TERRORDOME – Dużo cycków!

Długą drogę przeszedł Terrordome, od lokalnej ciekawostki, do jednego z fajniejszych, metalowych bandów na polskiej scenie. Co cenię sobie najbardziej? Właśnie to, że zespół jest w 100% bezpretensjonalny. Poza tym – że w przeciwieństwie do straszliwie poważnej, nadętej sceny metalowej, ma do siebie i swojej twórczości dystans a działania, oprócz sporej dawki humoru (tarantinowskiego a nie kiełbasianego), cechuje przyjemny luz. Który i mnie się udziela podczas lektury nowego materiału Machete Justice, następcy We’ll Show You Mosh, Bitch i kompilacyjnej płyty o jakże znajomym tytule We’ll Show You Bosch, Mitch. Jeśli lubicie stary thrash zmieszany z punkiem, szaleńcze tempa i dawkę adrenaliny, godną Podziemnego Kręgu, skosztujcie, jak smakuje sprawiedliwość z maczetą w dłoni. Przed Wami spowiedź Mekonga, trzymającego w zespole pieczę nad rytmem. 

Nie wkurza Was czasami jak określenie „crossover” przypisuje się do takich zjawisk jak np. rap-metal czy metal/funk? Swego czasu mówiło się np., że Red Hot Chili Peppers gra crossover….

Nie bardzo nas to rusza; crossover to generalnie przekraczanie granic gatunków, więc jak ktoś łączy rap z metalem, to w sumie crossoveruje. Dlatego my zawsze staramy się mówić, że gramy crossover thrash, żeby było wiadomo, gdzie mamy bazę. Ponadto gramy dużo szybciej i brutalniej niż inne kapele zaliczane do tego nurtu, dlatego najlepiej definiuje nas określenie brutal crossover thrash. Zresztą, nowa płyta jest bardziej thrashowa niż crossoverowa, tak wyszło he, he.

Jesteście reprezentantami gatunku, który paradoksalnie cieszy się chyba największą popularnością na scenie punkowej. Jak to wygląda z Waszej perspektywy – scena hc/punk jest najlepsza? Bo np taki The Dead Goats tak samo najlepiej tam się przyjmują. Zdarza Wam się grać stricte metalowe sztuki w sensie odbiorców i kapel?

Na to pytanie lepiej mógłby ci odpowiedzieć Uappa, bo on siedzi w hardcorze. Ja takiej muzy praktycznie nie słucham, więc i o scenie niewiele wiem. Jeśli chodzi o koncerty, jakie gramy, zdecydowana większość z nich, to koncerty stricte metalowe.

Z kim do tej pory udało się zagrać? Jakie bandy wspominacie najlepiej? Zastanawiam się czy wasz wrodzony dystans do rzeczywistości „znosi” się z często zbyt poważnymi i sztywnymi metalowcami, którzy raczej nie mają do siebie dystansu…

Jeśli chodzi o bardziej znane bandy, to do tej pory graliśmy z takimi zespołami jak: Anthrax, Hobbs’ Angel of Death, Suicidal Angels, Accu$er, Caliban, Blunt Force Trauma, SSS, Ramming Speed, Andralls, Frontside, The No-Mads, Ratos de Porao czy Uganga. Najlepiej z kolei wspominamy gigi z ziomeczkami z zaprzyjaźnionych bandów z rodzimej sceny, by wspomnieć choćby Testera Gier i Drillera, oraz dwutygodniową trasę po Europie z brazylijską Ugangą. Rzadko mamy problem z nieruchawą publiką, bo rzadko gramy na blackmetalowych festiwalach he, he. Zdecydowana większość koncertów, na których gramy, gromadzi publikę, która doskonale wie, czego się może po nas spodziewać i nie pozostaje dłużna. Dystans to podstawa dobrej zabawy. Nie tylko w muzyce.

Dużo cycków!!

Dużo cycków!!

Zabawa zabawą, ale kiedyś to się musiało zacząć. Pamiętasz, kiedy pierwszy raz pokochałeś speed czy thrash? Taka wiązanka wspomnień z czasów, kiedy królowały kasety…

Oczywiście, że pamiętam. Z tym, że pierwszą zupełnie świadomie słuchaną przeze mnie płytą był „South of Heaven” Slayera, w którym się zasłuchiwałem z bratowego kompaktu. Potem była faza „tylko Slayer”, a następnie cała reszta tego, co akuratnie udało się skądś zdobyć w dobie przedinternetowej. Ja miałem o tyle szczęście, że znałem kolegów, którzy mieli wieeeeeeeelką kolekcję kaset, w większości thrash i stary death metal. Więc się pożyczało i wymieniało, a każdym nowo zdobytym wydawnictwem jarało się jak sto chujów. Potem wkroczył Internet i dostęp do muzy stał się dużo łatwiejszy, a co za tym idzie, słuchaniu albumów przestała już towarzyszyć taka celebracja, jak kiedyś… Zawsze są dwie strony medalu. Czasy przedinternetowe miały swój niezaprzeczalny urok, ale ja teraz, pisząc te słowa, też słucham Annihilatora z youtube’a, bo łatwiej i wygodniej.

