THE SATURDAY TEA – trzech zmartwionych chłopaków

Mówią za cicho, kiepsko żartują i tak naprawdę nie piją herbaty, w dodatku nieźle hałasują, choć bliżej im do steranych życiem bluesmanów niż narwanych punkowców. Stołeczna załoga debiutuje dużym krążkiem i od razu powala dojrzałością i bardzo konkretną wizją swojej muzyki. O płycie Shindig parę słów już napisałem, a teraz zapraszam na rozmowę, kolejno z panem Janem a następnie z Aleksandrem, którzy zabierają nas na sobotnią herbatkę. A w zasadzie na kawę i nieodłącznego papierosa.

Rozmowa z Jankiem  

Saturday AwatarNa początek zdradź naszym czytelnikom dlaczego herbata jest lepsza od kawy?

Nie jest; herbata jest dla dzieci, a kawa dla dzieci które palą, bo do kawy zawsze trzeba zapalić, chociaż ja nie pijam kawy i nie palę, tylko czasem…

Nie jesteście – na razie – zespołem z dużym dorobkiem, można powiedzieć, że dopiero teraz wszystko się zaczyna wraz z debiutem – opowiedz jak wyglądały początki Staurday Tea?

Początki naszego zespołu to przede wszystkim nagrywanie naszej ep-ki. Wydaliśmy ją w 2012 roku, miała tytuł „This Is Over”. Okazało się, że spotkała się z dość pozytywnym przyjęciem. Granie z niej piosenek na żywo, zawiodło nas między innymi na scenę Off Festivalu w 2012 roku.

Przyznam, że z dużym dystansem (choć i zaciekawieniem…) podchodzę do młodych zespołów, ale w Waszym przypadku urzekła mnie dojrzałość i stylistyczna jasność płyty – jak myślisz – czy można to nazwać talentem, czy raczej ciężką pracą i poszukiwaniem własnego stylu?

Ja też często podchodzę z „ograniczonym zaufaniem” do młodych zespołów. Prawdopodobnie dlatego, że tego typu wykonawców przeważnie cechuje wpatrzenie w siebie i duża wiara w swój, tak zwany, talent. Sądzę, że poza predyspozycjami, które są kwestią podstawową, liczy się praca wykonana przy materiale. Nasza płyta brzmi w ten sposób dlatego, że zanim doszło do ostatecznego nagrania, spędziliśmy sporo czasu, na nagrywaniu demówek i dochodzeniu do tego co chcielibyśmy rzeczywiście zaprezentować. Lubimy zmiany i lubimy się rozwijać. Uważam, że kariera każdego wykonawcy zasługującego na uwagę, polega na poszukiwaniu swojego stylu i wzbogacaniu wypowiedzi.

trzech zmartwionych chłopaków

trzech zmartwionych chłopaków

Najlepszą cechą płyty jest swoisty luz, momentami wręcz taka programowa niechlujność – muzyka brzmi jakby była grana od niechcenia, szkicowana. To nasuwa z kolie pytanie – czy faktycznie postawiliście na swobodę, czy wręcz bluesowy improwizowany charakter, czy też każdy dźwięk jest sprytnie zaplanowany?

Można powiedzieć, że są momenty, które należą do zaplanowanych i są rozwiązania, którym pozwoliliśmy popłynąć zgodnie z nastrojem chwili. Zakładaliśmy, pisząc materiał na tę płytę, że będzie on stricte piosenkowy. Jednak zależało nam też, aby było on jak najbardziej różnorodny. Dlatego rzeczywiście są miejsca na tej płycie bardzo spontaniczne. Dodatkowo, obecność współproducenta i realizatora nagrania – Michała Kupicza – sprzyja wypróbowywaniu nowych rozwiązań i wycieczkom poza schemat.

Wycieczki poza schemat – to lubię. Wstawianie wzmacniaczy do wanny itp. Możesz zdradzić jak bardzo nietypowych rozwiązań się podjęliście? Co było podczas tej sesji z Michałem najbardziej zaskakujące?

Płyta została nagrana w naszej sali prób, czyli w piwnicy jednej z śródmiejskich kamienic. Michał, wtedy jeszcze z Wrocławia, przywiózł sporo mikrofonów wszelakiej maści, dwa z nich miały za zadanie zbierać ambienty, czyli wybrzmiewające instrumenty i inne odgłosy naszej piwnicy. W pewnym momencie, a była to jak pamiętam godzina wieczorna, podchodziliśmy po raz kolejny do nagrania piosenki „The Word”. Do cichej gitary i klaskania w dłonie, przyłączyła się woda głośno płynąca w rurach. Tak się nam to spodobało, że postanowiliśmy zatrzymać ten klimat.

W stosunku do muzyki The Saturday Tea pojawia się mnóstwo porównań. Jest garażowy rock i Blur, z kolei ja słyszę Nirvanę i The Jesus And Mary Chain. Co tak po prawdzie stoi u podstaw waszych, muzycznych fascynacji??

Fascynuje nas sporo różnej muzyki. Nirvana jest mega ważna dla każdego z nas. Można by wymieniać sporo zespołów. Ciągle zdarza się, że to czego słuchamy i co nam się podoba, przefiltrowujemy przez swoje głowy, aby powstało coś nowego. Interesowały nas zawsze dobrze napisane piosenki z prostą i ładną melodią. W momencie, kiedy pisaliśmy numery na Shindig, bardzo nas fascynowały przestery i niefrasobliwe lo-fi rodem z zachodniego wybrzeża USA – Kaliforni.

Ale zgodzicie się, że można doszukać się w waszej aktualnej twórczości elementów shoegaze’owych? Czy to błędny trop z mojej strony?

Jeśli chodzi o mnie, to znajomość shoegaze’u kończy się na zespole Slowdive, do którego często z przyjemnością powracam… Możliwe, że takie skojarzenie może się nasunąć, z powodu dużej ilości pogłosu na gitarach i oddalonego, delay’owego wokalu, o manierze ze średnim zaangażowaniem, co gdzieś tam charakteryzuje ten styl. Jeśli czujesz w tym shoegaze – czemu nie.

Śledząc scenę niezależnego grania w Polsce zauważam, że w ostatnich latach nastąpił spory wysyp wszelkiej maści indie rockowych zespołów, które mają zgoła inne korzenie niż punk rock. Śledzisz to co dzieje się na scenie rockowej, masz jakieś swoje typy?

Owszem, jak już wcześniej wspomniałem, z „ograniczonym zaufaniem” obserwuję naszą scenę. Często się orientuję, że wiem niewiele na ten temat. Co zapewne spowodowane jest moim początkowym nastawieniem. Jeśli chodzi o rzeczy z gitarowego grania, które zrobiły na mnie największe wrażenie w ostatnim czasie, to z pewnością jest to krakowski Kaseciarz i warszawski Wild Books… dodałbym do tego zestawu bydgosko-warszawski Hokei w odsłonie na żywo.the_saturday_tea2

Rozmowa z Aleksandrem

Saturday AwatarOprócz CD wasz nowy materiał ukazał się na kasecie. Cały czas zadziwia mnie renesans tego nośnika – co takiego fascynującego jest w kasecie magnetofonowej z waszego punktu widzenia? Pyta człowiek, który pamięta jeszcze czasy, kiedy był to jedyny, podstawowy nośnik (śmiech).

Akurat w naszym przypadku powód „wydania” płyty na kasecie (ukazało się 15 egzemplarzy) nie był specjalnie romantyczny. Nasza tłocznia spóźniła się z wysłaniem płyt CD a chcieliśmy mieć coś do zaoferowania na pierwszym koncercie po premierze płyty. Myślę, że dodatkowo w dzisiejszych czasach kaseta magnetofonowa jako przedmiot zdaje się być o wiele bardziej atrakcyjna, szczególnie dla twórców DIY, jest większe pole do popisu niż w przypadku płyt CD.

Myślicie, że płyta kompaktowa w końcu zdechnie? Do waszego krążka dołączony jest bilecik z downloadingiem, cd w wielu przypadkach już przegrał z winylem. Sytuacja winyl plus mp3 to wcale nie brzmi abstrakcyjnie…

Sami mieliśmy na początku zamiar wydania płyty tylko w takiej formie. Doszliśmy jednak do wniosku, że np. w celach promocyjnych o wiele łatwiej posługiwać się CD; mimo wszystko winyl nie jest najbardziej praktycznym formatem. Nie bez znaczenia były też koszty, zdecydowanie większe w przypadku wytłoczenia winyli. Myślimy intensywnie o zrobieniu winyla w najbliższym czasie. Uważam, że płyta CD już jest trochę przeszłością, ale trudno będzie się odciąć od tego formatu jeszcze przez jakiś czas.

Słucham Waszej płyty i doświadczyłem wizji, że jesteście takim współczesnym wydaniem punkowego zespołu. Środki wyrazu są inne, wrażliwość też, jednak jest w tym coś z takiego buntowniczego hałasu. Czujecie się w jakimś sensie rebeliantami, chcecie o coś walczyć, czy taki wymiar muzyki nie ma dla was znaczenia?

To dobre określenie, choć punk może być rozumiany na kilka sposobów. Chyba z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nie interesuje nas podejście punkowe w jakimkolwiek politycznym czy społecznym wydaniu, nie chcemy z nikim walczyć. Natomiast w podejściu „punk rockowym” było dużo prawdy, jeśli można to tak określić. Nikt nikogo nie oszukiwał, mówiło się rzeczy prosto z mostu i wydaje mi się, że może właśnie ta szczerość i lekka bezczelność jest u nas zauważalna.

Bezczelność. To lubię; zespół musi być bezczelny jeśli chce coś osiągnąć. Inną cechą, która wyróżnia wasz materiał jest oszczędność. W niektórych momentach zaskakujecie tym, jak za pomocą jednego dźwięku możecie sporo emocji wyrazić. Jak odbywało się aranżowanie tego materiału – coś na zasadzie tworzenia wiersza – piszemy a potem wyrzucamy z niego wszystko co zbędne aż zostanie sam konkret?

Jeśli chodzi o tworzenie muzyki to w naszym przypadku, staramy się niczego nie określać, nie tworzyć żadnych reguł. Mamy tylko jedną dewizę – niedosyt jest lepszy niż przesyt. Brzmi banalnie, ale działa. Raczej nie było sytuacji, w przypadku nagrywania tego albumu, w której czegoś było zbyt dużo i musieliśmy coś wyrzucić. Nakładając kolejne warstwy chyba po prostu wiemy kiedy powiedzieć „stop”.the_saturday_tea3

Jest jakaś idea, którą zawarliście w tych utworach, jakiś mesydż? Wiadomo, liczy się głównie muzyka, jednak wydaje mi się, że tekst czasami potrafi nadać dźwiękom zupełnie nowego kolorytu….

Myślę, że nie bawimy się w przesłania, tylko raczej w opowieści. Tekst jest bardzo istotny, ale chyba staramy się po prostu uwieczniać pewne obrazy, stany, bez silenia się na przekaz. Nie sądzę, żebyśmy czuli się w pozycji propagowania jakichś idei. Może oprócz tego, że wszystko jest dla ludzi, jeśli wiesz co mam na myśli…

Coś jak ten okładkowy spleen (śmiech…).

Otóż to. To ładne określenie.

Skąd pomysł na ten obrazek? Czyj kot i czyje łóżko??

Na początku pracy nad okładką bardzo chcieliśmy zrobić „klasyczną” okładkę, taką których się już nie robi, z naszym zdjęciem na froncie. Zrobiliśmy sesję zdjęciową, wybraliśmy kilka zdjęć, ale ciągle coś nie grało. Pracując nad końcowym projektem, dla żartu wstawiłem prywatne zdjęcie, które zrobiła dziewczyna naszego perkusisty, leżącego na łóżku w swoim mieszkaniu, w okresie gdy nagrywaliśmy płytę. Uznałem, że byłaby to o wiele mniej pretensjonalna i ciekawsza historia niż trzech zmartwionych chłopaków. Moja dziewczyna też utwierdziła mnie w tym przekonaniu. W pewien sposób jest to dzieło przypadku, ale chyba najciekawsze rzeczy powstają w ostatniej chwili. Kot nazywa się Bacio i mieszka z Antkiem, perkusistą.

Na zakończenie zdradź nam gdzie mieliście okazję zniszczyć publiczność i gdzie w najbliższych czasach zawitacie. Ostrzegacie tak jak Shellac na koncercie ludzi, że będzie piekielnie głośno??

Nie ostrzegamy, bo gramy raczej cicho. Mi coś ostatnio piszczy w uszach, więc muszę bardzo uważać. Ostatnio w sobotę graliśmy w Desdemonie w Gdynii i chyba było nieźle. W piątek gramy w Krakowie w klubie Alchemia, planujemy letnie festiwale, ale jeszcze nie wszystko jest potwierdzone. Jakby co, jesteśmy otwarci na propozycje!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Jarek Janek Barański/Michał Dabrowski