THE NOTWIST – zbieracze dźwięków

Kiedy wiele lat temu zaczynałem swoją przygodę z muzyką, powszechnym nośnikiem była kaseta magnetofonowa. Miernej jakości taśmy na lata stały się towarzyszami wycieczek i wieczornych, jakże fascynujących seansów. Wtedy też wpadłem pierwszy raz na niemiecką serię Your Choice Live Series, wydawaną na naszym rynku przez stajnię Heartcore. W ramach serii pojawiły się u nas nagrania tuzów hardcore’a spoza Polski. W tej jakże zacnej serii swoje wypociny na początku lat 90 – tych wydał nikomu nie znany zespół The Notwist, grający gitarową, lekko pokręconą odmianę core’a. Kiedy dzisiaj trzymam w łapach płytę Close To The Glass rzeczonej, niemieckiej formacji, nie mogę uwierzyć w dwie rzeczy. Po pierwsze, że grupa działa niezmiennie od 89 roku i w to, że mogła tak dalece zmienić swoją muzykę. Z gitar pozostały jedynie małe fragmenty, kojarzące się do najwyżej z shoegaze, a reszta to mocna, dziwna i pokręcona elektronika, stawiająca bawarską formację w rzędzie najciekawszych zespołów indie i elektro w Europie. Udało mi się krótko pogadać z basistą formacji Michaelem Acherem. Jak na prawdziwego nerda przystało, opowiadał z namysłem i rozwagą o zmianach, jakie dotknęły The Notwist na przestrzeni dwóch dekad, o relacjach z bratem, liderem zespołu i o tym, czy są w swoim kraju gwiazdami. Poniżej efekty konwersacji.

Witaj Michael, jako, że jest to nasz pierwszy kontakt, chciałbym się upewnić czy to prawda, że zaczynaliście jako zespół grający muzykę będącą mieszanką  punka i hardcore’a? Jak wspominasz te początki?

Musiałbym nieco sprostować – to była muzyka gitarowa, bliższa amerykańskiej alternatywie, rzeczom typu Rites of Spring czy Dinosaur Jr. Mieszkamy w małej miejscowości Weilheim i w czasach, kiedy chodziliśmy do szkoły było tu maksymalnie nudno. Cóż było robić, pozostały nam gitary (śmiech…). Dużą rolę odegrał nasz ojciec, który starał się zaszczepić nam jazz, w domu zawsze było sporo płyt. Pewnie dlatego, w ramach buntu zaczęliśmy od hałasu. Mój brat Markus zasłuchiwał się wtedy w muzyce Neila Younga, dlatego próbował łączyć melancholijne partie wokalne z szybkimi, hardcore’owymi podkładami. Dużo graliśmy, myślę, że zaliczyliśmy każdy mały klub i piwnicę w Niemczech.

Wydaliście nawet płytę koncertową z serii „Your Choice Live Series”, która w Polsce była bardzo popularna, ukazywały się nawet kasetowe wersje tych albumów, z nagraniami chociażby So Much Hate czy ARM…

O, tu mnie zaskoczyłeś, nie sądziłem, że ktoś pamięta jeszcze ten zespół. Nie słuchałem może zbyt dużo takiej połamanej jazzcore’owej młócki, ale pamiętam bardzo dobrze ten band, śpiewała tam dziewczyna. A ta płyta, cóż, to taka miła pamiątka, choć dzisiaj ma znaczenie co najwyżej sentymentalne.

zbieracze dźwięków

zbieracze dźwięków

W pewnym momencie gitary stały się jednak „za ciasne” i zdecydowaliście skręcić w stronę muzyki elektronicznej – co pchnęło Was w takie rejony?

Wiesz, rozwój to jedna z najważniejszych rzeczy. Eksperymenty pojawiły się już na wczesnych płytach, gdzieś nawet nazywano je progresywnymi (śmiech). Oczywiście, mogliśmy dalej eksploatować możliwości gitar, ale poszliśmy w stronę jazzu, poznawaliśmy muzykę tworzoną za pomocą sampli, elektroniki i stopniowo przekonywaliśmy się, że to coś znacznie ciekawszego i inspirującego. Na pewno zwrot nastąpił, kiedy w zespole pojawił się Martin (Gretschmann – przyp. red.). Wtedy pojawiły się zupełnie nowe możliwości. Interesowały nas rzeczy, które wykraczały poza standardowe piosenki, tworzone za pomocą bębnów i gitar, sampling itp. To był dla nas bardzo naturalny kierunek.

