TESSERACT – wymyślanie koła na nowo

Jesienią prog metalowcy z Tesseract nawiedzą nasz kraj. Po raz drugi w karierze i wreszcie, na osobnym klubowym koncercie zamiast festiwalu. Z Jamesem – basistą zespołu, znam się od kilku lat i dlatego nasza rozmowa ma dość luźny charakter, co perfekcyjnie wpisuje się w formułę Violence. Przed jesienną trasą porozmawiamy ponownie, tym razem nieco poważniej i bardziej rzeczowo. Panie i panowie, przed wami James Monteith.

Rok po premierze waszego albumu oraz kilkanaście miesięcy po sukcesie nowych wydawnictw Circles, Akeldama czy Davida Maxima Micica dochodzimy do miejsca, w którym djent stał się mimo wszystko nudny, ale wciąż słuchamy go z lubością. Z twojego punktu widzenia, jako muzyka i agenta PR djent to nadaltesseract-new-bio „to”? Gdzie leży granica pomiędzy progresywnym geniuszem a przeciętną muzyką dla mas?

Koniec końców wszystko sprowadza się do oryginalności i świeżego podejścia. Djent szybko stał się nazwijmy to, mało rozwojowy, z racji na to, że ludzie szybko nauczyli się tworzyć takie dźwięki i zalewać nimi Internet. Prog metal czy rock ma być intelektualnym stymulantem, ma przekraczać granice i stawiać wyzwania słuchaczowi. Dlatego tak długo jak zespoły będą to robić, prog metal a może nawet djent będą czymś co przemawia za geniuszem i wspaniałością.

Działy A&R i media w wytwórniach liczą na to, że pojawi się coś co zmusi djent do odejścia w cień. W Stanach do głosu dochodzi – ponownie – nu metal, podobnie rzecz ma się z klasycznym heavy czy black metalem, ale jak obaj wiemy, to już wszystko było. Widzisz gdzieś możliwość zmiany?

Wszystko jest cykliczne. Trendy przychodzą i odchodzą, a potem znów się pojawiają. Tak to już jest i tyczy się to nie tylko mody (odzieżowej) ale przede wszystkim właśnie muzyki. Ilu mamy ludzi, tylu zwolenników rożnych gatunków, które można podać w nowej formie. Zespoły którymi najbardziej się interesuję, to te, które po prostu robią swoje, ale wiedzą jak dobrze pomieszać to co znane i lubiane. Nie sądzę, aby zupełnie nagle pojawił się band, który wymyśli na nowo koło, ale nie jest źle. A co do obecnych trendów, jeśli mam coś przewidzieć, no to kurwa, stary, rap metal wraca na salony!

Jak to wygląda w twoim zespole? Czy to, co robicie w Tesseract to wynik kalkulacji i wbicia się w trend, czy naturalna kolej rzeczy? Czy istnieje coś, czego chcielibyście spróbować, ale powiedzmy, że nie pozwala wam na to wytwórnia, fani, albo po prostu, koledzy z zespołu?

Nie ma żadnej formuły. Tworzymy dokładnie to, co chcemy w danym momencie i tyle. Tesseract to zespół, a raczej projekt Acle’a, od ponad 10 lat, kiedy komponował w swojej sypialni. Wierz mi, że wtedy Tesseract stał okoniem wobec trendów, i chciałbym żeby ludzie dalej nas tak postrzegali. Nie imitujemy brzmienia ani pomysłów Meshuggah, robimy swoje. Co do ograniczeń – na razie ich nie ma. Jeśli coś zabrzmi dobrze, to… będzie dobrze! (śmiech)

Porozmawiajmy o sprzęcie. Czego używasz w studio, a czego na żywo?

Używamy – chyba jak wszyscy – procesorów Axe Fx Ultra, a wzmacniaczem jest FAS. Osobiście tęsknie za prawdziwymi wzmacniaczami. Kurwa, 5150 to jest to. Chciałbym jeszcze kiedyś na nich zagrać.

wymyślanie koła na nowo

wymyślanie koła na nowo

Wielu artystów finansuje swoje nagrania poprzez crowdsurfing. Warto tutaj nadmienić sukces Protest The Hero, ale zdarzały się spektakularne porazki. Nie wiem, może żyję jeszcze w zeszłym stuleciu, ale wydaje mi się, że zadaniem wytwórni jest inwestowanie w kapelę. Nie zaś promocja gotowego produktu.

Dobrze myślisz, ale czasy się zmieniły. Na gorsze oczywiście. Kiedyś wytwórnie miały pieniądze i to był zasadniczy argument przemawiający za tym, aby w ogóle chcieć podpisać kontrakt. Dziś nie ma to znaczenia.

To samo z płytą cd. Krążek stał się rarytasem dla kolekcjonerów. Wszyscy ściagają muzę z sieci – nieważne, czy za nią płacą czy nie. Do tego dochodzi streaming, T Liveale więcej z tego złego niż dobrego. Spójrz na czeki Matta z Trivium czy chłopaków z Darkest Hour. Dosłownie kilka centów.

Cóż, nie jest to żadna nowość. Nikt nie chce płacić za muzykę – na nośniku. Lepiej pójść na koncert i wspierać kapele kupując merch czy bilety – i to jest ok. Wiesz, nie przejmuję się tym aż tak bardzo. Dostrzegam zmiany i albo je przyjmiesz na klatę, albo nie ma dla ciebie miejsca w tym biznesie. Proste, trudne, smutne. Słyszałeś o tej kobiecie, która wygrała w sądzie ponad milion dolarów za to, że SAMA odniosła obrażenia w wyniku skoku ze sceny? To czyste szaleństwo.

Tak! Kompletna głupota. To ja w takim razie skoczę ze zbocza klifu na farmę rolnika i pozwę go do sądu, za to, że odniosłem obrażenia. Jakiś czas temu na fejsbuku sam odniosłeś się do podobnych wydarzeń w UK. Tym razem chodziło jednak o skok w czasie Twojego dj setu…

Tak. Idiota o ksywie Wattski skoczył z 12 metrów i kontuzjował dwójkę dzieciaków. Kiedy do tego doszło, byłem w kompletnym szoku bo dzieciaki uznały, że to mega zajebista sprawa. Jak to, kurwa? Jak dla mnie to była mega tania i niebezpieczna zagrywka.

A jak doszło do tego, że „grasz”? (śmiech)

Sam nie wiem. Puszczam co lubię i tyle. Nie mam żadnych umiejętności, to tylko zabawa i sposób na dupy (śmiech).

Rozmawiał Grzegorz „Chain” Pindor

Zdjęcia: archiwum zespołu/Kristell Gathoye