THE OCEAN – Robimy to, co uznajemy za słuszne…

W tezie, że post-metal stał się w ostatnim czasie zjawiskiem przypominającym nie tak dawny fenomen metalcore, nie ma już dziś nic kontrowersyjnego. Wyż demograficzny, który dotknął ten nurt zdaje się pozostawać w odwrotnej proporcji do liczby grup naprawdę interesujących i wartościowych. Kłamstwem byłoby jednak twierdzenie, że takowe nie istnieją. Jedną z tych, które wciąż ewoluują i świetnie sobie radzą w coraz bardziej zatłoczonej niszy, jest niemiecko-szwajcarski The Ocean. O wypuszczonych w minionym roku dwóch krążkach, trasach koncertowych i poglądach na muzykę opowiedział mi spiritus movens formacji, Robin Staps.

Nowa płyta zabiera słuchaczy z powrotem w rejony, do których można było przywyknąć, słuchając albumów starszych niż „Heliocentric”, choć trudno w kontekście The Ocean mówić o jakimś typowym albumie. Biorąc pod uwagę fakt, że zarówno „Heliocentric” jak i „Anthropocentric” są połączone tematycznie, myślisz, że po przesłuchaniu jednego z nich można lepiej zrozumieć zawartość drugiego i na odwrót?

Zdaje się, że tak właśnie jest tym razem. Wiele osób mówiło mi, że miały spore trudności wczuć się w „Heliocentric” tuż po premierze, lecz w kolejnych tygodniach i miesiącach dojrzewały do niego, by, w końcu, po wydaniu „Anthropocentric” docenić nie tylko ten najnowszy album, ale również jego poprzednika w świetle konceptu całości. „Heliocentric” był płytą bardzo zróżnicowaną stylistycznie i mocno orkiestrową. „Anthropocentric” radzi sobie bez tych wszystkich orkiestracji; jest dziełem, na którym w pełnym blasku prezentuje się podstawowe instrumentarium: bębny, bas, gitary i wokal. Tym razem chcieliśmy stworzyć coś, co łatwo będzie odtworzyć w koncertowym środowisku. Zdarzało się nam grywać i kawałki pokroju „Epiphany” z „Heliocentric”, tyle że by je zagrać, potrzebujesz kontrabasu, fortepianu i dwóch altówek, więc koncertowanie średnio wchodziłoby tutaj w grę. To właśnie dlatego postanowiliśmy tym razem nieco uprościć sobie sprawę. Jeśli zaś idzie o teksty, to oba albumy prezentują temat z odmiennych ujęć. Każda z piosenek na każdym z nich jest częścią większej całości, jednak ma też swój sens z osobna.

Anthropocentric” to rzecz bardzo bogata i przemyślana jeśli chodzi o muzyczną formułę. Są tu momenty bardzo bliskie standardom, które ustanowiliście na wcześniejszych dokonaniach, z drugiej strony pełno tu partii spokojniejszych, które, moim zdaniem, są jednym z mocniejszych punktów albumu. Jak wpadliście na takie kawałki jak „The Grand Inquisitor III: A Tiny Grain of Faith”?

A Tiny Grain of Faith” to prawodpodobnie najbardziej niecodzienny utwór, jaki kiedykolwiek napisałem, głównie ze względu na damską partię wokalną. Odpowiedzialna za nią jest moja eksdziewczyna, Sheila Aguinaldo. Od zawsze chciałem komponować z nią muzykę, lecz nigdy nie starczało mi czasu ani energii, ponieważ zbyt zajęty byłem The Ocean. W przypadku tego numeru pomyślałem, że żeński głos idealnie by tu pasował, a ona była oczywiście pierwszą osobą, o której pomyślałem. Nigdy nie myśleliśmy o The Ocean jako kapeli metalowej, byliśmy otwarci w każdym możliwym kierunku. Robimy to, co uznajemy za słuszne, bez znaczenia czy są to ataki podwójnych stóp, ściany gitar czy elektroniczne kawałki z żeńskimi wokalizami – uważam jednak, że jest pewna wspólna płaszczyzna między wszystkimi naszymi kompozycjami, pewnego rodzaju nić łącząca każdą płytę oraz spokojne i ciężkie piosenki. Trudno na dobrą sprawę ją uchwycić, to pewnego rodzaju atmosfera, sposób traktowania dynamiki, progresje akordów itd. Łatwo ją jednak dostrzec, wsłuchując się w tak różne kawałki jak „For He That Wavereth” i „She Was the Universe”.