Przyznam się, że nie znam dokładnie Waszej dyskografii, ale wiem, że oprócz albumów The Notwist zajmujecie się tworzeniem dźwięków, że tak to ujmę, użytkowych.

Faktycznie, świat dźwięków zdominował nasze życie. Przede wszystkim jesteśmy wielkimi fanami muzyki, dźwięków, staramy się chłonąć nowości i sprawdzać stare rzeczy, ciągle odkrywamy dla siebie coś nowego. Te inne rzeczy zdarzają się w momencie, kiedy The Notwist ma jakieś przestoje, wiesz, nie można cały czas siedzieć razem na sali prób. Interesuje nas muzyka instrumentalna, tworzymy ścieżki dźwiękowe do reklam, do widowisk teatralnych, to jest bardzo inspirująca choć też trochę mozolna praca. Nie ukrywam, że traktujemy te zajęcia zarobkowo, dzięki czemu możemy spokojnie żyć, mamy rodziny i w sumie pieniądze są potrzebne.

 jesteśmy dość spokojnymi ludźmi

jesteśmy dość spokojnymi ludźmi

Wspomniałeś, że nie można ciągle siedzieć razem na sali prób. Jak ze sobą wytrzymujecie? Wyobrażasz sobie The Notwist bez twojego brata?

Mamy wieloletnie doświadczenie (śmiech…). Jasne, że nie zawsze jest łatwo, są momenty męczące, ale dobrze nam się współpracuje. Mozę wynika to z faktu, że jesteśmy dość spokojnymi ludźmi, nie ma raczej zbytnich konfliktów czy nerwowych sytuacji. Zmęczenie wynika raczej z naturalnych potrzeb, warto czasami odpocząć, dla równowagi psychicznej. Pytasz, czy wyobrażam sobie grę w The Notwist bez Markusa? Wiesz, trudno na to odpowiedzieć, bo łączą nas więzy krwi a to powoduje, że relacje też są inne. Nie, nie wyobrażam sobie tego…

Zastanawiam się, jak tworzycie muzykę jaka znalazła się na „Close To The Glass”? Wbrew pozorom ma ona całkiem rockowy feeling…

Każdą płytę traktujemy bardzo indywidualnie, dlatego za każdym razem praca wygląda trochę inaczej. Dzisiaj jest łatwiej, bo można wymieniać pliki, więc część brzmień i pewnych figur powstaje na komputerach. Staramy się jednak spotykać na sali, bo ciągle musimy pamiętać, że w końcu trzeba będzie zagrać muzykę na koncercie. Stąd może ten, jak to określiłeś rockowy feeling. Tworzenie polega głównie na eksperymentowaniu z różnymi instrumentami i brzmieniami, szukaniu odpowiednich rytmów, ustalaniu balansu między rytmiką naturalną a elektroniką. Zresztą my bardzo lubimy nadawać pewnym brzmieniom elektronicznym rytmicznego wymiaru, chodzi o to, że wcale nie musisz słyszeć werbla czy stopy, żeby dostać bardzo rytmiczne figury. Dużym wyzwaniem jest samplowanie własnych dźwięków, nadawanie im zupełnie nowych znaczeń.  Nowa płyta miejscami była przygotowywana w mozole – wiesz, nagrywanie, poprawianie, cięcie, w końcu wyrzucanie niektórych pomysłów, wracanie do nich. Testowanie nowych syntezatorów. Kable i piętrzące się, elektroniczne zabawki, efekty i instrumenty (śmiech). Głowa boli… Najwięcej czasu zajęło nam chyba tworzenie tekstów, tak by pasowały do muzyki. To trochę takie poszukiwanie i porządkowanie dźwięków.

