THE DEAD GOATS – jedyny przekaz to dobra zabawa…

Czy słowo sympatyczny pasuje do death metalu? Pytanie wydaje się być mocno retoryczne. Każdy odpowie, że absolutnie nie! Death metal musi być zły, groźny i bluźnierczy. Wszystko, co jest gdzieś obok, zasługuje na banicję i potępienie. Cóż, muszę zatem czytelników rozczarować, bowiem debiut The Dead Goats jest właśnie… sympatyczny. Duża w tym zasługa Psychoradka, znanego szerzej z gry w Neuropathii, który potrafi taki miły klimat stworzyć. Jeśli jednak na moment zapomnieć o tym, jakże niewygodnym incydencie, co rysą zaznacza się na gładkiej karierze The Dead Goats, muzyka z debiutanckiej płyty „Path of the Goat” to dźwięki tak bardzo rasowe, tłuste i klasycznie wręcz szwedzkie, że aż dziw bierze, kiedy zorientujemy się, że album został stworzony i nagrany wiele, wiele kilometrów od Sunlight Studio. Na przykładzie tej płyty widać, że nie szerokość geograficzna a autentyczne przekonanie i chęci decydują o tym, co znajdzie się na płycie. O kulisach powstania zespołu, muzyce, inspiracjach i wielu innych rzeczach gawędziłem sobie z wspomnianym gdzieś wyżej pałkerem, co się blastom nie kłaniał – Radkiem Royale…

 

Historia – dlaczego szwedzki death metal, dlaczego zdecydowaliście się  na nowy zespół i co zamierzacie z tym fantem zrobić?

Dlatego, że od dawien dawna inspirujemy się i czerpiemy garściami ze szwedzkiego stylu. To muzyka pełna luzu, zajebistej zabawy i pięknego, siarczystego brzmienia. Chcieliśmy zrobić coś od początku, coś, na co w danej chwili mieliśmy ochotę, czyli właśnie Kozły.

Jako nowa „nazwa” zaczynacie w zasadzie od zera, ale czy np.  Neuropathia czy Abused pomagają w tym starcie, czy raczej przeszkadzają?

Oczywiście, że pomagają, nikt z nas nie odcina się od przeszłości. Trzeba jeszcze nadmienić, że jeden z nas wcześniej zasilał grupę No Heaven Awaits Us. Wiesz, pewnie gdyby nie kapele, w których wcześniej się udzielaliśmy, wiele osób nawet nie sięgnęłoby po nasz materiał. Spójrzmy prawdzie w oczy: ludzie chcieli posłuchać, co to tam ponagrywali goście z wyżej wymienionych kapel.

Wszyscy zgodnie podkreślają, że „Path…” to prawdziwy, rasowy, szwedzki old skul. W jaki sposób zatem dotarliście do sedna tego brzmienia? Jak to się odbywało? Testowanie efektów, metoda prób i błędów czy jeszcze jakoś inaczej?

Hm-2, brzęczący bas plus pulsująca stopa – tak to wygląda (śmiech). Nic nadzwyczajnego, chcieliśmy takie brzmienie i tak to właśnie zrobiliśmy. Jedyne, co wyszło metodą prób i błędów, to wybór gitary. Mam nadzieję, że efekt ostateczny podoba Wam się tak samo jak nam.

Nowe kawałki są zajebiste, ale zauważyłem, przynajmniej w jednej recenzji oprócz mojej, że daje się wam delikatnego klapsa, za lekko przesadzoną długość niektórych pieśni. Kiedy teraz słuchacie tej płyty, nadal jesteście pewni, że wszystko jest dokładnie takie, jak być powinno?

Wiesz, jest kilka krzywizn, które po dziś dzień kaleczą mi ucho, ale to chyba jedyne rzeczy, które bym poprawił. Co do długości – wiesz jak jest: jeden lubi pomarańcze a drugiemu nogi śmierdzą. Co do reszty to jestem naprawdę zadowolony, bo tak właśnie chcieliśmy, żeby to wszystko wyglądało.

Dobra zabawa to podstawa

Dobra zabawa to podstawa

„Path…” to szwedzki death metal. Muzyka, która ewoluowała z prymitywnych form, do ostatnich, melodyjnych do wyrzygania płyt In Flames, które, o zgrozo, też są określane takim mianem. Co sądzicie o współczesnych bandach, które są wrzucane do tego samego worka co Wy? Co Was kręci, a które zespoły są godne co najwyżej splunięcia?

Moim zdaniem szwedzki death metal to nie tylko brzmienie, ale ten cały feeling, nazwijmy to ogólnie szwedzkim stylem grania. Zabawa muzyką bez spinania się. Wrzućmy  na ruszt takie kapele jak Abba, Ace Of Base, E-Type obok Hellacopters, Peepshows, Backyard Babies, potem Entombed, Dismember, Furbowl, czy inny Vvermin, tak samo In Flames, które uwielbiam. Kurczę, ja po prostu kocham ten szwedzki feeling! Przecież nawet Eagle Eye Cherry jest zajebisty. Co do nowych kapel to nie słyszałem ich zbyt wiele, jedynie Decomposed i Morbus Chron zapadły mi w pamięć, ale chyba tych bandów nie trzeba przedstawiać. Ciężko mi się słucha Entrails, jakoś tak z płyt zbyt sterylnie to wszystko wygląda, natomiast bardzo mi się podoba Revolting ze względu na zamiłowanie do horrorów.

Skoro przy muzyce innych grup jesteśmy – wymieńcie kanon, który zdecydował, że The Dead Goats jest dzisiaj tym, czym jest…

To dziecinnie proste: Nihilist, Entombed, Dismember, do tego cała masa szwedzkiego d-beatu, chory klimat Autopsy i uwielbianego przeze mnie rip-off bandu Murder Squad.

Kilka słów na temat studia – długo musieliście poić realizatora wódką, żeby „ukręcił” Wam takie „złe” i syfiaste brzmienie? Jakie instrumenty były do tego potrzebne?

Piotr Polak, właściciel i główny realizator nagrań w Studni, to nasz dobry kolega, który zresztą przez dłuższy czas grał ze mną i z Jaworem w Neuropathii. Wiedział, co się będzie święcić i czego oczekujemy od sesji nagraniowej. Brzmienie to Hm-2 na czystym kanale, naprawdę nic wielkiego, po prostu nie wolno się bać rozkręcać to cudo na maksa.

Muzyczna rasa „Path…” idzie w parze lekko prześmiewczą postawą. Trudno bowiem nie uznać okładki płyty za pastisz, także na koncertach jesteście raczej weseli i skłonni do żartów. Czy to wypływa z Waszej natury, czy chęci zdystansowania się od powagi, która często towarzyszy muzyce death metalowej?

Nie pozujemy na kogoś, kim nie jesteśmy, zresztą widać to na zdjęciach – takie tam chłopaczki spod baru (śmiech). Wydaje mi się, że inaczej cię ludzie odbierają, kiedy jesteś sobą. Kiedy zdarzy ci się wtopa podczas grania, po prostu się uśmiechasz i jedziesz dalej. Przecież tutaj chodzi o dobrą zabawę, o poczucie, że to się dzieje naprawdę.

Właśnie – traktujecie death metal ogólnie – jako dobrą zabawę, czy są też zespoły, które znaczą dla was coś więcej niż tylko hałas i zapieprzająca perkusja?

Powtórzę raz jeszcze: jako dobrą zabawę i muzykę, która zajmuje większą część naszych serc. Trudno mi powiedzieć o samych zespołach, ja po prostu odbieram muzykę i nie dorabiam do tego żadnej ideologii.

Skoro przy radości jesteśmy – nie uważacie, że metalowa scena w Polsce jest strasznie napuszona, „zła” i przesadnie poważna, do tego stopnia, że zespoły, które mają choć cień poczucia humoru są uważane za nie – „trv”?

To prawda, wiele kapel pozuje na bardzo złe i groźne. Pewnie to część ich image’u, więc nie ma co się dziwić, choć dla mnie jest to trochę niebezpieczne. Dużo zależy od tego, jak ten image naprawdę wygląda od strony backstage’u.

Na dzień dzisiejszy, sytuacja The Dead Goats wygląda tak: muzycy związani z black metalem i grind core’m grają szwedzki old school dla publiczności hardcore’owej. Coś w tym jest, czy to raczej przypadek? A jeśli przypadek, kto powinien być Waszym odbiorcą? Zagralibyście na Metalmanii?

Oczywiście, że byśmy zagrali! Jesteśmy młodym zespołem, chcemy grać i pokazać się jak najszerszej publiczności. Bez spinki, na luzie, cały czas staramy się obracać tak samo na scenie punkowej, jak i tej związanej z brutalną muzyką. Wierzę, że jest wiele osób, które nie zamykają się na jeden gatunek muzyczny i to właśnie dla nich gramy.

Strasznie mi się podoba, że na żywca wszyscy trzej udzielacie się wokalnie. To rzadka sprawa a w Twoim przypadku wręcz unikatowa. Jak wygląda zatem podział „obowiązków” wokalnych w zespole?

Obowiązki wokalne należą do wszystkich, ja staram się jak mogę, ale nie wszystko wychodzi tak jak bym chciał. Nie jestem wymiataczem, który potrafiłby odwzorować na koncercie wszystko, co zrobił w studio, dlatego też wiele moich partii wokalnych ogarniają chłopaki. Staramy się to robić tak, żeby wszystko miało ręce i nogi.

Idąc tym tropem – czy macie ludziskom coś konkretnego do powiedzenia? Jest jakiś message czy raczej unikacie nauczania?

Jedyny przekaz to dobra zabawa. Nie mam nic więcej do dodania.

Jakie macie oczekiwania względem płyty – chcecie coś konkretnego osiągnąć, czy po prostu krążek jest, a my se gramy kilka sztuk?

Trudno powiedzieć. Nie jestem człowiekiem, który ma parcie na sławę. Nagraliśmy materiał i nie zdawaliśmy sobie sprawy, że zostanie tak dobrze przyjęty. To już jest dla nas szczyt marzeń. Teraz trzeba tylko utrzymać dobrą formę. Jeśli nam się uda grać dalej i jeszcze nagrywać to będzie naprawdę super, a reszta? Reszta się jakoś potoczy.

Skoro przy koncertach jesteśmy – będziecie supportować Nasum. Jakie uczucia w związku z tym koncertem Wam towarzyszą? Czego sie spodziewacie i jaki macie stosunek do „tego” Nasum i tego typu „pożegnań” ze sceną?

Nasum – bomba! Szkoda tylko, że nie ma już człowieka odpowiedzialnego za to, czym Nasum tak naprawdę był. Uczucia są miażdżące, powiem szczerze, że już teraz odczuwam niesamowity stres z tego powodu, że musimy się tam pokazać z jak najlepszej strony. Wiem o tym, że pewnych spraw się nie przeskoczy i musimy dać z siebie 200%, bo takie kapele jak Nasum, Black Breath czy Antigama grając na 50% swoich możliwości i tak pozamiatają.

Na koniec – co z Waszymi macierzystymi zespołami – będą płyty czy na razie skupiacie się w 100% na Kozłach?

Skupiamy sie w 100% na The Dead Goats i to jest w tej chwili nasz priorytet.

Plany na najbliższe miesiące?

W najbliższym czasie zagramy kilka koncertów, na które serdecznie wszystkich zapraszamy. Piszemy już nowe numery, a reszta niech zostanie tajemnicą, bo będzie się działo dużo! Serdecznie pozdrawiam. Radek Royale

 

Rozmawiał Arek Lerch