Przeglądając jakiś czas temu wasz profil MySpace, natrafiłem na dość wymowną sentencję: „The Ocean przekształcił się z kolektywu w zespół”. Jak bardzo zmiany składu przed ostatnimi nagraniami wpłynęły na relacje wewnątrz The Ocean? Czy można mówić o mocniej zadzierzgniętej więzi?

Definitywnie. „Anthropocentric” to najbardziej „zintegrowany” album, jaki przyszło nam do tej pory zrobić: tym razem nie napisałem wszystkich piosenek sam, również Jona, nasz drugi gitarzysta skomponował cztery utwory. Kiedy po raz pierwszy mi je zaprezentował, stwierdziłem: „tak, to brzmi jak The Ocean”. Z przyjemnością dałem dostęp do krainy komponowania innym członkom zespołu, bo to, co pisali podążało dokładnie w kierunku, w którym chciałem zmierzać. Ogólnie rzecz biorąc, każdy był zaangażowany we wszystko znacznie silniej niż kiedykolwiek wcześniej. Ta płyta rzeczywiście prezentuje nas takich, jacy jesteśmy w tym momencie i jesteśmy nią bardziej usatysfakcjonowani niż wszystkimi pozostałymi. Z jednej strony mam fioła na punkcie kontroli i uwielbiam brać się za dosłownie wszystko, za co tylko mogę się wziąć, z drugiej to całkiem wyzwalające, jeśli masz wokół siebie odpowiednich ludzi. I z takiego składu jestem bardziej zadowolony. Oczywiście bardzo cieszy mnie, że zdołaliśmy znaleźć osobę taką jak Loic; jest naprawdę wyjątkowy i potrafi uporać się z każdym rodzajem wokalu, od czystego, natchnionego śpiewu, po wrzaski. Nigdy nie jest z siebie zadowolony i to właśnie czyni pracę z nim czymś naprawdę łatwym, bo nie ma podejścia typu: „to są moje partie, bierzcie je, albo spływajcie”. Nigdy się nie poddaje i zawsze chce dać z siebie wszystko. Głos Loica wiele zyskał podczas ostatnich tras. Jest pewniejszy, a jego ryk zdaje się mocniejszy, niższy i ciemniejszy. Sesja nagraniowa „Heliocentric” była dla niego nie lada wyzwaniem. Większość linii wokalnych była gotowa nim pojawił się w zespole, poza tym był to pierwszy raz, gdy pracowaliśmy razem w studiu. Dodatkowym obciążeniem była dla niego ciągła walka z angielską wymową, jako że jego rodowitym językiem jest francuski. Tym razem wszystko przebiegało dużo swobodniej, jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i robota była zarówno efektywna jak i zabawna.

Obie płyty powstawały w jednym studiu w szwajcarskim La-Chaux-de-Fonds, lecz trzeba przyznać, że surowy sznyt „Anthropocentric” znacznie różni się od brzmienia, jakie uzyskaliście na „Heliocentric”. Musieliście chyba używać bardzo różnych gratów…

Niezupełnie, to wszystko kwestia miksu. Wszystkie instrumenty na oba krążki zarejestrowaliśmy podczas jednej, dużej sesji. Potem, odłożyliśmy materiał na „Anthropocentric”, by nagrać wokale na „Heliocentric”, a następnie zmiksować i zmasterować album. Była końcówka 2009 roku. W ubiegłym roku wróciliśmy do „Anthropocentric” i dograliśmy wokale. Dodaliśmy także jeden zupełnie nowy kawałek, nagrany zupełnie od zera. Z początku trochę martwiliśmy się, że nie uda nam się sprawić, by współbrzmiał z resztą, lecz użyliśmy dokładnie tego samego sprzętu, co w efekcie zadziałało odpowiednio. Chcieliśmy bardziej szorstkiego soundu na tej produkcji i z tej pozycji podeszliśmy do miksu. Jestem bardzo zadowolony z rezultatu.

Niedawno wróciliście z koncertów u boku Anathemy, a trochę wcześniej przyszło wam supportować The Dillinger Escape Plan. Jak bardzo podróżowanie z obydwoma tymi kapelami różni się od siebie?

To jak zupełnie inne światy! Dillinger kopał nam tyłki każdej nocy, 33 razy z rzędu. Ten band jest chyba nie z tej planety, a poziom energii i przemocy, jaki potrafi wyzwolić co wieczór, jest jedyny w swoim rodzaju. Z kolei grając u boku Anathemy, to my byliśmy tym ciężkim zespołem. Kompletnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po tej trasie. Myśleliśmy wręcz, że ich fani mogą obrzucić nas jajami. Anathema jest dziś przecież tak łagodna… Nic takiego jednak nie miało miejsca i całkiem nieźle sobie radziliśmy na tych występach. Ich publika była naprawdę otwarta i potrafiła docenić tak zróżnicowany skład. Show zaczynał się od akustycznego setu Pettera Carlssena, następnie wchodziliśmy my z ciężkim i epickim zestawem numerów z „Heliocentric” i „Precambrian”, w końcu przychodziła kolej Anathemy, by ponownie stonować atmosferę. To była na pewno ciekawa trasa – graliśmy dla kompletnie innych ludzi każdego dnia. Obie wyprawy natomiast spowodowały, że poszerzyliśmy zasięg i dotarliśmy do nowych osób.

Bywały również i kiepskie momenty podczas tych tras. W Hiszpanii okradziono was ze wszystkich pieniędzy, które zarobiliście podczas koncertów. Jaki wpływ miał tamten incydent na morale wewnątrz zespołu?

Chwilowy, trwał na pewno kilka dni. Byliśmy kurewsko zdenerwowani. Nie wiedzieliśmy, czy będziemy w stanie pozwolić sobie na kontynuowanie podróży, poza tym zawisło nad nami widmo powrotu do domu z kompletnie pustymi kieszeniami, za to z mnóstwem rachunków do opłacenia. Straciliśmy 6 tysięcy euro. Zdecydowaliśmy jednak nie dawać za wygraną i uruchomiliśmy program dotacyjny na stronie Pelagic Records. Jak na razie, reakcja fanów jest bardzo dobra. Wygląda na to, że jest całkiem sporo ludzi, którzy chcą nam pomóc. Mnóstwo osób, które zamówiły nasz album, dorzuciło też po 5 eurasów i tym sposobem odzyskaliśmy już prawie połowę kwoty. Jest git.

Wielkie dzięki za wywiad, Robin! Jeśli chciałbyś podsumować naszą rozmowę i rzucić na koniec coś naszym czytelnikom, to chyba przyszła na to odpowiednia pora.

Zawsze z przyjemnością gramy w Polsce i mamy nadzieję pojawić się u was znowu, najprawdopodobniej już w marcu. Do zobaczenia! W międzyczasie sprawdźcie mój drugi zespół Earthship. Jeśli lubicie Crowbar, Baroness i Iron Monkey, to polecam nasz debiutancki album, który właśnie się ukazał w Pelagic Records! Trzymajcie się!

Rozmawiał Cyprian Łakomy