta trójmiejskiej załogi umacnia pozycję grupy na krajowym rynku, pokazując jednocześnie, że takie same emocje można oddać zupełnie innymi środkami. Dlatego na Water on Mars mniej syntetyków a więcej gitarowego zgiełku. Tajemnicą zespołu pozostaje, w jaki sposób potrafią z tego hałasu wyciągnąć hipnotyzujące tematy i tchnąć w nie niesamowicie esencjonalny mrok. Czyli od post punka do The National z przesiadką na Marsie. O szczegółach zespołowych zmagań rozmawiałem z Michałem „Goranem” Miegoniem i Piotrem Pawłowskim.

Pytanie może banalne, ale potrzebne – co znaczącego wydarzyło się od czasu premiery „We Will Sea”? Gdzie zagościliście, jakie egzotyczne miejsca odwiedziliście itp.?

Goran: Jeśli uznać, że nasz kraj jest egzotyczny, a taki właśnie bywa, to całkiem sporo podróżowaliśmy po miejskich, muzycznych dżunglach – ze wschodu na zachód, z południa na północ. Podczas wielu koncertów promujących „We Will Sea” powstał materiał na „Water on Mars”, ciągnęło nas ku improwizacjom, z których powstawały zarysy utworów. Niektóre szkice są bodajże na youtube (śmiech…).

Jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz debiutancki album? Co byś w nim zmienił?

G: Każdy album to zapis chwili i stanu umysłu twórców, dlatego chyba nie wypada mi powiedzieć, że coś bym zmienił. Obie płyty się uzupełniają. Debiut był jak spacer z drugą połówką przez zamarznięte porty północnej Norwegii, druga płyta to raczej sprint przez industrialne części portów holenderskich.

Piotr: Niczego bym nie zmienił. Może poza brzmieniem basu w niektórych numerach (śmiech). Miałem bardzo dobre porozumienie z producentem Piotrem Pawlakiem, on wiele dobrego wniósł w formy kilku utworów. Bardzo podoba mi się przestrzeń „We Will Sea”. Być może niektórym odbiorcom przeszkadza jej stylistyczny rozrzut, ale też jest ona bardziej zbiorem opowiadań pisanych w różnych latach niż spójną powieścią tak jak „Water on Mars”.Shipyard Live3

Po drodze „zdarzyły” się wam dwa single – skąd pomysł na te małe wydawnictwa?

G: „Teleportacja” była utworem, który często graliśmy na koncertach i który naturalnie wydawał nam się pomostem pomiędzy starszym a nowym obliczem zespołu – szczególnie, że grał z nami już często Michał Młyniec który zastępował Filipa Gałązkę podczas tras koncertowych. Michał w okresie wydania singla został z nami na stałe. Za to coverowe akcje (singiel Republikański czy cover dżambli…) to zawsze dobra droga ku nowym pomysłom aranżacyjnym no i dla nas wyzwanie.

P: Koledzy lekko się przestraszyli „Święta Strachów” Dżambli w wersji oryginalnej, ale, na szczęście, nie chodziło mi o to żeby zrobić to w skali 1:1. Z wokalem Andrzeja Zauchy ani ze swingiem najlepszego składu Dżambli nie da się wygrać (śmiech). Co do singla „republikańskiego”, jest on pokłosiem naszych przygotowań do festiwalu In Memoriam Grzegorz Ciechowski w Tczewie, który wygraliśmy w sierpniu 2013.

Nowa płyta zaskakuje dość mocnym odbiciem w nowe rejony. Po deklaracji przywiązania do Trójmiasta, wylatujecie w kosmos. Skąd pomysł na tego Marsa?

G: Pomysł wyszedł w zasadzie od bazy tekstowej – kosmos przyszedł do nas sam…

Niewątpliwie jest to zaskakujące – okładka kojarzy się z acid rockiem, jakimiś kosmicznymi klimatami, tymczasem muzyka jest dużo bardziej rockowa/fizyczna niż na jedynce. To było celowe zamierzenie, czy tak „po prostu” wyszło?

G: Max Białystok, grafik gdyński, który współpracuje z nami przy wydawnictwach, zaproponował taki właśnie obraz, który pokrywa się z naszym graniem i tekstami. Wierzymy, że jesteśmy taką kroplą, która uderza z mocą w każdą samotną planetę – czyli każdą osobę, która nas usłyszy (śmiech).

Zastanawia mnie, dlaczego zdecydowaliście się, w moim odczuciu – na ograniczenie roli instrumentów klawiszowych? Zależało wam na tradycyjnej, rockowej energii?

G: Płyta była większości nagrana na setkę, brak większej ilości rąk nie pozwolił nam sięgnąć klawiszy. Chcieliśmy nagrać ten album w taki sposób, jak gramy koncerty czy próby.

sprintem przez industrialne części holenderskich portów

sprintem przez industrialne części holenderskich portów

O ile na debiucie pobrzmiewały echa fascynacji latami 80 – tymi, to w przypadku tej płyty słyszę nawiązania do Editors czy The National. Czy to dobry trop, czy tylko dziennikarskie urojenia?

G: Editors lubię, The National kojarzę z pojedynczych numerów; na pewno będziemy przyrównywani do wielu istniejących grup, chociaż osobiście specjalnie nie miałem jakiś szczególnych inspiracji przy płycie, po prostu grałem to, co pasowało do piosenek. Obecnie słucham raczej muzyki elektronicznej, co staram się przekładać na moją grę na instrumencie.

P: Czemu nikt nie zapytał Chrisa Urbanowicza z Editorsów w 2005 o to jaki wpływ wywarła na niego gra Krzysztofa Grażyńskiego z Made in Poland (śmiech)? Bo ja np. słysząc album „The Back Room” miałem w pełni uzasadnione wrażenie deja vu… Od wielu lat gram swoje dźwięki i mało mnie interesuje czy komuś to się z kimś kojarzy…

Nowa płyta jest dużo bardziej zwarta, jednorodna rzekłbym niż debiut, jednocześnie chyba jednak łatwiejsza w odbiorze. Kiedy zaczynaliście przygotowywać ten materiał, były jakieś założenia, wizja tego co się na płycie znajdzie?

G: To wszystko to spontan. Chcieliśmy jednak trochę więcej organicznego soundu.

P: Wizja tej płyty ukształtowała się mniej więcej wczesną jesienią, kiedy już wiedzieliśmy, które pomysły chcieliśmy rozwijać. Nie było założeń typu „to ma być bardziej przystępne”. Było natomiast bardziej demokratycznie niż przy pierwszej płycie.

Dlaczego tym razem nie uświadczamy polskojęzycznych tekściorów? Co wpłynęło na zastosowanie jeno języka angielskiego?

G: Gdybyśmy nazywali się Stocznia, śpiewalibyśmy po polsku. A tak sama nazwa już mówi za siebie. Angielski w naszej muzyce brzmi po prostu lepiej, szczególnie, że Rafał ma do tego naturalne predyspozycje głosowe

The Shipyard jest dla mnie swego rodzaju fenomenem, bo bazując na klimatach sprzed lat, nowej fali, divisionowych mrokach, stworzył w zasadzie zupełnie nową jakość. Zważywszy jednak na różnice między debiutem a nową płytą, zasadne jest pytanie – czy to tylko kolejny krok, czy „Water on Mars” prezentuje finał poszukiwań muzycznych?

G: Zobaczymy gdzie zawiodą nad kolejne, muzyczne drogi – wszystko zależy od tego jak potoczą się próby, póki co skupiamy się ostro nad promocją naszego najnowszego dziecka.

P: Kto nagrywa dwie takie same płyty, stoi w miejscu. Mnie nie interesuje granie w obrębie jednej konwencji na tych samych brzmieniach. Ale oczywiście, nie wiem jaka będzie nasza trzecia płyta.Shipyard Live

W Polsce nadal musicie się czuć nieco osamotnieni, bo choć zespołów co niemiara – i to często bardzo dobrych – to Wasza stylistyka nie należy do najpopularniejszych nad Wisłą. Pytanie brzmi – jaki jest odzew na to, co robi The Shipyard? Jacy ludzie, czy też grupy ludzi przekonały się do Waszej twórczości? Jest coś takiego jak pewien target The Shipyard?

G: Dla mnie nie ma targetu, jeżeli któraś grupa osób czuje się dobrze z tą muzyką to jest to dla nas miła niespodzianka – to co robimy trafia do innych i daje im radość.

P: Nie ma czegoś takiego. Cieszymy się z każdego zdobytego przez naszą muzykę fana, ale my po prostu robimy to co lubimy, bez żadnego marketingu.

Trochę spraw technicznych – jak wyglądało nagrywanie płyty – interesują mnie jakieś wpadki, wypadki, zaskoczenia i wszystko to, czego sienie spodziewaliście a co wpłynęło na kształt tej płyty?

G: Niestety, nie mamy zbyt wiele anegdot związanych z nagrywaniem płyty. Robiliśmy ją w całości w moim gdyńskim studiu Nr4, podstawowe partie zostały zarejestrowane na setkę, reszta drobnych dogrywek gitarowych i wokale osobno, całość potrwała szybko, uwinęliśmy się w dwa tygodnie. To był dość pracowity czas, więc przemknął mi przed oczami tak szybko, że nie mogę wydobyć konkretnych wspomnień, za to prawie wszystkie partie sekcyjne zostały z pierwszych podejść. Energia była…

P: U nas ten proces przebiega sprawnie i bez zakłóceń. Byliśmy jak zawsze dobrze przygotowani i „naumiani” utworów, które nagrywaliśmy. Nie przypominam sobie żadnej wpadki ani kłótni (śmiech).

Piotrze – miałeś swój udział w świetnym projekcie Heart&Soul. Jak z Twojej perspektywy toShipyard band wyglądało? Jesteś zadowolony z efektów?

P: To projekt rozłożony na długie lata, jak się okazało. Pierwszą linię basu nagrałem w marcu 2010, a ostatnią w maju 2013. Większą frajdę sprawia mi jednak, kiedy pracujemy nad własnymi utworami, prawdę mówiąc obawiałem się czy nasze wykonania Joy Division nie będą tylko jeszcze jednymi kowerami, o których chce się jak najszybciej zapomnieć. Na szczęście, dzięki talentowi zaproszonych gości i zdolnościom producenckim Bodka Pezdy i Sławka Leniarta mamy być z czego dumni.

Dlaczego, Twoim zdaniem Joy Division tak bardzo wrył się w dusze wszelkiej maści artystów?

P: Patrząc po tzw. mainstreamie muzycznym, nie zaryzykowałbym tej tezy (śmiech).

Wracając do zespołu – jakie plany macie na ten rok, czego możemy się spodziewać?

G: Do końca roku na pewno spodziewajcie się nas w terenie, krajowym oraz międzynarodowym – koncertowo.

P: Chcemy zagrać dużo koncertów, Goran, Młynek i ja zajmiemy się też innymi projektami. Nowa płyta The Shipyard dopiero w 2016 roku. Ale może coś pomiędzy? Kto wie.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/nago/Michał Biliński