TEST PRINTS – koniec świata został odwołany

Śpiewać każdy może, instrumenty na każdym rogu, studia nagraniowe, nic tylko grać i występować. Faktycznie, wysyp artystów mamy w ostatnich latach nieprzeciętny, problem, że znaleźć w tym tłumie coś wartościowego mogą jedynie wytrwali szperacze. Czy jestem szperaczem? Pewnie tak i wyciągam królika z kapelusza. Test Prints to młoda załoga, która popisała się właśnie debiutancką płytą „Hell fo Beginners”, przynoszącą bezpretensjonalne, garażowe łojenie w najlepszej tradycji indie, ze szczególnym ukłonem w stronę nieco starszych dźwięków. Prostota, luz i piorunująca chwytliwość tych numerów, dodatkowo wzmocnionych subtelnym głosem wokalistki/basistki i mamy rodzimą odpowiedź na… Oj, nie będzie konkretnych nazw. Szukajcie płyty na bandcampie i u samego zespołu a dzisiaj słów kilka od gitarzysty/wokalisty Test Prints, Łukasza Ciszaka.

Na początek zdradź mi, jak czuje się muzyczna NADZIEJA ROKU?

Nadzieją roku (ogłoszoną przez bloga wafp!) byliśmy od momentu ogłoszenia wyników do czasu wydania płyty, czyli przez jakiś tydzień. Oczywiście, było nam bardzo miło, zwłaszcza, kiedy się okazało, że nie zawiedliśmy pokładanych w nas nadziei i płyta też się spodobała.

A teraz kim jesteście? Pytam, bo z doświadczenia wiem, że moment przełomowy, czyli wydanie płyty jest takim punktem zwrotnym. Przed wydaniem człowiek Test Prints bandczeka co się stanie, czeka aż zapłoną lasy, a potem… Potem jest różnie…

Akurat w naszym przypadku to chyba nie miało aż tak dużego znaczenia. Płytę nagraliśmy we wrześniu, gotowa do wydania była już w październiku; od tego czasu wymyślaliśmy nowe piosenki i graliśmy koncerty. Bardzo się cieszymy, że jest tak dużo dobrych opinii i póki co, dwie niedobre. Planujemy grać więcej koncertów poza Warszawą – na razie mamy ustawione kilka koncertów z The Stubs i chcemy oczywiście dalej nagrywać nowy materiał, co pewnie wydarzy się już niedługo. Od razu mogę powiedzieć, że lasy nie zapłonęły, co pewnie ucieszyło zwierzęta leśne.

To dobrze, w zasadzie zapłonąć mógłby jakiś przybytek …. (i tu wpisać co chcesz). A ja zatrzymam się na chwilę przy tych złych recenzjach, bo to mnie intryguje – kto i co złego śmiał o „Hell…” napisać?

Ponieważ jesteśmy defetystami, wyczekiwaliśmy tych złych opinii, bo duża liczba entuzjastycznych wydawała się niepokojąca. Dowiedzieliśmy się z nich, że „muzyka wprawdzie przeźroczysta, ale angielski fatalny” oraz, że „płyta to kaprys Łukasza, który chciał nagrać proste piosenki, co okazało się za trudne” – to przybliżone cytaty są z bloga Tableau i z komentarzy pod nim. Najciekawszym komentarzem było, że „Łukasz to polski Moby„, ale tych dobrych opinii jest znacząco więcej, i to nawet nie od naszych mam…

Dobre… Ale zostańmy przy prostych piosenkach, bo jest taka myśl, że najtrudniej napisać proste, wpadające w ucho piosenki właśnie. Z Twoich obserwacji przy pracy – jakie największe trudności napotkaliście podczas pisania tych kawałków? A może takowych wcale nie było?

Nie przypominam sobie jakichś znaczących trudności, może tylko przy pisaniu tekstów, które siłą rzeczy musiały być krótkie i musiały dać się szybko śpiewać; tu też pojawiła się opinia, że przydałby się słownik synonimów, ze szczególnym uwzględnieniem słów oznaczających porażkę. Z melodiami problemów raczej nie było.

Fakt, z tym defetyzmem coś jest na rzeczy. Przeczytałem teksty i doszedłem do wniosku, że świat jest smutny i pora umierać. Ale właśnie tu chyba tkwi przewrotność Waszego zespołu – bo odbieram te słowa trochę jak takie przymrużenie oka. Mam rację, czy wręcz przeciwnie?

Prawie – raczej chodzi o to, że lepiej nigdy się nie urodzić. Co do samej przewrotności, rozmawialiśmy o tym niedawno z Asią po tej recenzji na wafp! i rzeczywiście, kluczem do naszych piosenek mogą być filmy, ale nie te wymienione w recenzji. Bliższe nam są filmy Toda Solondza, chyba przede wszystkim „Happiness” i „Welcome to the Dollhouse”. Tam dzieją się dość przerażające rzeczy, ale są tak wyolbrzymione, że ostatecznie mogą wydawać się zabawne. Próbowaliśmy nawet kiedyś grać cover tytułowej piosenki z Happiness – na jednej próbie ćwiczyliśmy ją dość długo, ale okazało się, że wtedy właśnie zmarł Philip Seymour Hofman, który w tym filmie grał jedną z głównych ról. Przestraszyliśmy się, że to przez nas i więcej jej nie graliśmy.

koniec świata został odwołany

koniec świata został odwołany

Czyli jesteście… przesądni. Teraz będzie poważnie – tekst do Go Away Jesus mnie lekko zaskoczył, bo o ile pozostałe mógłbym uznać za pewną przekorę, to w tym przypadku czuję jakąś faktyczną złość. Skąd taka dość otwarta deklaracja?

Może zepsujemy interpretację, ale sama piosenka wzięła się z serii głupich obrazków o złośliwym Jezusie i w oryginale było „fuck off, Jesus”. Druga część piosenki za to jest zainspirowana serialem „King of the Hill”. Co do samego Jezusa, to chyba osobiście nic do niego nie mamy, ale wolelibyśmy, żeby się nie mieszał w nasze sprawy.

Ok, a dlaczego mili ludzie są prowokujący?

To z kolei wynika z faktu, że trudno jest być cały czas miłym (z różnych powodów), i gdy ktoś jest mimo wszystko cały czas miły, budzi to nasze podejrzenia i nieufność. To moja interpretacja, bo pewnie Asia, która napisała tekst, mogłaby podać inną.

…aż dochodzi do Ghost/Shadow – słuchanie śmierci, pigułki na obiad, powietrze to gaz. Jakoś mi to myślami samobójczymi śmierdzi…

Ta piosenka jest o przedawkowaniu spania, i o tym, że odciski, które się robią podczas spania, są robione przez duchy. Ogólnie jest to wiersz obyczajowy. W refrenie nie o śmierć chodzi, a o zespół Death In June. David Tibet był kiedyś na naszym koncercie i powiedział, że jesteśmy uroczy, ale to dlatego, że jest przemiłą osobą i złe słowa nie przejdą mu przez gardło. Swoją drogą, ten zespół (Death in June) jest dość kontrowersyjny i mam zakaz wspominania o nim, żeby uniknąć posądzenia o inklinacje nazistowskie.Okładka

TEST PRINTS  Hell for Beginners Niech żyje prostota! Nie potrzebujemy nie wiadomo jakich instrumentów, aranżacji czy zaskakujących działań promocyjnych. Trzy akordy i melodia. Skromność i dystans. Zgrzebna, kartonowa okładka. Plus garażowy przester i ciepły, zmysłowo naiwny głos wokalistki. Kiedyś Ameryka słynęła z zespołów, wykorzystujących delikatny, kobiecy śpiew, połączony go z okrutnym, gitarowym przybojem. Dzisiaj takie granie coraz odważniej poczyna sobie w Polsce. Debiutancki album Test Prints to kopalnia prostych, krótkich i zaraźliwie przebojowych piosenek o tym, że przegrywamy, zanim jeszcze zaczniemy walczyć. Jak sami o sobie mówią muzycy, są defetystami i takie beznadziejne widzenie świata podają nam na tacy z kilku chwytliwych akordów gitary. To jest właśnie największe dobro tej płyty – niewymuszony luz, bezpretensjonalne walenie w instrumenta i piorunujący efekt w postaci kilkunastu piosenek. Jednak w odróżnieniu od chociażby Happy Pills, w przypadku „Hell for Beginners” mamy do czynienia z bardzo klarownym fundamentem, który sytuuje zespół w dość odległej perspektywie zarówno od sceny indie (bliżej TP do rockowego garażu…) jak i punka (jednak melodie i klimat tych nagrań przywodzą na myśl amerykańską alternatywę i shoegaze’owe smucenie…). A to powoduje, że muzyka przyjemnie łechce moje ego, każące koniecznie wrzucić płytę do jakiejś szufladki. Może zatem trzeba słuchać Test Prints jako „po prostu” zespołu grającego alternatywnego rocka z melancholijnym nadzieniem, bez żadnego kontekstu? W dodatku zespół kusi fajnym wydaniem płyty – polecam kasetę z malutką książeczką. W każdym razie – czuję się przez Test Prints dopieszczony i od muzyczki nie mogę się oderwać. Jeszcze tylko teledysk, radiowa promocja i będzie mały sukcesik. Powodzenia!

Jednym słowem – nie jesteście punkowcami, bo wszystkie teksty wiążą się z pewnymi wizjami, oderwanymi w dużej mierze od rzeczywistości, choć jej właśnie dotyczą….

Staramy się pisać teksty tak, żeby można było je interpretować na różne sposoby i raczej nawiązujemy w nich do filmów czy komiksów. Nie walczymy z systemem, ale ogólnie środowiska punkowe/hc są nam bliskie…

A jaka byłaby dla was najgorsza wieść?

Chyba o tym, że koniec świata został odwołany.

Ej, prowokatorze!

Prowokacja nigdy nie była naszą intencją…

Ale przychodzi naturalnie. Dobra, jest kaseta, płyta i teraz trzeba szukać własnego miejsca. I tu dochodzimy do mojego ulubionego tematu, czyli niszy. Gdzie się czujecie najlepiej? Myślisz, że z taką płytą macie szanse zaistnieć w nieco szerszym niż podziemie kontekście?

Oczywiście, chcielibyśmy wyjść z piosenkami poza rozszerzone grono znajomych, szczególnie, że nasz wydawca powiedział, że jeśli kasety się nie sprzedadzą, będziemy musieli je od niego odkupić. Z niszą może być o tyle problem, że nie do końca pasujemy gdziekolwiek – z różnych powodów a wyjście na szerokie wody mainstreamu nam nie grozi oczywiście. Pewnie nie mielibyśmy nic przeciwko przebywaniu pomiędzy. Mniej więcej w tym obiegu, w którym są zespoły, które lubimy jak The Thermals, czy Vivian Girls. Albo Wild Books.

Obserwuję taki schemat – chwytliwa piosenka plus teledysk, kilka ciepłych słów ze srebrnego ekranu i jedziemy. Chwytliwe piosenki są, teledysk też, trzeba się zakręcić wokół jakiego Quadransa Kultury i jedziemy…

Oczywiście, jesteśmy otwarci na propozycje, ale nikt taki się do nas nie zgłosił, póki co. Chyba po prostu nie znamy odpowiednich ludzi.

Musicie zrobić jakąś „słoneczną piosenkę” i jest temat.

Nie, no nasze piosenki są raczej dość słoneczne, ale to chyba max, na co nas stać.

Kilka słów o formie wydania. Wspomniałeś o kasecie – tak się zastanawiam, jak to jest – chwilowy szał i snobizm na taśmy, czy wszystko zatacza koło? Po raz kolejny…

Kasety zawsze gdzieś tam były i były labele, które zawsze wydawały kasety i tylko kasety, np. z okolic harsh noise. W pewnym momencie więcej labeli to podłapało i teraz, żeby się liczyć w niezalu trzeba było wypuścić coś na kasecie. Trudno powiedzieć, czy to snobizm, bo chyba nie czuć tam takich zapędów elitarnych jak przy winylu, poza tym nikt rozsądny nie będzie się upierał, że „najlepsze brzmienie tylko na kasecie”. To częściowo wynika z faktu, że cyfrowe rzeczy trochę się znudziły i ludzie chcieliby kupić muzykę, którą mogą wziąć do ręki i postawić na półce, choć może już niekoniecznie posłuchać z kasety, bo od tego są przecież download code’y. Nie wydaje mi się, że to też całkiem zginie – pewnie szał się skończy, ale kasety dTP bandalej będą się ukazywać.

Ale kompakt umarł niemal całkowicie. Jest winyl jako ekskluziw. Jest downloading jako wersja robocza/popularna, jest kaseta dla nerdów. A cd jest dzisiaj takim niechcianym dzieckiem, które od biedy można przytulić, ale jest zdecydowanie passé…

Trochę tak, ale ja mimo wszystko kupuję kompakty, jeśli się da, bo nie chce mi się wstawać przekładać płyty na drugą stronę…

Skoro przy temacie jesteśmy – kiedy winyl?

Musi pojawić się wydawca chętny podjęcia się wydania winyla. Pewnie moglibyśmy zrobić to sami, ale obawiamy się, że zostalibyśmy z setką płyt zajmującą całe mieszkanie.

Jakie macie zatem plany promocyjne, czy poza tradycyjnym czekaniem na zaproszenia jest coś, co można zrobić?

Głównie chcemy zagrać poza Warszawą, żeby zobaczył nas ktoś więcej niż tylko znajomi. Oczywiście, liczymy też na to, że po tym wywiadzie nie będziemy mogli opędzić się od propozycji.

Jasne. To norma. Ale macie same atuty – w 1/3 jesteście ładni, są fajne piosenki. Żyć i grać. Ostatnie słowo należy do Ciebie.

Miło nam to słyszeć. Jako ostatnie słowo, kłaniamy się nisko naszemu wydawcy – Michałowi Biedocie, który w nas wierzy i zawsze mówi o nas miłe rzeczy.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Roman Pogański/Paweł Szczepaniak/Paweł Starzec