THE SHIPYARD – lubię używać elektroniki z lat 80 – tych

Muzyczna stocznia zwodowała właśnie swój pierwszy tankowiec ochrzczony „We Will Sea”. Tankowiec z racji objętości pomieścił całą masę różnych inspiracji, rozciągających się od końcówki lat 70 – tych aż do czasów współczesnych. Zespół upakował w ładowniach zgrzytliwe, gitarowe hałasy, mroczną elektronikę i melodie kojarzące się z new romantic, chłód oceanu, uderzającego przybojem nowej fali i niemal post rockowy trans. Wszystko zostało sprytnie zmiksowane dając w efekcie kilka świetnych, wpadających w ucho, choć nie takich znowu łatwych piosenek. O wpływie trójmiejskiego klimatu na pisanie muzyki, znaczeniu lat 80 – tych i rock n’rollu rozmawiałem z Michałem „Goranem” Miegoniem i Piotrem Pawłowskim…

 

Zastanawiam się, do jakiej szufladki można wrzucić The Shipyard – czy możecie sami ustawić się na muzycznej mapie?

Michał „Goran” Miegoń: Ciężko ustawić The Shipyard na muzycznej mapie, bo ciągle zmieniamy pozycję i współrzędne. „We Will Sea” to – jakby nie patrzeć – dopiero początek wspólnej, muzycznej podróży stoczniowym wehikułem.

Kiedy pojawił się pomysł na założenie tego  zespołu – jakie były kulisy jego powstania?

Piotr Pawłowski: Pierwszym impulsem była moja przeprowadzka do Gdańska i zmiana otoczenia na stoczniowe. Impulsem drugim było poznanie kilkorga tutejszych muzyków i uświadomienie sobie, że właśnie z nimi jestem w stanie zrobić coś zupełnie nowego, nawet jeśli byłoby to wykorzystywanie moich pomysłów sprzed lat. Na szczęście, nie skończyło się tylko na starych pomysłach. Połowa utworów powstała w wyniku wspólnego grania.

Skład The Shipyard jest bardzo doświadczony muzycznie – czy to pomaga, czy raczej trzeba zmagać się ze „starymi” nawykami? Jak udaje się uniknąć wpływów waszych macierzystych zespołów?

M.M.: Wspólne doświadczenie sprawia, iż łatwo osiągnąć nam dokładnie takie dźwięki czy utwory, jakie mamy w głowach. Zamiast sformułowania „wpływy macierzystych zespołów” należy tu raczej mówić o indywidualnym brzmieniu każdego z nas, co daje wypadkową w postaci muzyki The Shipyard.

Gdzie należy szukać inspiracji waszej muzyki – to tylko swoiście rozumiana nowa fala, zwykły rock czy może coś więcej?

M.M.:  Ship Rock lub Rock Stoczniowy, nie mylić z Szantami

Najciekawszym elementem, jaki pojawia się na „We Will Sea” jest flirt z muzyką gotycką i nowym romantyzmem z lat 80 – tych. Czy to przypadkowe skojarzenia, czy celowo sięgnęliście do annałów new romantic?

P.P.: Wkurza mnie nazywanie lat 80-tych okresem najgorszym dla rozwoju muzyki rockowej. To przecież wtedy pojawiły się całe rzesze kreatorów nowych brzmień i dźwięków. Nawet twórcy z poprzedniej epoki jak np. Kraftwerk i David Bowie wnieśli swoją kreatywność do dźwiękowego obrazu tamtego okresu.  To, co mówisz, odbieram zatem jako duży komplement. Ale nie myśleliśmy o muzyce new romantic jako inspiracji przy pracy nad „We Will Sea”. Ja po prostu lubię używać elektroniki z lat 80-tych.

Rock Stoczniowy

Rock Stoczniowy

 W pierwszym kontakcie „We Will Sea” odniosłem wrażenie, że The Shipyard jest współczesnym wcieleniem Falarek Band – tak jak zespół Brylewskiego, i Wy stawiacie na niepokojący klimat i transowy charakter piosenek – możecie wskazać, jakie zespoły/muzyka wpłynęły na Wasze postrzeganie dźwięków?

M.M : Duży wpływ wywarły na mnie dokonania Talk Talk, Johna Frusciantego albo Underworld. Ostatnio mocno inspiruje mnie Eric Clapton, ale najbardziej Gdynia wraz z wszystkimi jej zakamarkami i potokami. To transowe miasto, które posiada własny sound.

P.P.: Dla mnie do tej pory ważne jest to, że w dzieciństwie wolałem słuchać Dżambli i Skaldów niż Czerwonych Gitar czy Trubadurów. Te dwa zespoły to najlepsza rzecz jaką dał Kraków Polsce w latach 60-tych i we wczesnych 70-tych. No, może poza ówczesną męską drużyną koszykówki Wisły Kraków. Inspiracji muzycznych mam całe mnóstwo: Witold Lutosławski, Pink Floyd z pierwszej połowy lat 70-tych, Killing Joke, Weather Report, Opposition, Midnight Oil – że wymienię pierwsze z brzegu…

Jest coś niepokojącego w muzyce zespołów z Trójmiasta – ta nieokreślona przestrzeń, wolność, którą czuje się w dźwiękach – czy to wpływ morza czy raczej zwykłe, przysłowiowe „dorabianie filozofii do łopaty?

M.M.: Z racji bliskości morza i specyficznego klimatu Trójmiasto mocno wpływa na dźwięki, które się tu tworzą. To właśnie tu powstał krajowy rock’n’roll, to tutaj powstał yass – zjawisko nowatorskie i charakterystyczne jedynie dla Trójmiasta i Pomorza. Wreszcie, należy pamiętać o słynnej trójmiejskiej scenie alternatywnej z Totartem na czele. Bliskość morza nastraja inaczej, inspiruje, daje świeżość pomysłów.

