THE FREUDERS – Dźwiękowe impulsy

Rock niejedno ma imię. Przekonuję się o tym, obserwując rosnącą, alternatywną scenę w Polsce, gdzie dzisiaj roi się od kolejnych, mniejszych czy większych projektów. Miejsce, gdzie jeszcze z dziesięć lat temu nieśmiało poruszało się kilka zespołów, z którymi nikt nie umiał sobie poradzić, bo to ani punk, ani siermiężne retro, teraz kipi od różnorodności, co bardzo cieszy. Szczególnie, że poziom jest zdecydowanie wysoki. Ot, jak chociażby w przypadku pierwszego z brzegu  – The Freuders. Zespół promuje wydany właśnie album 7/7, unikając zręcznie zaszufladkowania, zaskakuje jednocześnie rozmachem swojego debiutu. O szczegółach opowie gitarzysta Olek Adamski…

Zazwyczaj pada w takim miejscu pytanie o początki i nazwę zespołu. Cóż, początki mnie nie interesują, bo wiadomo jakie są, zaś nazwa… jak nazwa. Bardziej interesuje mnie co sądzicie o freudowskiej teorii na temat rzeczy Wam bliskiej, czyli kultury – Freud twierdził, że kultura jest min źródłem cierpień. Czy można to potraktować jako symboliczną ideę, na której opieracie działalność zespołu w kontekście naszej sceny?

Symboliczną jak najbardziej bo samo posługiwanie się symboliką jest nam bliskie. Lubimy takie rzeczy – podwójne i potrójne dna. Natomiast zmierzając do odpowiedzi na pytanie,Band wszystko co dostarcza bodźców jest źródłem cierpień. Kultura oddziałuje na zmysły a te nierozerwalnie połączone są z wyobraźnią. My tylko wysyłamy impulsy dźwiękowe, nie mając wpływu na ich odbiór i interpretacje, ale w moim odczuciu sukcesem jest jeżeli każdy słuchacz będzie miał inne wrażenia. Ale nie cierpimy będąc częścią rodzimej sceny muzycznej. Owszem, czasem sobie narzekamy i psioczymy na różne rzeczy, ale to chyba święte prawo wykonawcy.

Będę zatem wścibski – na co narzekacie najbardziej? Co na tej naszej rockowej scenie nadaje się do natychmiastowego resetu w/g The Freuders?

Akustycy, którzy przez cały koncert grają w pasjansa, serio. Mamy wrażenie, że to istna plaga, niezależnie od rozmiaru czy renomy wydarzenia. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że warunki akustyczne na próbie dźwięku potrafią różnić się od tych po zapełnieniu sali ludźmi. I tak dalej… Czasami prośba o zmianę poziomu głośności instrumentów w odsłuchu stanowi dla nich wyzwanie. Ja wiem, że nie zawsze się da tak jak chciałby zespół bo np. sprzęt jest stary czy gorszej jakości, ale gdyby chodziło tylko o to, nie miałbym pretensji i nie opowiadał takich rzeczy. Kiedy chce się kreować fajne brzmienie na koncertach po drugiej stronie trzeba mieć człowieka, który chociaż minimalnie poczuwa się do odpowiedzialności za to, jak to będzie brzmiało dla osób, które uczestniczą w koncercie.

Każdy zespół/muzyk zazwyczaj decyduje się na wejście na twarde deski sceny z jakiegoś powodu. Ktoś jest sfrustrowany i musi to wyrzucić (punkowcy), ktoś inny chce popisać się jak szybko przebiera kończynami (przeważnie metalowcy) itp., itd. A jeśli ktoś Wam zadałby pytanie „Po co gracie?” jaka padłaby odpowiedź?

Stary dobry przykład brzmi „Jeden zbiera znaczki, drugi chodzi na mecze a my gramy naszą muzykę„. Z jednej strony to nasz sposób na rozładowanie emocji, wyrzucenie z siebie paru rzeczy. Kto nie zaznał błogostanu grania koncertu, kiedy Twoja głowa i reszta fizyczności jest ponad wszystkim bo grasz, niech żałuje. Albo taniec. Dobry densing, kiedy jako słuchacz wyżywasz się na parkiecie, działa podobnie. Muzyka jako pasja i chęć przekazania czegoś komuś jest jeszcze o tyle uprzywilejowana, że najbardziej stymuluje wyobraźnię. Sztuki wizualne chcąc nie chcąc, zamykają się w obrazkach, od samego początku sugerują. Słowo pisane – książki, felietony, artykuły – ograniczone bagażem emocjonalnym danego użytego słowa. Dźwięki mają to do siebie, że odbierasz je jak tylko chcesz. To pełna swoboda wypowiedzi i odbierania. I to jest Twoje. I każdego z osoba może być najbardziej różne.

Fajnie to brzmi, ale gdzie tu, panie, koks, wódka i rock’n’roll?! Nie uważasz, że często intelektualnymi wypowiedziami staramy się zawoalować zwierzęcą potrzebę zwykłego wyżycia się? Kiedyś bodajże Rollins powiedział, że gdyby nie został muzykiem, najprawdopodobniej byłby mordercą…

Ja pewnie zostałbym historykiem sztuki, ale tu znów wbijam sobie intelektualny gwóźdź do trumny. Potrzebę zwykłego wyżycia się ująłem na samym początku swojej poprzedniej wypowiedzi, więc można ją w tym wszystkim potraktować jako sprawę priorytetową. Skłamałbym mówiąc, że dobrodziejstwa rock’n’rolla są nam obce i raczej nie posmakowalibyśmy ich wszystkich robiąc coś innego niż robimy, ale, bądź co bądź, granie muzyki to również kawał rzemiosła i warsztatu, który trzeba posiąść i systematycznie doskonalić. Z komórkami wypalonymi przez wódę z czasem mogłoby to stać się problematyczne, szczególnie przemnażając litry przez członków zespołu.

Zostawmy zatem przyziemne uciechy i przejdźmy do muzyki. A ta, muszę przyznać, nastręcza pewnych problemów, szczególnie dla ludzi uwikłanych w szufladkowanie. Jestem lekko bezradny, starając się ogarnąć muzykę The Freuders. Zastanawiam się, czy można powiedzieć, że to syndrom debiutanckiej płyty – ta chęć spróbowania z każdego kwiatka? Bo mamy tu i ciut tool’owej mordęgi, jest szczypta cold wave, lekka, shoegaze’owa blaza i indie rock gdzieś spod znaku The National. Sporo tego…

Nam samym ciężko to ocenić. Szczególnie teraz, kiedy od premiery już minęło trochę tygodni a mimo wszystko kurz na album jeszcze nie opadł. Rzeczywiście, „syndrom debiutanckiej płyty” może odpowiadać za ten miks inspiracji, które wyłapują słuchacze, ale w końcu to jest to co ukształtowało naszą estetykę muzyczną. Same utwory pochodzą z różnych okresów szczególnie, że „Never Talk to Strangers” oraz „Rosemary’s Baby” pamiętają jeszcze najpierwsiejsze nasze podrygi w studio . Na szczęście, mamy to już za sobą i spokojnie możemy czekać na „syndrom drugiej płyty”.

Dobra – ale jest chyba coś, co Was/Ciebie kręci najbardziej?? Jeśli miałbyś decydować się na jedną furtkę, bez artystycznej schizofrenii, w którą stronę byś się udał?

Ze wszystkich furtek, które liznęliśmy najbardziej kręci mnie ta z tabliczką Tool, ale któż to wie czy uda mi się za sobą pociągnąć chłopaków… W każdym razie już teraz obserwując powstający materiał jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że kierujemy się w te mocniejsze strony. Pojawia się sporo stonerowej dynamiki, ale czy będziemy w stanie zrezygnować np. z elektronicznych smaczków naprawdę ciężko powiedzieć. Może właśnie takie połączenia w przyszłości będą charakteryzować naszą muzykę?

Dźwiękowe impulsy

Dźwiękowe impulsy

W Waszym kontekście bardzo często pojawia się jednak etykietka „indie rock”. Zgadzasz się z tym, czy raczej nie uznajesz takiego opisu? Czy „indie” coś dla Ciebie znaczy, czy to bardziej „wytrych”, pozwalający określić to co nieokreślone?

Biorąc pod uwagę fakt, że określenie „indie” to nic innego jak skrót myślowy od „independent” to bardzo nasza etykieta. Jednak mam wrażenie, że na polskim rynku spłycona do określania chłopców z grzywkami i w conversach. My, niestety, coraz szybciej łysiejemy i coraz bardziej cenimy sobie wygodę skórzanego obuwia… Ponoć Kasabian i Kings of Leon są independent, czaisz coś z tego?

To jest właśnie piekiełko szufladek i subiektywnych, często pokręconych ocen. Ale fakt, że w tych bardziej mrocznych rzeczach, nawiązujących do dalekiego echa Joy Division kojarzycie mi się ze smutnymi chłopcami z Wysp. Co mi akurat bardzo odpowiada. A skoro przy niezależności jesteśmy – to co w zasadzie ten wyświechtany termin oznacza?

Między innymi fakt, że już przy debiucie mogliśmy sobie pozwolić na dwupłytowe wydawnictwo. Dla wszystkich brzmi to jak strzał w stopę bo przecież „się nie sprzeda”, „zbyt duże koszta” i tak dalej. Za wszystkim stoją pieniądze – Twoje lub czyjeś. O ile dla nas to wydatek, dla sponsorów i dużych wytwórni to inwestycja. Czym większa wytwórnia w Ciebie inwestuje tym mniej możesz, teoretycznie i praktycznie. Tak zwane „coś za coś”. Pętelka zaciska się na szyi bo jako ich artysta jesteś produktem, a w masowym produkcie ciężko o indywidualne cechy bo wiadomo, że jeżeli pomysł na danego artystę sprawdził się raz to prawdopodobnie sprawdzi się przy następnym wykonawcy. Gdy za wszystko odpowiadasz sam i wykładasz kasę, robisz to co Ci się podoba i tak jak Ty to widzisz, nie spec od wizerunku oraz strategii marketingowych.

Właśnie – dwie płyty. Nie uważam tego za strzał w stopę czy coś w tym stylu bo to rzecz ciekawa, ale fakt – intrygujecie. Zatem, masz możliwość wytłumaczenia o co chodzi i na ile jest to luźna improwizacja. Być może się narażę, ale a własne potrzeby skompilowałem najlepsze kawałki z 1 i 2 płyty i wyszedł album… idealny.

To bez wyjątków dzieje się w przypadku każdej produkcji, niezależnie od tego kto ją nagrywa i czy jest to jedna, dwie lub trzy płyty – niektóre numery traktuje się jak „odrzuty”, które słuchacz z premedytacją przewija chcąc dostać się do największych smaczków. Prawda jest taka, że w każdy numer włożyliśmy tyle samo serca. Część numerów powstawała na przestrzeni roku, parę dłużej, parę krócej ale z takimi kompozycjami jak obie części „Anamnesis” przeszliśmy w studio istną batalię. Nie dlatego, że ciężko się nagrywało, ale dlatego, że niektóre rzeczy robiliśmy pierwszy raz jak chociażby nakładanie na siebie pięciu ścieżek gitarowych różniących się od siebie subtelnościami, co ociera się o fetyszyzm. Nagrywanie liniowe daje sporo możliwości i tylko wyobraźnia może stanowić barierę. Nazwij to przerostem formy nad treścią, ale mieliśmy przy tym sporo radochy. Dlatego też materiał przeznaczony na debiutancki album podziFreuders okładkaeliliśmy na dwie części a każda z nich z pewnością ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Pierwsza płyta jest pedantycznie dopieszczona, nagrywana bardzo jednolicie, przy zastosowaniu jednakowych instrumentów, ukręcana w podobny sposób chcąc osiągnąć złoty środek idealnego koncept albumu. Drugi krążek to świadectwo naszego muzycznego hedonizmu – jeśli się nie mylę, samą perkusję nagrywaliśmy przy użyciu trzech różnych zestawów perkusyjnych. Kto przy zdrowych zmysłach tak teraz robi chcąc wydać coś pod jednym szyldem? Pozwoliliśmy sobie na improwizację i frywolność bo tacy też jesteśmy i chyba taka jest muzyka. Dużo sobie pozwalamy. Nikt nie lubi sztucznego plastiku, każdy lubi żywe emocje – bo wtedy coś się dzieje, następuje wybudzenie z letargu i marazmu. Specjalnie podzieliliśmy całość na dwie części, żeby nie mieszać w głowach tym, którzy opowiedzą się za The Freuders ułożonymi i stonowanymi jak z obrazka pierwszej płyty i tymi, którzy uwielbiają nasze sprzężenia, va banque,  à la zobaczmy-co-się-stanie, postawienie na żywioł aż do białego szumu.

Mam wrażenie że bardzo się poświęciliście przygotowując te materiał. Czy dzisiaj możesz powiedzieć że było warto? Traktujecie ten dopieszczony album jako przepustkę… no właśnie – do czego?

Oczywiście, że było warto! Zrobiliśmy to tak jak sobie wymyśliliśmy i to jest nasz wspólny sukces. Nie mamy dzieci i kredytów, więc nie kierowaliśmy się wizją wysokich słupków sprzedaży. Owszem, zależało nam jak najbardziej, żeby z tą płytą dotrzeć do jak największej grupy osób, mając jednak cały czas świadomość, że przez to jaka ta muzyka jest nie przyjmie się wszędzie z tym samym impetem. Co do przepustki… z pewnością nie do wielkiej kariery, ale to nawet lepiej. Ja to nazywam podprogową, bezpieczną drugą ligą. Nie grozi nam dzięki temu „jednosezonowość”. Nie puszczają nas w Esce i nie ma nas na bilbordach, ale coraz więcej osób wie, że istniejemy, gramy i wydajemy. Na propozycje też nie możemy narzekać a granie koncertów to trochę nasz taki mały żywioł. Oby więcej…

No to na zupełny koniec opowiedz co nas spotka z Waszej strony jesienią?

Jesienią czeka nas parę koncertów – nie będzie tego zbyt dużo (a przynajmniej nie tyle ile byśmy chcieli…), z pewnością będzie to Warszawa i Elbląg. Reszta czeka jeszcze na potwierdzenie i będziemy informować słuchaczy na bieżąco. W najbliższych tygodniach będzie też można zobaczyć efekty naszego pierwszego teledysku! Mamy również w planach zainwestowanie w tak próżne gadżety jak zespołowe koszulki – w nadziei, że ktoś będzie chciał je nosić. Do tej pory umiejętnie nie pozwalaliśmy o sobie zapomnieć i mam nadzieję, że szybko z tej wprawy nie wyjdziemy!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu