THE LOWEST – nie wchodzimy w sieć…

The Lowest to kolejna, hardcore’owa perełka na krajowej scenie. Grupa z własnym, ukształtowanym obliczem, dobrze brzmiąca i rasowo wyglądająca. Czyli marketingowy sukces murowany. Kiedy jednak wsłuchamy się teksty i przyjrzymy bliżej warszawiakom (częściowo związanym także z UK, ale o tym w wywiadzie…) okazuje się, że to przede wszystkim mocno stąpający po ziemi zespół, który może być przykładem hardcore’owej świadomości. Debiutancka ep – ka ukazuje też zespół zerkający w nieco inne niż zazwyczaj na tej scenie, rejony muzyczne. Potężny, niemal sludge’owy riff, napędzany wolnym groovem nie przesłania na szczęście zasadniczego przesłania, które brzmi – żyj w zgodzie z samym sobą. Zapraszam na rozmowę z bardzo przytomnym wokalistą zespołu – Pawłem Wróblem…

 

 

Hardcore. Co to dla Ciebie znaczy? Szybkość? Riff? Stan umysłu? Idea?

To jedno z tych pytań, na które każdy ma własną odpowiedź. Tak jak sam hardcore, który dla każdego jest czymś innym. Są zespoły, muzycznie mające niewiele wspólnego z hardcorem, za to bardzo ważna jest dla nich warstwa ideowa – chociażby metalcore przełomu tysiącleci – Maroon, Caliban, Liar, Narziss, Reprisal, a w Polsce Sunrise. Te zespoły w zasadzie nie miały nic wspólnego z hardcorem, bo grały metal.

Zastanawiam się zatem, jak określić The Lowest, bo dla kogoś, kto lubi, powiedzmy, Minority, będziecie właśnie zespołem metalowym… Relatywizm…

Choć nasza muzyka nie jest stricte hardcore’owa, słychać, że to właśnie scena hc/punk jest miejscem, z którego się wywodzimy. Jeśli chodzi o warstwę ideową – scena hardcore nie jest monolitem, każdy ma swój zbiór zasad, ale myślę, że czymś najważniejszym, pewnym wyznacznikiem, jest życie w zgodzie z samym sobą, oraz nie-robienie krzywdy innym. Stawanie się lepszym człowiekiem, praca nad sobą. Większość zespołów hardcore funkcjonuje z boku przemysłu muzycznego, myślę, że to bardzo ważne. Kiedy hardcore jest twoją pracą, stajesz się niewolnikiem sytuacji; dobrze jednak twardo stąpać po ziemi, żyć normalnym życiem, a nie życiem gwiazdy rocka.

Ale z tego wyłania się trochę separatystyczny obraz, na zasadzie – jesteś z boku „normalnego świata” – ok, wchodzisz w układy – jesteś „be”. To ciut uogólnienie…

Niewolnikiem – czyli musisz grać cały czas, ciągle nagrywać płyty, wszystko musi się kręcić. W hc nie ma kokosów, więc wyrabiasz nadgodziny. To bardzo odrywa od normalnego życia – nie sądzę, że jest to dobra droga. Większość zespołów, obojętnie jaki nurt byś wskazał, chciałaby jednak robić „karierę” i nie pogniewałaby się na perspektywę życia ze statusem „gwiazdy”. My staramy się być blisko tych punkowych korzeni, sami o sobie stanowimy. Każdy ma swoją głowę, swój sposób patrzenia na te sprawy. Nie przeszkadza mi to, że ktoś chce sprzedawać swoją muzykę innym. To jego sprawa. Akurat hardcore spodobał mi się kiedyś dlatego, że był zupełnie z boku. Wolimy po prostu grać na skłotach, niż np. wystąpić na feście sponsorowanym przez producenta jakiegoś napoju. Biznes ma to do siebie, że jest siecią naczyń połączonych a nas raczej „nie robi” wchodzenie w tą sieć. Ale są takie zespoły które nie mają z tym problemu i to jest ich sprawa. Nie uważam, że robią coś złego i są chujami, mówiąc dosadnie. Ja po prostu zrobiłbym to inaczej…

Właśnie, korzenie… Współczesny hc jest trochę inny od tego, co było kiedyś – uważacie, że dzisiejsze „pomoce”, czyli FB, Internet itp. mocno wpływają na jakość/poziom hc jako idei/muzyki?

Na pewno teraz jest łatwiej nagrać muzykę, tak, aby dobrze brzmiała. To jest kwestia rozwoju technologii w ogóle. Kiedyś istniało takie określenie „polsound”, dziś zaś jest naprawdę bardzo dużo świetnie brzmiących zespołów. Co do samego Internetu – mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony daje niesamowite możliwości, bo nigdy wcześniej nie było tak łatwo dotrzeć do ludzi – jeśli coś się komuś podoba, może mieć to w parę sekund. Z drugiej strony, jest tyle muzyki, zespołów, że często trudno oddzielić to, co wartościowe, od kiepskich rzeczy, zarówno jeśli chodzi o muzykę jak i przekaz. Trudno też w zalewie muzyki przedostać się na powierzchnię. Paradoksem naszych czasów jest, że choć łatwo wszystko dostać, ludzie z reguły jednak wybierają tylko to, co mają pod nosem. Mówi się dużo o braku świeżej krwi na scenie a jest chyba po prostu tak, że dzieciaki dorastające już w epoce Internetu nie umieją szukać głębiej, nie chcą, a może po prostu zadowala je to, co leci w radiu albo promuje youtube. Ja, jako człowiek mający prawie 30 lat, czerpię radość z tego, że jest Internet, że tak łatwo wszystko można znaleźć, że jest tyle dobrych zespołów hardcore i nie tylko. Ale hardcore jest tylko jakąś tam sceną, której głos nie jest specjalnie słyszalny. Dzieciaki wolą albo disko, albo uliczny rap, tego się teraz słucha…

Doszły mnie różne plotki na temat Waszego powstania, min. to, że niejaki Pacior (Calm The Fire) maczał w tym palce – jaka jest prawda – masz możliwość zdementowania plotek…

Ha, ha, nie, no bez przesady. Ratel Crew wydało zina Desant, gdzie jest wywiad z Paciorem oraz z nami. No i dokładnie to samo pytanie zadali nam i jemu. Odpowiedzi nie były uzgadniane i są też spójne. A tak na serio – nikt nie maczał w niczym palców. Pacior to dobry przyjaciel, dzięki niemu po prostu zrozumieliśmy, że nie chcemy grać w zespole, w którym gramy, ale  zacząć coś nowego, zupełnie od początku.

W przeciwieństwie do wielu grup, kładących nacisk na szybkość, Wy stawiacie na potężny groove, wolne tempa, zbliżacie się tym samym do czegoś o nazwie sludge metal. Skąd miłość do żółwich temp?

Już u Ezopa żółw wygrał z zającem…

nie wchodzimy w sieć...

nie wchodzimy w sieć…

Ale chyba nie żółw był inspiracją? Co zatem skłoniło Was do takiego wyboru – kto wpłynął na takie a nie inne klimaty?

Graliśmy kiedyś w Nothing Between Us, ale nie było to coś, pod czym dzisiaj podpisałbym się rękami i nogami, po prostu fajna przygoda i szkoła życia. Chcieliśmy stworzyć coś, co będzie po prostu nasze, coś, co czujemy. Jeśli chodzi o muzykę, wszystko zapoczątkował Michał, nasz gitarzysta. Trudno mówić za niego, ale wydaje mi się, że po prostu wynikło to z szukania czegoś nowego. Chcieliśmy grać muzykę ciężką, brudną i potężną, która będzie hardcorem, ale nie będzie miała nic wspólnego np. z beatdownem. Poza tym mamy dość niewesoły przekaz. Zawsze pisałem takie mało optymistyczne teksty, nagle okazało się, że Michał wymyśla muzykę, która idealnie do nich pasuje, chyba napędzamy się wzajemnie. Trudno mi mówić o inspiracjach muzycznych, bo każdy ma swoje. Ja szukam zespołów, które ciekawie wykorzystują wokal, szukam fajnych aranżacji, czego i gdzie szuka Michał – o to trzeba zapytać jego, ale idzie mu naprawdę dobrze. Słuchamy bardzo różnych rodzajów muzyki, więc The Lowest to jakaś wypadkowa naszych upodobań.

No tak – jeden usłyszy w tym Crowbar, inny Damnation AD…

Ktoś wspominał, że przypominamy mu Integrity. Ale to tylko porównania. Jasne, że np. Melvins wymyślili sludge, a my nie odkrywamy w  tym kontekście Ameryki, staramy się jednak czerpać z różnych gatunków w taki sposób, by było to jednak troszkę niepowtarzalne.

Koncert, Ukraina

Koncert, Ukraina

W Waszej muzyce podoba mi się stylowa prostota, brak niepotrzebnych ozdobników i zakrętów – jak wygląda komponowanie takiej muzyki? Macie herszta, co przynosi muzykę gotową czy raczej dłubiecie wspólnie na próbach?

Nasza sytuacja jest o tyle skomplikowana, że Michał, czyli gitarzysta „prowadzący”, mieszka w UK ze swoją dziewczyną i synem. Powiem może najpierw, jak powstawał nasz materiał, a potem jak teraz to robimy. Zwykle najpierw Michał przynosił pomysły gitarowe. Dłubaliśmy przy tym na próbach, Jurek układał perkusję, ja myślałem nad wokalami, Łukasz nad basem. Ep-ka powstała tak naprawdę bardzo szybko. Każdy miał w nią jakiś wkład, jednak zdecydowanie największy – jeśli chodzi o muzykę – Michał. Chcę jednak zaznaczyć, że jesteśmy zespołem bardo demokratycznym, słuchamy się nawzajem. U nas nie ma lidera, nikt się nie wywyższa. Przede wszystkim jesteśmy grupą gości, którzy się lubią szanują, przyjemnie spędzają razem czas i cenią opinię innych.

Czy taki układ i dzielące Was odległości dają szansę na w miarę sprawne działanie zespołu?

To, że ja udzielam tego wywiadu, nie znaczy, że to mój zespół, którym jestem liderem. Każdy z nas ma swoją działkę, ja po prostu jestem tak zwanym frontmanem, zwykle więc te obowiązki przypadają mnie. Może cię zaskoczę, ale wcale nie jest to jakaś duża przeszkoda. Na szczęście, bardzo łatwo jest się dzisiaj komunikować. Michał wymyśla więc riffy, a często całe numery, które nam podsyła. Mówimy, co się nam podoba a co nie, chłopaki aranżują swoje instrumenty, ja wokal. Prawie jak na normalnej próbie, z tym, że przez Internet.

Tytuły kawałków sugerują raczej wielki dół – opowiedz jak idzie Ci pisanie? Masz swój sposób na tworzenie tekstów, jakiś warsztat pracy?

Teksty to po prostu jakieś moje obserwacje otaczającego świata. Najpierw wszystko rodzi się w głowie, chodzę, rozmyślam, zastanawiam się o czym chcę napisać. W międzyczasie słucham dużo naszej muzyki i myślę nad tym, jak zgrabnie wpasować tam wokal. W zasadzie cały czas mam nasze kawałki gdzieś na mp3, chodzę i kombinuję. Kiedy mam już zarys tekstu, czekam aż dojrzeje. Czasami jest tak, że siadam i po prostu piszę, a czasami czekam parę miesięcy. Rozmawiam też z chłopakami, chcę, by wiedzieli, jakie mam pomysły, chcę znać ich zdanie na ten temat. Nie śpiewałbym o czymś, jeżeli ktoś czułby zupełnie inaczej niż ja, bo to nie jest tylko mój zespół. Nie jestem artystą, na dobrą sprawę nie umiem na niczym grać. Kiedyś grałem na perkusji, dlatego ważny jest dla mnie rytm słowa. Jeśli chodzi o czysto warsztatowe sprawy – staram się by tekst miał własną melodię i rytm, który wpasuje się w piosenkę, nie chcę po prostu wypluwać z siebie identycznych wersów w każdym takcie.

Na koniec naszej miłej konwersacji opowiedz trochę o zbliżającym się tournee – gdzie zagracie, z kim i jakie nadzieje wiążecie z tym wypadem?

Wyruszamy ostatniego dnia lutego. Zagramy w Poznaniu, a potem ruszamy dalej na zachód. Zagramy w Niemczech, Belgii, Holandii, Francji i Czechach. Granie tras to tak naprawdę jedyna okazja, by możemy grać koncerty. Nie możemy się doczekać trasy. Mam nadzieję, że zagramy po prostu dużo dobrych koncertów a po powrocie do kraju będziemy chcieli grać jeszcze lepiej, jeszcze więcej i częściej. Moje małe marzenie to zawsze być zespołem, o którym będą pamiętali organizatorzy jakichś fajnych, zagranicznych, hc/punkowych festiwali, może ta trasa będzie krokiem w tym kierunku, mam taką nadzieję…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia koncertowe: Tementiy Pronov