P.P.: I dla mnie jako „człowieka z Południa” ten wiatr od Zatoki Gdańskiej jest niezmiennie ożywczy.

Na waszej płycie zderzają się bardziej przystępne melodie i harmonie z bardzo  zgiełkliwymi partiami gitarowymi – czy ten mariaż to celowe działania? Chcecie przez ten kontrast osiągnąć nową jakość?

P.P.: Kiedy pracujemy nad utworami, sprawdzamy różne tropy. Wybieramy rozwiązanie, które najbardziej nas samych przekonuje.

Czytelne nawiązania do klimatu muzyki lat 80 – tych., czy to new romantic czy wczesnego gotyku (porównania do Bauhaus pojawiły się w recenzji…), prowokują do zastanowienia się nad fenomenem tego okresu – dla jednych godnego potępienia, dla innych wciąż bardzo inspirującego a niewątpliwie jednej z bardziej charakterystycznych dekad w muzyce rozrywkowej. Co Was urzeka w tym natłoku kiczu i przaśnej elektroniki?

M.M.:  Melodie, piękne kompozycje, których próżno szukać w muzyce masowej w późniejszych dekadach. Mowa tu o czasach, kiedy new romantic czy nowa fala szły ręka w rękę z muzyką pop. Czy na antenach radiowych usłyszymy dziś tak odważne atonalne riffy jak w „Fashion” Davida Bowiego?

P.P.:  Mam nadzieję, że w Twoim określeniu „natłok kiczu i przaśnej elektroniki” jest cudzysłów. Może warto przypomnieć, ile ważnych płyt, zdominowanych przez brzmienia elektroniczne powstało w tamtym okresie. „Closer” Joy Division, „Black Celebration” Depeche Mode lub „Brighter Than Thousand Suns” Killing Joke – a to tylko pierwsze przykłady, które przyszły mi do głowy.

Jak wyglądały prace nad „We Will Sea” – demokracja, czy raczej zamordyzm i wykonywanie poleceń lidera?

P.P : Jesteśmy jak prawdziwa stocznia. Kiedy zarząd z czymś przesadzi, następuje reakcja związków zawodowych. A Komisja NSZZ Solidarność Stoczni Gdańsk jest naszym fanem na Facebooku…

Kilka słów na temat studia nagraniowego – z kim realizowaliście płytę i czy pojawiły się jakieś nietypowe pomysły, które zostały wykorzystane na płycie?

P.P.: Płytę nagraliśmy w studio Michała i to on kręcił gałkami. Miks wykonał w innym studio Piotr Pawlak, znany m.in. z zespołu Kury.

M.M.: Istnieje nagrana podczas sesji do albumu kompozycja Filipa Gałązki pt. „Starożytny Maj”. Jest to utwór na 5 gitar i perkusję w stylistyce post-grindcore. Czekamy na właściwy moment, by znokautować nim konkurencję i publiczność!

Materiał wydała oficyna Nasiono – jak trafiliście na siebie, jakie są wspólne działania?

P.P.: Jako zespół z Trójmiasta chcieliśmy wydawać w ramach tutejszego najprężniejszego wydawnictwa. Nie żałujemy tej decyzji – z Karolem Schwarzem pracuje się bardzo dobrze.

Nowoczesna forma promocji zakłada w pierwszej kolejności dominację mp3 a dopiero w drugiej normalnej płyty – czy dla Was jest jakieś wyjście z tej ciągnącej się już jakiś czas rywalizacji srebrnego krążka i formatu mp3?

M. M.: Srebrny krążek coraz częściej pełni rolę wizytówki aniżeli produktu, stąd coraz niższe nakłady i sprzedaż. Z radością natomiast obserwuję powrót młodych ludzi do kupowania oryginałów. Książeczka, namacalne pudełko (czy digipack) daje o wiele większe wrażenia niż zwykłe pliki mp3. Poza tym format CD wymaga innego podejścia do niego przez słuchacza, skupienia, mniejszej możliwości szybkiego przewinięcia lub zmiany albumu. Mp3 to domena singli, gdzie w wielkim kotle słuchacz robi sobie swoją radiową playlistę. Z jednej strony format cyfrowy daje błyskawiczną możliwość dzielenia się nowymi pomysłami z odbiorcą (bandcamp, soundcloud), z drugiej niszczy właśnie radość słuchania albumów w całości.

Kilka słów na temat koncertowych doświadczeń – gdzie graliście i gdzie zamierzacie dotrzeć ze swoją muzyką?

P.P.: Graliśmy m. in. na głównej scenie OFF Festiwalu w Katowicach. Artur Rojek, umieszczając nas na niej po zobaczeniu na YouTube tylko jednego naszego koncertowego utworu, sporo zaryzykował – tym większy szacunek dla niego. Graliśmy także na trójmiejskim festiwalu Metropolia jest Okey, na Przystanku Olecko, w ramach festiwalu Streetwaves w Gdańsku oraz kilkanaście koncertów, m.in. w Krakowie, Warszawie a ostatnio w Bytomiu. Chcemy docierać z naszą muzyką wszędzie tam, gdzie publiczność będzie chciała nas słuchać. I jest jej coraz więcej.

Ostatnie słowo należy do Was…

M. M.: Bądźcie zdrowi, korzystajcie z wykwintności życiowych i zapraszamy na nasze koncerty!

DZIĘKI!!!

Rozmawiał Arek Lerch

Foto zespołu: Michał Andrysiak
Autor klipu: Robert Suszko