THE BLACK TAPES – sprawdzamy, na co nas stać

Czarne Taśmy nic sobie nie robią ze zmieniających się mód i nadal grają energetycznego punk rocka. Ok. Zagalopowałem się. To punkowe wersje The Who, grane z melancholią godną starych kapel indie, przefiltrowanych przez „warszawskość” zespołu. Który równie dobrze mógłby powstać np. w Bergen. Po dwóch, wypełnionych czadowymi rockl’n’rollami płytach, grupa odświeża swoją pierwszą demówkę i zestawia ją z najnowszymi nagraniami z ep – ki „Middle Class”, unaoczniając zaskakujące zmiany, jakie zaszły w ich muzyce. Jest jak zwykle melodyjnie, ale też i nieco spokojniej, burza mózgów ustępuje miejsca pewnej nostalgii, robi się… inaczej. Jednak – co jest chyba domeną zespołów dojrzałych – nawet w tych lirycznych momentach słychać wyraźnie, że grają Czarne Taśmy. Pozostał  zadzior, melodia i ten specyficzny luz, który powoduje, że The Black Tapes brzmi zdecydowanie nie – polsko. Przed państwem wokalista zespołu – Wiśnia.

 

Trochę wody brudnej upłynęło w Wiśle, stąd proste, choć raczej niełatwe pytanie – na jakim etapie kariery znajduje się obecnie The Black Tapes?

Wiesz, my nigdy nie zakładaliśmy, że będziemy z The Black Tapes robić „karierę”. Zresztą, umówmy się, ten nasz rynek muzyczny to jest jakaś skarlała, parodystyczna wersja prawdziwego rynku muzycznego. Tu kariery będą robiły dinozaury polskiego rocka, a potem ich dzieci i wnukowie i tak do usranego końca świata… Wszystko co przydarzyło się nam przez ostatnie 6 lat, te wszystkie koncerty i duże festiwale – nigdzie się nie wpraszaliśmy, dość powiedzieć, że nie mamy żadnego menadżera, wszystko załatwiamy sami lub z pomocą przyjaciół. Gramy swoją muzykę i cieszymy się, że ktoś to docenia, ale o karierze nie ma co mówić. Gramy dalej, chcemy zrobić nowy album, spójny stylistycznie, trochę odbiegający od tego co można było usłyszeć na poprzednich płytach…Zobaczymy co przyniesie życie.

Możesz jakoś podsumować okres, po wydaniu  płyty „Shipwreck” – gdzie zagraliście, czego nie udało się zdziałać na krajowej niwie hałaśliwego grania?

Zagraliśmy trochę koncertów zarówno jesienią 2010 czyli bezpośrednio po wydaniu płyty jak i wiosną 2011, gdy zagraliśmy fajną trasę w towarzystwie warszawskich rozbójników z The Stubs, no i wystąpiliśmy po raz drugi na Openerze, tym razem na głównej scenie. To chyba największa scena na jakiej kiedykolwiek graliśmy. Jesienią z kolei robiliśmy nowe numery, które nagraliśmy zimą i wydaliśmy jako „Middle Class” EP wiosną bieżącego roku.  Cały czas coś się dzieje, mimo, że nie z taką regularnością jakbyśmy chcieli, ale tak to już bywa.

Najnowsze dzieło wyraźnie pokazuje, że TBT biorą lekki zakręt, szczególnie, kiedy porównamy nagrania z debiutancką demówką. Czy nowe utwory są faktycznie zwiastunem zmian, czy tylko eksperymentem, na który pozwala niezobowiązująca w sumie forma jaką jest ep-ka?

Są zwiastunem zmian. Ludzie się zmieniają, a wraz z nimi to co tworzą. Słuchamy tony różnorodnej muzyki więc mamy z czego czerpać inspiracje i myślę, że doszliśmy do takiego etapu gdzie możemy spokojnie pokombinować i przełamywać jakieś bariery twórcze zachowując nasz własny styl. Kocham ten moment, gdy puszczam nowe kawałki znajomym, a oni się pytają co to za zespół? Chcemy zaskakiwać, również samych siebie, stąd nasza wewnętrzna potrzeba zapuszczenia się w rejony dotąd dla nas niedostępne.

Delikatne odejście od typowego, rock’n’rollowego łojenia zwiastują przede wszystkim gitary, którym z jednej strony bliżej do Wysp a z drugiej do klimatów Dinsaur Jr czy Sonic Youth, co w sumie wypada niezwykle smakowicie. Nie nazwałbym tego jakimś odkryciem, ale czuję, że testujecie nowe możliwości, mam rację?

Dokładnie. Sprawdzamy na co na stać. I uważam, że stać nas na dużo i, co bardzo ważne, przy zachowaniu nas samych w tej muzyce.  Gramy muzykę gitarową, zawsze tak będzie, więc gitara jest tym motorem zmian, zresztą Bolek jest przecież głównym kompozytorem w zespole. Staramy się teraz różnie rozkładać akcenty, gitara czasami ustępuje pola klawiszom, chowa się za wokalem, ale cały czas to jest muzyka gitarowa i tam dzieje się najwięcej.

Kto podjął decyzję, żeby wydać nowe nagrania razem z „Black City”?

sprawdzamy, na co nas stać

sprawdzamy, na co nas stać

Chcieliśmy wydać nowe kawałki na winylu. Arek z Anteny Krzyku zaproponował, że może też wydać je na CD, ale cztery numery to trochę za mało, stąd pomysł przypomnienia „Black City”. To wyszło w 2007 roku nakładem naszych znajomych z Warsaw City Rockers, ta płyta w sumie trafiła pewnie tylko do niewielkiego kręgu znajomych, więc fajnie jest ją przypomnieć.

W recenzji ep – ki zasugerowałem, że nowe nagrania to takie wyjście z garażu i wejście na salony – czy tak może traktować „Middle Class”, jako chęć  zaprzyjaźnienia się z radiem?

Wiesz, w radiu nas i tak puszczali, te nowe kawałki tez już gdzieś tam lecą, ale na równi ze starymi. Zresztą, polskie radio to jest jeden wielki syf, w tym morzu gówna i tandety jest może kilka wysepek normalności i tam nas grają, niezależnie od tego czy napierdalamy czy próbujemy grać inaczej.

 Słuchając tych  nagrań wasza muzyka skojarzyła mi się też z melancholią znaną z „Mariposa” Rein Sanction – czy znacie ten zespół, czy to tylko moje koślawe wymysły?

Ja nie znam zbyt dobrze, ale teraz poznam dokładniej. Generalnie Bolek dobrze zna to, co na przełomie lat 80 – tych i  90 – tych nazywano „indie”, więc nie dziwię się, że przychodzi ci na myśl stary Sub Pop.

Zastanawiam się, co tkwi na dnie waszych dusz – kiedy czujecie się lepiej – grając np. „Lost In The Playhouse” czy np. “Love Letter”?

Ja lubię grać „Love Letter” na koncertach, bo to jest nasz najbardziej znany numer i zawsze ludzie fajnie reagują na ten kawałek. Z drugiej strony nowe piosenki zawsze gra się chętniej niż stare, bo młodsze dzieci są zawsze oczkiem w głowie rodziców.

Czy można zaryzykować twierdzenie, że w Waszej muzyce odbija się trochę życiowa stabilizacja – jest praca zawodowa, rodziny, dzieci w drodze itp.? Myślicie, że lepiej zachować zdrowy balans między salą prób a domowymi pieleszami, czy nie da się tego oddzielić? 

Ciekawe, nie myślałem o tym. Może to ma jakiś wpływ na muzykę? Z drugiej strony ten zespół powstał dlatego, że Dawid z Bolkiem chcieli sobie pograć w stylu Hellacopters, ale przecież nie da się tak ciągnąć przez 6 lat robiąc ciągle te same numery. Nasza muzyka zmieniłaby się chyba niezależnie od tego jakby nam się powodziło w życiu pozamuzycznym, ale w sumie jako stary marksista muszę przyznać, że podoba mi się ta Twoja teoria, w końcu to byt określa świadomość .

Często podkreślacie swoje powinowactwo z punk rockiem – jak dzisiaj postrzegacie dziedzictwo tego gatunku? Myślicie, że to nadal muzyka, która może zmieniać umysły czy już tylko konfekcyjna moda?

Zawsze miałem problem z takim analizowaniem. Jak patrzę dzisiaj na scenę hardcore/punk to odbieram dziesiątki sprzecznych ze sobą komunikatów i nie jestem w stanie tego objąć na tyle, żeby wygenerować jakąś spinającą to wszystko opinię. Mogę ci tylko powiedzieć, że nadal chodzę na punkowe i hardcorowe koncerty, mamy swoje inne zespoły, w którym gramy ciągle tą muzykę. Old punks never die!

Zastanawia mnie tytuł płytki. Klasa średnia była bowiem ulubionym punktem ataku hc/punkowców. Żeby daleko nie szukać, sam Rollins powiedział kiedyś, że ludzie ze średniej klasy są największym zagrożeniem społeczeństwa – nie buntują się, pracując grzecznie latami, potem dostają od szefa pamiątkowy zegarek, idą na emeryturę, strzyka ich w krzyżu i w końcu umierają. Podejmujecie podobny punkt widzenia, czy to coś zupełnie innego? Czy w Polsce możemy w ogóle mówić o „klasie średniej”?

Uwielbiałem tę krytykę, dzięki tej agresji wobec społeczeństwa hardcore/punk zawsze wydawał mi się bliski. Z drugiej strony zobacz w jakim społeczeństwie narodził się ten cały ruch, w jakiej klasie społecznej? To byli Amerykanie, bogatsi niż inni na świecie, i to zwykle biali i płci męskiej. Ja może i jestem radykalny ale staram się odrzucać ten podział na „my” i „oni”. Nawet, gdy śpiewam w „Middle Class”, że „mógłbyś mówić do mnie najgorszym językiem jaki znasz, ja i tak zrobię wszystko, żeby być takim jak ty” to zastanawiam się, na ile śpiewam o kimś, kto jest maniakalnie nastawiony na korporacyjną karierę, a na ile o każdym z nas. Zawsze staram się przedstawić wszystko w tekście tak, żeby nie wynikało z niego jednoznacznie kto jest zły a kto dobry, bo świat w którym żyjemy definiuje każdego z nas bardziej niż jesteśmy w stanie zdać sobie z tego sprawę. Każdy z nas jest trybikiem w tej maszynie, ważne żeby czasem umieć rzucić piachem w te tryby, tego bym chciał.

Jeśli mielibyście wskazać jeden kawałek, który będzie najbardziej reprezentacyjny dla kierunku, w którym zmierzacie – jaki byłby wasz wybór?

Nie wiem, nowe utwory są w fazie koncepcyjnej dopiero, mamy wstępne szkice kilku, ale ich aranżacja może je całkowicie zmienić więc na razie nie jestem w stanie nic powiedzieć. Poza tym jak wspomniałem lubimy zaskakiwać, więc i tak bym ci nie powiedział he, he.

Na jakim etapie są prace nad nową płytą, kiedy poznamy efekty itp.?

Mamy nadzieję nagrać wszystko zimą i wydać wiosną 2013.

W jakimś wywiadzie wyczytałem, że macie raczej dość mierne zdanie na temat robienia tzw. kariery na tzw. zachodzie. Czy faktycznie nie widzicie szans dla polskiej muzyki, która z zasady jest „odtwórcza”? Osobiście znam kilka zespołów, które są na tyle oryginalne, że miałyby przy jakimś wsparciu szansę na „zaistnienie”. Pomijam tu „sukces” Behemoth i „klapę” Myslovitz –  ciekawe, że w obydwu przypadkach wnoszenie „drewna do lasu” dało tak zaskakująco różne efekty…

No, ale scena metalowa to jest trochę inna bajka. Polskie zespoły od lat robią dobrą robotę w tym temacie i są znane zagranicą. A reszta? W niszach może coś tam wojujemy (Kapela ze Wsi Warszawa, projekty Macia Morettiego też grają dość często poza granicami naszego kraju) ale w mainstreamie jesteśmy tak ciency, że tu się nie ma czym interesować. Myslovitz zrobił na nas wrażenie, jak graliśmy z nimi w Jarocinie, tam się wszystko zgadzało jak w szwajcarskim zegarku, ale muzycznie to nie zrobi wrażenia na słuchaczu z Anglii czy Niemiec. To jest tak jakbyśmy wszyscy jeździli po podwórku, a potem nagle chcieli zawojować tory Formuły 1. Nasz rynek muzyczny musiałby zacząć przypominać normalny rynek muzyczny i wtedy moglibyśmy na coś liczyć. A tak to jesteśmy jakimś kuriozum zupełnym, ci wszyscy Bracia, Golce, Zakopower, Bajmy, Kulty i inne chuje muje. Co to jest w ogóle!?

Na zakończenie – co teraz będzie się z Wami działo, jakie są plany koncertowe, promocyjne, życiowe?

Jesienią gramy trochę koncertów w Polsce, wkrótce powinniśmy dopiąć wszystko i damy znać gdzie i kiedy gramy. Wiosną może uda nam się wypuścić nowy album i znowu trochę z nim pojeździmy i pogramy.

Ostatnio moim ulubionym pytaniem, które chyba za często powtarzam w wywiadach, jest poruszanie kwestii winylowego szaleństwa i zmierzchu ery kompaktu, w rozmowie z Government Flu to nawet chyba Borsuka mocno nim „poruszyłem”. Jakie Wy macie na temat czarnych placków zdanie?

Winyle rządzą. Płyt CD nikt już nie kupuje! Jakbym miał wydać „Middle Class” na CD to bym z torbami poszedł a jak wydałem na winylu to jestem bliski tego, żeby wyjść na zero he, he. Poza tym ja się wychowałem na winylach, mój ojciec miał dużą kolekcję czarnych placków…Tam wszystko masz większe, okładka jest ogromnaaa, a jak już jest gatefold to w ogóle mam wrażenie, że obcuję z małym dziełem sztuki. Winyl + digital download – to jest przyszłość!

Na „do widzenia”  – dlaczego kasety są czarne a nie białe?

Nigga, pliz…

Rozmawiał Arek Lerch