Momentami muzyka z nowej płyty jest nieźle pokręcona – są tu i elementy zimnego stylu Kraftwerk, jakieś delikatniejsze rzeczy kojarzące się z Depeche Mode, ale także smutne, psychodeliczne granie sytuujące się blisko shoegaze’owej szkoły. Nie boicie się, że ktoś może uznać to za objaw schizofrenii?

W sumie odpowiedziałem już częściowo na pytanie – poszukujemy, zbieramy dźwięki i łączymy w sposób, który wydaje nam się najlepszy. Cenimy sobie różnorodność w muzyce a łączenie naturalnych brzmień z elektroniką jest całkiem ciekawe. Wydaje mi się, że udaje nam się wyciągnąć z tego coś inspirującego. Słuchając płyty nigdy nie wiesz, co spotka cię za rogiem. Lubimy syntezę elektronicznych hałasów, ale mamy też ochotę na eksperymenty z gitarami i bębnami. Takie zestawienia się nam podobają. Kiedy słuchasz płyty, po dłuższej chwili wszystko zlewa się w całość i wcale nie brzmi jakby do siebie nie pasowało. To nasze widzenie alternatywnego grania.

Nowe dźwięki są dla mnie dość zimne, zwrócone do środka, introwertyczne. Dobrze je odczytuję?

Nie do końca tak to widzę. Są tu faktycznie takie lodowate smagnięcia elektronicznych pejzaży, ale są też momenty ogniste, ciepłe. Skłaniam się raczej ku wielobarwności jako definicji „Close To The Glass”…

nagrywanie, poprawianie, cięcie

nagrywanie, poprawianie, cięcie

Można w jakiś sposób porównać „Close To The Glass” z pozostałymi płytami The Notwist?

Traktuję „Colse To The Glass” jako symbiozę wszystkich dotychczasowych płyt The Notwist. Nie mam problemu z tymi porównaniami, uważam, że najważniejsze, by była w tym cząstka nas samych, żebyśmy czuli to co robimy. Ta synteza polega na tym, że zawsze staramy się używać skrawków gitar, elektronicznych bitów i mieszanie tego idealnie pokazuje czym jest The Notwist. Kogoś mogą zaskoczyć te bardziej naturalne, rockowe niemal fragmenty, ale tak czuliśmy. Fajnie znowu zagrać rocka.

Kiedyś byliście chyba bliżej melancholijnego popu, dzisiaj z mocniejszym materiałem sadowicie się tuz przy krawędzi sceny eksperymentalnego indie. Pasuje Wam taka etykietka?

Nie wiem. Możemy zrobić taką muzykę, a za chwilę coś zupełnie innego. Najbliżej muzyki popularnej byliśmy chyba w okresie tworzenia „Neon Golden”. Nie interesuje nas nazewnictwo, bo w pewnym sensie narzuca jakieś tam ograniczenia.

Gracie już całe wieki, po drodze udało się zaliczyć sukcesy, czy w związku z tym jesteście w swoim kraju znani?

O nie, to nam nie grozi, bo nigdy nie mieliśmy takiego prawdziwego przeboju. Jesteśmy jak już powiedziałem spokojni, lubimy swoją robotę i nie mamy zadatków na gwiazdy. Teraz zresztą zupełnie inaczej patrzymy na cały ten biznes. Staramy się trzymać na uboczu, co najwyżej czasami korzystamy z jego dobrodziejstw, kiedy komponujemy jakieś dźwięki na zlecenie, jednak nasza gra w The Notwist to pasja i nie myślimy o niej w kategoriach komercyjnych. Nie, zdecydowanie nie mamy statusu gwiazd, jesteśmy takimi muzycznymi nerdami.

Co teraz? Koncerty, promocja, szum?

Rozpoczęliśmy już koncertową ofensywę, zagramy w kilku miejscach, ale nie są to jakieś szalone ilości. Teraz nie gramy tak często jak kiedyś, był taki okres w okolicach 2000 roku, kiedy zdarzało nam się częściej występować. Teraz mamy troszkę inne priorytety. Zazwyczaj dzieje się tak, że są np. dwa lata bardziej intensywne, potem dajemy sobie nieco luzu i każdy zajmuje się swoimi projektami.

W takim razie powodzenia i dziękuję za poświęcony czas!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu