THE GENTLE ART OF COOKING PEOPLE – Lubimy dziwne smaki

Żeby zaistnieć w świadomości słuchaczy, zespół musi mieć dobrą nazwę, pomysł na muzykę i najlepiej wpadającą w oko okładkę płyty. Może to i banalne, ale zazwyczaj jest tak, że któryś element układanki szwankuje. Dlatego tym bardziej miło mi przedstawić zespół The Gentle Art Of Cooking People, który zdaje się spełniać powyższe trzy warunki. Ich debiutancki materiał opisywałem już na naszych łamach, czas zatem na krótki, psychodeliczny lot razem z gitarzystami tej kamandy, którzy w miej lub bardziej poważny sposób wprowadzają  nas w swój mocno zwichrowany świat. 

Na początek ciut historii, ale nie takiej… historycznej a bardziej związanej z nazwą zespołu. Sami przyznacie, że w dzisiejszych zblazowanych czasach Wasza nazwa jest bardzo kolorowa i … trudna.

Piotr: Mi się ona de facto przyśniła. A dokładniej, pojawiła się sama na granicy tuż przed zaśnięciem. Gdybym był wtedy zasnął to najpewniej by przepadła i teraz nazywalibyśmy się inaczej…

Udało się Wam dorobić do niej jakąś fajną filozofię? Coś, co przykuje uwagę gawiedzi?

P: Kiedyś nazywaliśmy się inaczej i z perspektywy czasu uważam, że dość wsiowo. Ale jako że w naszej muzyce nie ma póki co tekstów to długa nazwa jest niejako przeciwwagą dla tego faktu. Saczhor: W sumie nazwa wydaje na tyle intrygująca, że chyba nie potrzeba specjalnie już jej opisywać.

Ale skandować na koncercie się nie da. I jak zostaniecie gwiazdami, na  stadionach będzie problem…

P: Dokładnie. Były to czasy gg, ustawiało się opisy. I ja jej użyłem właśnie w tym celu. Pierwszy odezwał się Jacek Ścierański z pytaniem o co chodzi i czy to jakiś film czy co… QOTSA też ma ten problem…

Lubimy dziwne smaki

Lubimy dziwne smaki

Ale QOTSA ma tą furtkę, że wszyscy krzyczą „Hooomme” albo „Josh”. A kto z was jest w zespole taką gwiazdą? Czy nikt przed szereg nie wychodzi?

S: Poza tym chyba jakoś specjalnie w koncerty na stadionach nie celujemy. O, u nas czasem krzyczą imię Piotrka (śmiech). P: To moja mama… poza tym chyba jednak fakt zapuszczania bród na koncerty oraz przywdziewania szykownych strojów powoduje, że występujemy po części incognito.

Skoro już wiemy wszystko o nazwie, czas przejść do wizualek. Widziałem wasz koncert i trzeba przyznać, że Wasze stroje też mnie zastanowiły. O co chodzi – to jakaś manifestacja, chęć podcięcia się od świata, podkreślenie pewnego rodzaju bariery, za którą zaczyna  się sztuka? A może jeszcze coś innego?

P: No na pewno ułatwia nam to wyjście na scenę.

Nie mów, że się wstydzicie…

P: Nie powiem tego… S: Na pewno w połączeniu z nazwą stanowi to ciekawy koncept, który ma dodatkowo zainteresować publiczność i spowodować, że wizualnie też pozostaniemy w pamięci.

Czy to tzw. finalny produkt – bo mam wrażenie (albo nadzieję), że będziecie się w tym temacie jeszcze radykalizować… 

P: To nie jest finalny produkt. Zbieramy się w sobie, żeby tę stronę naszej działalności również dopracować. Na pewno plusem tej sytuacji jest to, że potem możemy spokojnie szpiegować publiczność. W każdym razie plan jest taki, żeby uprofesjonalnić nasz outfit, być może pojawią się maski, motywy zwierząt. Tym bardziej, że jest to jeden z elementów konceptu przyświecającego płycie. S: No ja jestem najgrubszy w zespole to mnie zawsze rozpoznają. W pewien sposób jest to gra, forma, ale wyszła dosyć naturalnie, ktoś nam kiedyś też zarzucił, że to szydera z tej mody na brody np., ale generalnie to nie o to chodzi, raczej o to, że nam słabo te brody rosną. U nas rzeczy długo dojrzewają w głowach, ale w sumie np. owoce dobrze później smakują. P: Choć oczywiście, trzeba wziąć pod uwagę, że lubimy dziwne smaki.

Granie instrumentalne jest łatwiejsze, czy po prostu trudniejsze jest znaleźć dobrego wokalistę?

P: Znalezienie odpowiedniego wokalisty nie jest proste, aczkolwiek w pewnym sensie jesteśmy już niemalże kwintetem. Choć czas pokaże i zweryfikuje czy w takiej formie się nam będzie dobrze grało. W każdym razie, na horyzoncie pojawił się człowiek, który może sprostać zadaniu. Jednocześnie prócz wokali obsługiwałby on również dźwięki generowane przez syntezatory itp. S: Tworzenie bez wokalisty wcale nie jest takie łatwe i wręcz bardziej wymagające, bo musisz opowiadać muzyką i nie przy okazji nie zanudzić słuchacza. Nie bronimy się przed wokalami, ale z drugiej strony chcielibyśmy aby głos był dodatkowym instrumentem.

Z drugiej  strony, jest to pewna bariera, która blokuje kolejne kroki na szczeblach kariery. Mimo wszystko…

P: Ach, ta kariera, sukces, nieustanne biesiady (śmiech). Nie wiem, po jakich szczeblach się wspinamy, ale kapele pokroju Belzebonga i Tides From Nebula pokazują, że można… S: Z drugiej strony dziś technika pozwala na wiele.G4

Ok, zmierzamy w stronę muzyki – bardzo podoba mi się to, że wasze utwory są czymś w rodzaju opowieści, mającej swój rytm i narrację. Czy przygotowując te kompozycje tworzyliście jakiś szkielet, pewien układ, wg którego prowadzona jest kompozycja, czy działo się to bardziej intuicyjnie?

P: Krótka odpowiedź?(śmiech)

Dłuuuuga…

P: Intuuuuuuuuuuuuuuuuuuicyjnie! Ale ta intuicyjność wynika z mieszanki naszych stylów i tego co nam w głowach siedzi. I z tego, że najlepiej nam wychodzi jak za dużo nie myślimy oraz przez tak zwany przypadek. Albo boskie natchnienie, jak zwał tak zwał… No bo jak już jest gotowe to potem zawsze można coś poprawić, nie? S: Ja uważam, że te różne doświadczenia po prostu się ze sobą dobrze zgrały, jakkolwiek czas powstawania tej płyty by na to nie wskazywał. Najgorzej ma Kalina (perkusista) bo od niego dużo zależy, więc poprawia.

A jak długo powstawała?

P: To pytanie, na które trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Sam proces nagrywania to jakiś rok, wydanie to kolejny rok. A to wszystko poprzedziły lata przygotowywania materiału.

To ile lat w sumie gracie?

P: Okrągłe 10… S: Chociaż do pewnego momentu to była trochę inna historia muzyczna, a czas powstawania płyty też był związany z bardzo prostym powodem, że jednak robiliśmy ją sami z pomocą przyjaciół i chcieliśmy zrobić dobrze a na to potrzeba środków i wszystko trwa trochę dłużej.

Jak w zasadzie dzisiaj możemy nazwać (zaszufladkować…) Waszą muzykę? W recenzji pisałem o post rockowych tropach, pojawił się i Mastodon i Tool…

P: Post-psychodela? S: Na tym też polega siła tego albumu, że nie da się jednoznacznie przypisać mu stylu. Nie wiem, czy koniecznie trzeba… Jakby heavy psych nie było zarezerwowane to by siadło. Tool – ja swego czasu zostałem zdominowany i krzyczeli na mnie, że wtórny jestem, ale jak wspomniałem, siła tego polega, że każdy wniósł od siebie swoje inspiracje. Jestem dosyć schematyczny – z kolei Piotrek dobrze te schematy składa i dodaje od siebie trochę surowej energii, Kalina i Saigon jako sekcja trzymają to w kupie, plus Piotrek ma stare multi Korga, które robi dużo fajnych rzeczy.

Psychodelia to fajne słowo, bardzo pojemne. Ale faktycznie, trudno Was sklasyfikować. Co też ma swoje konsekwencje – jak wiadomo, brak ostrych konturów powoduje, że potencjalni organizatorzy będą w kropce…

P: Na pewno nie zagramy na Brutalu, Mrągowo też odpada (śmiech).

Paradoksalnie, na  Brutalu mogłoby być ciekawie. Przy dzisiejszym eklektyzmie…

S: Hmmm, ja czytałem kiedyś wywiad z Cantrellem, że AiC tez nie mogli sklasyfikować i grali tak przed Soundgarden jak i przed Slayerem. Poradzili sobie jakoś. P: Co do brutala – na pewno byłoby to ekstremalne przeżycie.

Jest jeszcze progresja… Też pojemny termin, który zaczyna do takich zespołów jak Wasz pasować…

P: A tam nie trzeba grać solówek?

Niekoniecznie. Solówki są dzisiaj passé. Poza tym – co to w zasadzie jest solo?

 S: No, ale w sumie nie mamy jakichś progresywnych akordów, trzymamy się schematu 0-3-5-7. P: A to nie jest takie, że szybko i trudno i trzeba do tego robić miny? Wyciągać tak głowę do góry i kręcić ją na boki jak robisz takie podciągnięcie na strunie i tak długo trzymasz ten dźwięk? No chyba, że jest to solo na perkusji, to można poznać po tym, że światła świecą tylko na perkusistę.

Ale na pewno macie progresywną okładkę. Yes’ową.

P: Okładkę mamy psychodeliczną, wypraszam sobie!

Yes’owe okładki też były psychodeliczne. A może lepiej – bajkowe? Tak jak wasza.

P: Myślę, że odmienne stany świadomości są kluczowe, żeby wszystko stało się jasne. Jednak trop progresywnych kapel z lat 70. jest poprawny. Zabawiliśmy się tą formą. Również wrzucając obwolutę stylizowaną na OBI z japońskich wydań i wydając materiał po pierwsze na winylu. Choć z dołączoną płytą kompaktową. Dla entuzjastów nowych technologii nie ma osobnego wydania na CD.

Lata 70. Też dobry temat. Pobrzmiewa u Was, jak i lekkie narkotyki, acid rock. Może Hawkwind…

P: Co to są lekkie narkotyki? Aha, kawa i herbata! Czytałem ostatnio Twój wywiad z Entropią i myślę, że byśmy się dogadali z chłopakami, zresztą, nasza okładka to sztuka wizyjna. Polecam sprawdzić człowieka nazwiskiem Waldek Borowski.

Jest powinowactwo duchowe. Choć u Was mniej riffów stricte metalowych. Ale to dobrze. Im więcej kolorów, tym lepiej…

P: Zgadzam się…G2

Trochę odjechaliśmy, ale na koniec trzeba zejść na ziemię. Promocja, zwykłe życie, relacja praca – muzyka. Trudno to wszystko ogarnąć? Odsunąć codzienność od muzyki?

P: Muzyka jest pasją, hobby. Rzeczą, którą robimy w wolnym czasie. Jest gdzieś tam naszym sposobem na wyrażenie siebie, ale jednak wiadomo, na życie musimy zarabiać, no i niestety nie jest to muzyka. S: I tak i nie, mi obecnie na szczęście udaje się wpasować muzykę w życie i życie w muzykę, zespół też jest relacją, są momenty lepsze i gorsze, ktoś wcześniej bardziej się angażował np. w promocję, teraz ktoś inny. Pewnie można by bardziej cisnąć – teraz się staramy tym bardziej mając w rękach nasze dziecko, a dziecko podobno mobilizuje, choć z autopsji tego nie powiemy. A propos dzieci, jestem pro-choice, ale naszego akurat bym nie abortował. Jesteśmy też świadomi, że poza hobby i przyjemnością jest to praca i często całkiem ciężka. Piotrek nam podaje przykład Tides From Nebula i tego jak bardzo oni zapracowali na swój sukces.

To Wasz punkt odniesienia? Jesteście na ten moment gotowi, żeby np. rzucić wszystko i postawić na muzykę?

S: Myślę, że teraz jest też taki moment, że mamy tej siły więcej bo się bardzo z tej płyty cieszymy. Nie wiem czy jest sens teraz stawiać twierdzenie by rzucić wszystko, i postawić na muzykę; fajnie by było, ale na razie żyć z tego się nie da. Myślę, że dwa światy da się połączyć, może trochę większym kosztem zmęczenia, ale taki Terrordome to właśnie dobry przykład, chłopaki działają po pracy i powoli przynosi to efekty… P: To nie jest punkt odniesienia tylko dobry przykład, jakG3 również i Belzebong…

Macie jakiś ciekawy feedback odnośnie płyty? Rozkręca się machina? Recenzje, zaproszenia na koncerty itp?

P: Rozkręca się; dobrym pomysłem było wejście w kooperatywę z Tytusem z Unquiet Records. Dzięki temu sporo płyt poszło w świat. Nakład jest limitowany do 300 sztuk i myślę, że już lada moment będzie połowa. Myślę, że jak na winyla i możliwości propagandy to całkiem nieźle. S: Feedback jest dobry, recenzje pozytywne, płyty poszły do Francji Belgi i Holandii na przykład…

W takim razie – na koniec zostawiam Wam czas na wolne wnioski i interpelacje…

P: Ja ze swojej strony chciałbym Ci podziękować za lux recenzję na Violence…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Robert Urbański/Gosia Banaszek