THE 11th HOUR – Doom metalowe brzemię

Ed Warby jest przede wszystkim znany z grania na bębnach w legendzie holenderskiego death metalu Gorefest, zespole, z którym odnosił spore sukcesy na początku lat dziewięćdziesiątych, a ostatnio z Hail of Bullets, gdzie połączył siły z ludźmi z Asphyx i Thanatos. Jest od lat zaangażowany w całą masę projektów, ale najbardziej osobistym jest The 11th Hour – jednoosobowy doom metalowy zespół, który pod koniec 2009 roku wypuścił debiut „Burden of Grief”. Ed aktualnie kończy prace nad drugim albumem, więc postanowiłem zapytać go o kilka spraw.

Jak doszło do założenia The 11th Hour?

Pierwotnie był to pomysł Roggi Johanssona, który zaprosił mnie do swojego doomowego projektu, który jednak nie wypalił, ale zrobiliśmy za to płytę Demiurg „The Hate Chamber” w 2008 roku. Później sam zacząłem myśleć o zespole i zaprosiłem Roggę, żeby nagrał growle. Inspiracją do stworzenia The 11th Hour była śmierć rodziców, odpowiednio w 1995 i 1999 roku. Zmarli na rozedmę płuc. Z tą samą chorobą zmagała się moja siostra, ale na szczęście to już przeszłość. Przeszła transplantacje i ma się dobrze. „Burden of Grief” jest jej dedykowana. Nigdy nie znosiłem wesołej muzyki, więc za cokolwiek się nie złapię wychodzi z tego rasowy death metal, jaki gramy z Hail of Bullets albo posępny doom.

Jest kilka ciekawych jednoosobowych doomowych projektów. Między innymi Doom:VS, czyli Johan z Draconian czy The Howling Void ze Stanów. Czemu ty również zdecydowałeś się zrobić wszystko sam?

Jak rozumiesz, The 11th Hour to dla mnie bardzo osobista sprawa. To była świadoma i zaplanowana decyzja, że podejmuję się tego na własną rękę. Rogga pomógł mi przy tekstach w kilku miejscach, ale jeśli chodzi o muzykę, napisałem ją sam od początku do końca. Miałem bardzo jasny i sprecyzowany obraz, co chcę osiągnąć. To nie mogło odbyć się inaczej.

Jesteś głównie znany z Gorefest, Hail of Bullets czy Elegy. W The 11th Hour wziąłeś na siebie nagrywanie wszystkich instrumentów i wokale. Czy to było poważne wyzwanie?

Nie jestem na tyle szalony, aby uczyć się od początku gry na wszystkich instrumentach po to, by nagrać tę płytę. Śpiewałem już od dłuższego czasu, głównie na demówkach. Na gitarze gram od 2005 roku. Chciałem wnieść więcej do reaktywowanego Gorefest i zacząłem pisać numery. Jeśli zależy mi na czymś, szybko się uczę. Nie będę nigdy gitarowym wymiataczem, ale gram przyzwoicie. Bas to dość naturalna rzecz dla mnie. Grając tyle lat na bębnach wiem, na czym polega gra na nim. Klawisze są programowane. Można by próbować nagrać je na żywo, ale to nie było konieczne.

To się pewnie wiązało ze sporymi wydatkami na sprzęt. Twój kontrakt z Napalm Records był w stanie to pokryć?

Nie miałem zbyt wiele doświadczenia, więc straciłem sporo czasu i pieniędzy szukając odpowiedniej gitary. Na początku sięgnąłem po Gibsona, ale nie nadawał się do tak niskiego strojenia. Potem próbowałem Epiphone i Ibaneza, ale to wciąż nie było to. Dopiero, kiedy wpadł mi w ręce Schecter wszystko było jasne. Kasa z kontraktu ledwo starczyła na pokrycie kosztów studia, ale miałem kupę szczęścia, bo ludzie z Schectera zaproponowali mi ekskluzywny deal, który podreperował trochę budżet.

Jak trudno jest napisać i nagrać płytę w pojedynkę?

To wielkie wyzwanie. Uczyłem się wszystkiego na bieżąco, krok po kroku. Gra na instrumentach to jedno, jest jeszcze oprogramowanie do niego, cały proces edycji i obróbki dźwięku, aranżacji partii klawiszowych. Jak miałem już materiał, przesłałem go Ronniemu Bjornstomowi do Szwecji, który robił miks. W pierwszej kolejności zaprogramowałem sobie perkusję, na czym opierałem całe kompozycje. Potem nagrałem bębny na żywo i ścieżki gitar i basu. W międzyczasie stworzyłem orkiestracje i pomysły na wokale, które nagrałem na końcu, razem z solówkami. Cały proces zajął mi około roku. Właściwie nagrałem album dwa razy, ponieważ pierwsze podejście mnie rozczarowało. Jestem perfekcjonistą.

Jak poznaliście się z Roggą?

Przez forum Global Domination. Zaczęło się od jego projektu, który ostatecznie wypalił jako Demiurg. Znaczy się, przed nagraniem „Burden of Grief” mieliśmy już ze sobą doświadczenie. Zabawna sprawa, ale nigdy nie spotkaliśmy się osobiście, choć dogadujemy się kapitalnie.

Pierwotnie The 11th Hour było projektem studyjnym, ale nadarzyła się okazja i…

Zdarzyło się kilka rzeczy, które doprowadziły do tego, że koncertujemy. Zainspirowała mnie znajoma gitarzystka Petra Guijt, która zaproponowała swoje usługi. Wcześniej w ogóle nie brałem tego pod uwagę. Goście robiący spory festiwal Dutch Doom Days w Rotterdamie zaprosili nas. Zagraliśmy tam nasz pierwszy gig. Miał być to tylko jeden występ. Dołączyło do nas dwóch gości z Officium Triste, udało się skompletować skład. Ten koncert był dla mnie czymś niezwykle emocjonalnym. Między innymi dlatego, że była tam moja siostra. Wiedziałem, że nie chcę na tym poprzestać. Na razie mamy na koncie około dziewięciu występów. Aktualnie w składzie jest Frank z Gorefest. Będziemy na Dublin Doom Day we wrześniu 2011.

Tytuł otwierającego płytę kawałka „One Last Smoke” kojarzy mi się z kampanią antynikotynową. Jest coś na rzeczy?

Nie chciałem robić albumu z przesłaniem przeciwko paleniu, ale biorąc pod uwagę, że moi rodzice byli jego ofiarami, śmiało mogę powiedzieć, że nie jestem fanem papierosów. Numer jest o tym, że ludzi nic nie powstrzymuje od uzależnienia, mogą leżeć i umierać, ale nie potrafią odmówić sobie fajki. Nie umiem tego pojąć, ale nigdy nie byłem palaczem.

Czy nagranie płyty było dla Ciebie pewnym katharsis, przyjąłeś tytułowe „brzemię”?

Nie, śmierć ojca spowodowała u mnie czteroletni okres emocjonalnej katatonii. Dopiero po odejściu matki udało mi się z tego wyjść. Nauczyłem się żyć z tymi doświadczeniami i emocjami, ale one wciąż siedzą głęboko we mnie. Pisanie i granie numerów The 11th Hour to pewien sposób na radzenie sobie z nimi. Część tekstów jest dla mnie niezwykle osobista, więc śpiewanie ich na żywo łączy się z wielkim ładunkiem emocji.

Jako perkusista z reguły siedzisz sobie gdzieś z tyłu. Teraz bierzesz gitarę i w dodatku śpiewasz na froncie. Czujesz presję?

A jak myślisz? Kiedy wyszedłem na scenę po raz pierwszy z The 11th Hour, cały się trząsłem, nie mogłem ustać w miejscu, myślałem, że mam atak serca. Mam podobnie przed każdym koncertem. Lubię moje miejsce z tyłu za bębnami, ale powoli dojrzewam do roli frontmana, choć nie jestem zbyt wylewny w dialogu z publicznością.

Frank Harthoorn, również były muzyk Gorefest, gra na żywo z The 11th Hour. Poza tym nie jest specjalnie aktywny muzycznie. To się też tyczy pozostałych dwóch. Wypalili się? Ty przecież jesteś bardzo produktywny.

Jak Gorefest rozpadł się po raz pierwszy Frank grał z jakimś lokalnym zespołem. Jan-Chris i Boudewijn stracili zainteresowanie metalem. Udzielają się na innych płaszczyznach. Napisałem około 70% ostatniej płyty Gorefest i zależało mi na death metalowym brzmieniu. Historia zaczęła się niestety powtarzać, reszta chciała wysoftować, więc to było jasne, że musimy sobie darować. Cieszę się, że Frank gra ze mną w The 11th Hour. To daje mi sporo pewności siebie.

Co oznacza nazwa The 11th Hour? Co zdarzyło się o jedenastej?

Dość długo szukałem odpowiedniej nazwy. Jedenastka się mnie uczepiła. Budziłem się o 11:11. Nagrałem kawałek i okazało się, że ma jedenaście minut. The 11th Hour oznacza ostatni moment na chwilę przed śmiercią, ostatnią godzinę, w której można jeszcze spróbować odwrócić los.

Pracujesz nad drugą płytą, jak idzie?

Będzie napisana i nagrana podobnie do pierwszej. Biorę na siebie wszystkie instrumenty i czyste wokale, Rogga nagrywa growle. Mam świetny zespół koncertowy, ale to dla mnie szalenie osobista sprawa, więc nagrywam płytę sam. Reszta kapeli mnie rozumie.

Masz już jej tytuł, co nowego przyniesie?

Mam świetną książkę o Sergio Leone, który jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Jej tytuł to „Something to Do with Death”. Pożyczyłem go jako tytuł roboczy, bo idealnie oddaje to, o czym piszę. Moje teksty dotyczą śmierci, umierania, straty, żałoby, samotności. To nie będzie jajcarski album. Mam już w głowie ostateczny tytuł płyty, ale chcę się z nim na dobre oswoić i podjąć, co do niego decyzję. Materiał będzie bardziej zróżnicowany. Będzie sporo epickich fragmentów. Myślę, że wokale będą lepsze i bardziej zapadające w pamięć. Poprawiłem grę na gitarze, więc pojawi się więcej solówek. Tekstowo, podobnie jak na „Burden of Grief”, będzie to mieszanka prawdziwych doświadczeń i fikcji. Pozwoliłem sobie na nieco więcej poetyckości, będzie mniej ponuro niż poprzednio.

Rozmawiał Adam Drzewucki