THE DOG – Jesteśmy zespołem hardcore

Pies jest bardzo zły. Kapie mu z pyska ślina, wściekle ujada i gryzie. Szybko, krótkimi seriami, ale bez litości. Jeśli nie jesteście gotowi na taką brutalną konfrontację, wyjdziecie ze spotkania z The Devil Comes At Night w bardzo złym stanie. To ring dla twardych zawodników, dla których hardcore jest punktem wyjścia, bazą, za którą jest w zasadzie wszystko – metal, crust, grind, w zasyfionej, maksymalnie szczerej i agresywnej wersji. Oczyszczający wyziew został przygotowany przez zawodników znanych i lubianych, co na różnych scenach i różnych składach się już obijali, zatem, wiedzą co robią. Niedawno rozmawialiśmy z Igorem Grudzińskim na temat debiutanckiej płyty Nightclub Fire, dzisiaj ten sam pan opowie, jak zaprzyjaźnić się z Psem. Zapraszamy…

The Dog – to oczywiście moje dywagacje – kojarzy mi się troszkę z karierą Government Flu. Na początku był pobocznym projektem a z9 czasem, trochę niepostrzeżenie, przemienił się w znaczącą siłę na krajowej i nie tylko scenie hc. Pamiętasz, kiedy poczuliście, że zaczyna się to wszystko rozkręcać?

To miłe, że zestawiasz nas z Government Flu, bo od pewnego czasu jest to chyba najsprawniej działający, polski zespół hardcore. Miłe jest także to, że mówisz o nas jako o „znaczącej sile na scenie”, he, he. Ja mimo wszystko pozostaję mocno sceptyczny, jeśli chodzi o ocenę własnej wartości. To prawda, że zainteresowanie naszym ostatnim album przewyższa wszystko to, z czym mieliśmy do czynienia dotychczas i chyba w momencie, gdy pojawiły się pierwsze recenzje, poczułem, że coś się dzieje, ale czy będzie z tego poważna sprawa, to tego już nie wiem. Niewiele było w historii polskiego punk rocka zespołów grających rzeczy z pogranicza powerviolence i klasycznego amerykańskiego hc, i myślę, że dzięki temu nasze ostatnie wydawnictwo przyciąga uwagę. W każdym razie wciąż nie czuję się nikim znaczącym.

Jak myślicie, czy jest to związane głównie z muzyką, czy może zainteresowanie podsyca mocny tytuł i jeszcze mocniejsza okładka płyty?

Mam nadzieję, że chodzi o muzykę. Nie będę nikogo oszukiwał twierdząc, że jesteśmy jakoś wyjątkowo oryginalni ani tym bardziej lepsi od innych, ale jeśli chodzi o nasze podwórko, to ciężko o podobne kapele pod względem stylistycznym. O okładce też słyszałem ciepłe słowa, więc może faktycznie jest w niej coś ciekawego. Ludzie boją się złoczyńców w maskach, więc widząc naszego Eddiego, podprogowo rejestrują mikroskok adrenaliny, a w związku z tym wzrasta ich czujność i później zainteresowanie. Konsultowaliśmy to z najlepszymi psychoanalitykami na świecie. Musi działać.

Jesteśmy zespołem hardcore

Jesteśmy zespołem hardcore

Musieli to być bardzo dobrzy psychoanalitycy, bo z ich pomocą nawet Obscene Extreme się Wami zainteresował. Zatem, nieuchronnie, wiązanka wspomnień z tego festiwalu. Był stres? Była adrenalina? I wreszcie najważniejsze pytanie – były wodospady alkoholu, z czego ta impreza słynie?  

My z Dawidem – basistą – przyjechaliśmy na miejsce jak ostatnie lamusy, bo zaledwie kilka godzin przed naszym występem, który odbywał się o 2:00 w nocy mniej więcej w połowie festiwalu. Niestety, tego samego dnia byliśmy jeszcze w robocie. Spodziewałem się, że na miejscu zastaniemy rzeczywistość taką jak w „Mad Maxie”, ale, o dziwo, było bardzo przyjemnie. Ludzie bez taśmy na każdym kroku, rzecz jasna, ale tacy, wiesz… w dobrym stylu. O alkoholu mógłbyś zresztą pogadać z naszym gitarzystą, Maćkiem, bo on siedział tam od początku, a gdyby mógł, to pewnie zamelinowałby się w Trutnovie kilka miesięcy wcześniej. Jeśli chodzi o stresik, to faktycznie, mieliśmy trochę rozbujane ciśnienie, bo zazwyczaj gramy dla 10 osób, a tam pod sceną mimo później pory było ich kilkaset. Nie mniej, będę to wspominał naprawdę dobrze i o dziwo, zagraliśmy wszystko równo.

I tu pojawia się kolejny wątek, mianowicie, hmmm, tzw. czystości rasowej. Czyli muzyki, która w zasadzie wymyka się klasyfikacjom, bo zwykłego hc/punka tu mało. Powerviolence też nie do końca, grind, owszem, ale jako dodatek. The Dog to taki „rasowy mieszaniec”… Co wy na to?

No, zgadza się. Myślę, że wpływ na dziwną formułę tego zespołu ma fakt, że w zasadzie każdy z nas ma nieco odmienny gust muzyczny. Maciek, który jest autorem większości riffów, siedzi mocno w scenie grindowej i zresztą gra w Ass To Mouth, zespole, który obecnie śmiga w ścisłej czołówce tejże sceny. Łukasz lubi melodyjny punk rock, Dawid słucha chyba głównie rapu, he, he, a ja to już sam nie wiem, czego słucham. Wszyscy lubimy jednak ultra-szybkie granie, które stanowi wspólny mianownik dla większości naszych nagrań. Bezpiecznie będzie po prostu powiedzieć, że The Dog jest zespołem hardcore.

Ale wydaje Was wytwórnia grind/metalowa… Było trudno znaleźć wydawcę?

Łukasz i Maciek dosyć dobrze znają się z Andrzejem, który prowadzi tę wytwórnię. Materiał mu się spodobał i chyba dosyć szybko podjął decyzję, żeby zrobić z tego CD. Everydayhate ma naprawdę rewelacyjny mechanizm dystrybucji muzyki i większość recenzji, które otrzymaliśmy, to głównie zasługa wytwórni.

Czy w związku z tym pojawiły się jakieś ciekawe propozycje koncertowe? Równie intrygujące/zaskakujące co Obscene Extreme?

Nasz znajomy przebąkiwał, że zaprosi nas na Festiwal Truskawka, który odbywa się w Świdnicy i to była chyba najciekawsza propozycja koncertowa, jaką dostaliśmy w życiu. Niestety, rzecz nie doszła do skutku i bardzo tego żałuję, bo urodziłem się w Świdnicy i bardzo kocham to miasto. Na przełomie września i października będziemy grali jakieś koncerty, ale raczej na klasycznych, scenowych zasadach. Opole to może za rok (śmiech). 13506998_1026558377458154_6724646848045901015_n

Brutalne czasy wymagają brutalnej muzyki. Czy „The Devil…” jest odpowiedzią na czasy, w których żyjemy?

Trochę tak. Ta płyta to na pewno w jakimś sensie skutek naszego życia codziennego. Z naszą generacją coś jest nie tak, chociaż nikt za bardzo nie wie co, i chyba to stanowi o jej wyjątkowości, he, he. Z kimkolwiek nie gadam, to każdy ma jakieś problemy. Moje teksty są zresztą mocno skierowane w kierunku „do siebie”, a nie „od siebie”, więc może nie do końca chodzi o brutalne czasy, ale o brutalność w nas samych.

Brutalność, która jest – chyba – efektem tych czasów. Problem w tym, że nie wiadomo o co chodzi. Bo przecież jest dobrobyt; w swoim otoczeniu nie widzę kogoś szczególnie biednego. Życie w porównaniu do czasów sprzed, nie wiem, dwudziestu lat, jest łatwiejsze. A jednocześnie poziom frustracji, złości i agresji jest niewiarygodny… Jak to wytłumaczyć?

Chyba właśnie o to chodzi, że rzeczywistość jest taka totalnie nieokreślona. Większość moich znajomych podobnie wiedzie raczej dostatnie życie, a przynajmniej takie, na które – biorąc pod uwagę całą światową populację – pozwolić może sobie jedynie mniejszość, ale to wciąż jest dla wszystkich za mało. Co chwilę wymyślamy sobie jakieś nowe rzeczy albo zasługi, które chcemy przytulić, i choć większość jest teoretycznie w naszym zasięgu, to realnie realizujemy tylko część zamierzeń. Człowiek ma chyba jakiś wrodzony instynkt ekspansji, nigdy nie może w niczym znaleźć umiaru i stąd frustracja. Ową frustrację zapewne można katalizować na różne sposoby, a cechą naszych czasów jest to, że wywołuje agresję i taką swoistą negację życia. Wszędzie wokół sobie widzimy jakieś bodźce. Świat nas tylko ciągle pobudza, ale jesteśmy za słabi, żeby na wszystko odpowiadać.

Niedawno czytałem wywiad z jakimiś dziennikarzami, którzy postanowili napisać reportaż o sytuacji w Europie czy na świecie; swoje zadanie rozpoczęli od tego, że na mapie świata, chorągiewkami zaznaczyli wszystkie miejsca konfliktów, począwszy od wojen, skończywszy na społecznych rozruchach. Kiedy skończyli i przyjrzeli się swojemu dziełu, najzwyczajniej się przestraszyli… Konkluzja? Świat jest u progu jakiegoś globalnego konfliktu. A stąd już tylko krok do stwierdzenia, że czeka nas jakiś kataklizm. Inny żurnalista (żurnalistka?) podróżował(a) po byłych republikach Ruskich i po samej Rosji i z przerażeniem odkrył(a), że tam ludzie najnormalniej na świecie wykupują żywność w sklepach, szykując się do wojny… Co o tym myślisz? Jest dreszczyk?

Ciężko powiedzieć… Ja jakiś czas temu złapałem się na tym, że o czasie po II Wojnie Światowej myślałem jako o okresie względnego pokoju. Prawda jest jednak taka, że to nie od wczoraj, ale od kilkudziesięciu lat wszystko wisi na włosku. Po inwazji w Zatoce Świń mogła wybuchnąć III Wojna Światowa. Podczas Wojny Yom Kippur prawie odpalono głowice nuklearne. Konflikt w Kongo z lat 90. był jednym z najbardziej śmiercionośnych w całej historii ludzkości, a ostatnie ludobójstwa w Europie wydarzyły się zaledwie 20 lat temu i w odległości kilkunastu godzin jazdy od mojego miejsca zamieszkania. Człowiek stworzył pewne pojęcia, dzięki którym uznał, że to co najgorsze to już się wydarzyło – Hitler, Stalin, Holocaust -i że raczej będzie lepiej. Jak pokazuje jednak historia, dziejowość ma charakter cykliczny i tragedia można wydarzyć się w każdej chwili. Nie czuję się bezpiecznie, ale wątpię, czy kiedykolwiek bym się tak czuł. Konflikt jest wpisany w naturę świata.

W sumie najbardziej mnie przeraża ta cykliczność, bo to jeszcze bardziej podkreśla w jakim dołku jesteśmy. Może zatem The Dog jest orkiestrą na Titanicu? Pasuje Ci taka wizja?

Myślę, że na tonącym Titanicu bardziej przydałby się O.T. Genasis z „I’m in love with the coco”.

Ok, to teraz trochę technicznych niuansów. Nagrywaliście w Satanic Audio – jak przebiegała sesja? Co zaskakującego Was spotkało?

Tak. Pomiędzy pierwszym i drugim dniem nagrywki zrobiliśmy sobie imprezę. To było zaskakujące. Poza tym wizyta przebiegła bardzo sprawnie. Większość rzeczy udało się położyć za pierwszym razem, na totalnym żywiole, co zresztą chyba trochę słychać… Z Haldorem mamy zresztą przetarte szlaki, więc bardzo szybko dochodzimy do konsensusu w kwestii dźwięku.13529254_1026558157458176_2001512498784972639_n

Brzmienie. Właśnie. Przyznam, że musiałem się do niego trochę przyzwyczaić, bo to opcja „potencjometr na full i wrzeszczymy”. O co w tym w zasadzie chodzi? Zachowanie chwili? Spontaniczność? Chęć uchwycenia maksymalnej agresji? Brak kasy? Próba odnalezienia istoty punk rocka?

Nie znam się za bardzo na kwestiach technicznych, ale ostatnio przeczytałem jakąś audiofilską recenzję ostatniej płyty Red Hot Chilli Peppers, w której gość ubolewał nad faktem, że obecnie całą muzykę nagrywa się w taki sposób, że każde pasmo ustawia się na maksymalną głośność. Nie byłem świadomy tego zjawiska, ale od momentu, kiedy autor mi je przedłożył, faktycznie zacząłem je słyszeć. Główną cechą punk rocka jest jednak bycie głośno. Czy to próba, czy koncert, czy studio – ma być głośno. Nawet jeśli cierpi na tym selektywność, a w związku z tym odpowiedni odbiór muzyki, to ma być głośno. I to była ideologiczna część odpowiedzi. A teraz praktyczna – bardzo możliwe, że gdybyśmy mieli sześć zer na koncie, to w studiu siedzielibyśmy tyle co Queen.

Na koniec zdradź może kwestię związaną z okładką. Kto pozował i w jakiej części Wrocławia zrobiliście fotę?

Fota powstała w taki sposób, że nasz znajomy ziomeczek, który prowadzi bloga Kitajgorod, robił w nocy zdjęcia sów na Górce Skarbowców we Wrocławiu. Kiedy wrócił do domu i wywołał film, to okazało się, że na jednym kadrze widnieje tajemniczy zbrodniarz z maską na ryju. Nie wiemy, kto to i autor zdjęcia przysięga, że na miejscu nie było nikogo poza nim…

No i mamy historię…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Maciek Smoliński (zdjęcia koncertowe)/Dawid Schindler(pozowane)