Nie żałujesz tych czasów? Też wolę dzisiaj mp3, bo wygodniej w podróży, podczas jogingu itp. Ale jednak rozpakowywanie płyty, wkładki itp. jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, to było coś…

Wychodzi na to, że teraz trzeba rozgraniczyć dwa zakresy słuchania muzyki. Pierwszy, nazwijmy go użytkowym, wtedy gdy robisz coś innego, a muzyka ci leci gdzieś w tle jako swoisty akompaniament, właśnie z mp3 na przykład. Drugi, powiedzmy melomański, kiedy słuchasz muzyki dla samej muzyki. Wtedy kupujesz płytę, rozdziewiczasz folię, studiujesz książeczkę, czytasz liryki etc. Jednym słowem: celebrujesz. Nie deprecjonowałbym żadnej z tych płaszczyzn, każda ma swój czas i miejsce.

A jednak taka muza jak Wasza jest wręcz przypisana do winyla, nie uważasz? No i do kasety. Rozumiem, że Maczeta ukaże się na taśmie?

Hmmm, nie wiem, czy ma to ma większe znaczenie, czy jest to winyl, kaseta czy płyta CD. Ale owszem, są plany, żeby na jesień wypuścić Maczetę na winylu z jednym bonusowym kawałkiem. Potem może pomyślimy o kasecie.

Zawsze intrygowały, mnie Wasze, powiedzmy, post – tarantinowskie motywy tekstowe – maczety, piły itp. Skąd taki trend? Czy to jest tylko w 100% zabawa konwencją, czy gdzieś pod tym wszystkim kryje się coś więcej?

Ha, ha, dobre pytanie! Na okładce „Shit Fuck Kill” była piła, bo to był czas, gdy w Polsce nie było prawie energetycznego, thrashowego grania i my zarówno tytułem, jak i okładką chcieliśmy nieść jasne przesłanie, czego się można po tym mini-albumie spodziewać. Kolejne piły pojawiły się dopiero przy „We’ll Show You Bosch, Mitch!” – konotacji chyba wyjaśniać nie trzeba? Natomiast „Machete Justice” odwołuje się do tradycyjnego krakowskiego folkloru i związanych z nim zabaw i zawodów he, he…

Terrordome dotychczas – nie obraź się – nie miał szczęścia do brzmienia płyt. Tym razem jest inaczej. Świeżo. Tłusto i ostro. Co się zatem zmieniło?

Nie obrażam się, bo i nie ma o co. Gust jak dziura w dupie, każdy ma własną – jak to mawiają. My byliśmy i jesteśmy zadowoleni z brzmienia każdego naszego wydawnictwa, za wyjątkiem splitu z Lostbone, który od początku nam nie siedział brzmieniowo. Nie oznacza to, że mając obecne doświadczenie, nie zmienilibyśmy paru rzeczy, ale byłyby to zmiany raczej kosmetyczne, więc generalna wizja brzmieniowa każdej płyty pozostałaby niezmieniona. Zgodzę się, że brzmienie najnowszej płyty jest, powiedzmy… „bardziej profesjonalne”, ale zupełnie nie jestem przekonany, czy to duży plus, biorąc pod uwagę styl, w jakim gramy. Wiele osób po pierwszym przesłuchaniu Maczety podchodzi do niej z rezerwą, bo nie tego się spodziewali, bo płyta „nie jest tak nieokiełznana” jak „Dziwka”. A przecież równie dużo osób narzeka, że pierwsza płyta by rozdupcała niemiłosiernie, gdyby nie jej brzmienie… Jak widzisz, wszystkim nie dogodzisz. Zmiana brzmienia wiąże się w dużej mierze (choć to nie jedyny powód…) ze zmianą studia nagrań. Do tej pory wszystkie nasze wydawnictwa nagrywaliśmy i miksowaliśmy w Psychosound Studio w Krakowie u Szymona Piotrowskiego (za wyjątkiem wspomnianego splitu z Lostbone, który od początku do końca robiliśmy w Śledziona Studio, obecnie Red Shift Studio), a jedynie na mastering posyłaliśmy gdzie indziej, do Studio X (WSYMB) lub No Fear (BC). Tym razem chcieliśmy trochę poszerzyć nasze horyzonty, a jako że Szymon wyjechał na długo szkolić się za granicę, więc nie pozostało nam nic innego, jak nagrać płytę gdzie indziej. Padło na olkuskie ZED Studio i muszę powiedzieć, że był to wybór jak najbardziej trafny. Tomek Zalewski to profesjonalista w każdym calu. Gdy przedstawiliśmy mu naszą wizję tej płyty, złapał się za głowę i powiedział: „zastanawiam się, jak bardzo muszę ją zepsuć, żeby wam się podobało„. Ostatecznie zrobił tak, że wszyscy byli zadowoleni.

Z traszem i krosołwerem wiąże się nierozerwalnie alko i związane z tym ekscesy. Czy jesteście wierni etosowi po (a może i przed) – koncertowej najebki na wysokich obrotach, czy to tylko wizerunek budowany na potrzeby promocyjne? A jeśli to pierwsze – zdradź jaki był najbardziej szalony i przekręcony melanż pokoncertowy? Taki co pozostanie w pamięci do śmierci…

Osobiście nie piję przed koncertem, bo nie jestem w stanie potem grać tak szybkich temp. Za to po gigu dość znacznie sobie folguję, starając się dogonić kolegów, którzy zaczęli już przed. Jedynie biedak, który aktualnie jest kierowcą naszego Bangbusa, musi być trzeźwy, także nasz techniczny jest abstynentem. W trasie właściwie cały czas jestem na fazie, ale cyrkluję sobie to tak, żeby przetrzeźwieć na około 4h przed gigiem, a po gigu, jak mówiłem, od nowa. Zresztą, pokoncertowe biby zależą od wielu czynników. Jeśli na przykład gig się skończył o 2 w nocy, a my mamy następnego dnia do przejechania 700km, to o żadnej najebce nie ma mowy, tylko idziemy grzecznie spać. Granie w zespole to przede wszystkim granie, melanże to tylko dodatek, który z graniem nie powinien kolidować – źle się dzieje, gdy zespół zaczyna to drugie stawiać ponad to pierwsze. Jeśli chodzi o ciekawe akcje, to najbardziej nas urzekło, gdy kimaliśmy jakiś czas temu we Wrocławiu u znajomych znajomego, a gospodarz mieczem najpierw kompletnie zdefragmentował swój stół, a potem próbował przebić się nim przez ścianę z jednego pokoju do drugiego…Terrordome band

Terrordome z lokalnej ciekawostki stał się poważnym graczem na rynku. Świadczą o tym chociażby wywiady i recenzje w kolorowych pismach dla młodzieży, uznanie dla nowej płyty, teksty typu „macie własny ukształtowany styl” itp. Słowem – jest dobrze. A może być lepiej? Jak i dlaczego? Czy „Maczeta” to finał ewolucji?

Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej! Pierwszym etapem tego „lepiej” byłoby, gdyby się nam w końcu udało przestać dokładać do Terrordome. Etap drugi, wiadomo – wóda, dziwki, lasery! Maczeta z pewnością nie jest ostatnim dziełem TRDM, co przyniosą kolejne, tego nawet my nie wiemy. Nie zakładamy sobie nigdy z góry, że ta płyta ma być taka, a tamta inna. Wszystko wychodzi w praniu na bieżąco i składa się na to bardzo wiele czynników. Jedno jest tylko pewne: zawsze będziemy nakurwiać bezkompromisową muzykę.

Terrordome należy do zespołów, które mają jasno określony image i muzyczny styl. Nie kusi Was, żeby przekornie coś zakombinować w przyszłości i odejść od speed thashu w stopniu który mógłby zaskoczyć?

Oczywiście, że korci – dlatego udzielamy się również w innych projektach, ilekroć chcemy pograć coś innego niż brutal crossover. Muzycznie w Terrordome nie liczyłbym na jakieś rewolucje. Ostatnio jeden nasz ziomek spropsował nas, że „grając właściwie to samo, nagraliśmy płytę zupełnie inną niż jedynka„. I o to właśnie chodzi.

Trochę obok zespołu – dzisiejszy biznes muzyczny jest… dziwny, żeby nie użyć słowa popierdolony i to zdrowo. Wszyscy jęczą, że fajnie było kiedyś, a teraz Internet wszystko zabija, układy z wydawcami chore itp. Dochodzi do różnych, paradoksalnych akcji, które zmieniają oblicze tego geszeftu. Myślisz, że to, w jakim miejscu ów „music business” się znajduje, to poczwarka, forma przejściowa, czy stan zawałowy?

Myślę, że żadne z powyższych. Po prostu inne czasy, inne problemy, inne wyzwania etc. Kiedyś np. ile było historii o tym, jak ten albo tamten zespół został zrobiony w chuja przez jakąś wytwórnię, która nabijała sobie na nich kabonę. Od dawna nie słyszałem już podobnych akcji. Nie zawrócisz kijem Wisły, nie zlikwidujesz Internetu; z drugiej strony nie sądzę, żeby istnienie Internetu zabiło „music business”, choć na pewno go zmienia. Pewną analogię widzę w branży porno (śmiech). Biznes porno generuje zyski rzędu 3000 USD/1s – myślisz, że w dobie przedinternetowej lepiej mu się powodziło? Czasy się zmieniają, nie ma co jojczyć, tylko trzeba się dostosować. Co nie znaczy sprzedać. Należy po prostu konsekwentnie iść własną drogą.

Myślę, że na koniec fajnie będzie powiedzieć coś o najbliższych planach Terrordome – co, gdzie kiedy i dlaczego?

Na jesieni zapewne parę gigów za granicą, potem 4-way split z zespołami z tego kontynentu i z innego kontynentu, na początku 2016 – mamy nadzieję – traska w Brazylii. A w międzyczasie ze dwa teledyski byśmy może cyknęli. Ponadto cycki! Dużo cycków! Zawsze i wszędzie! Oto nasze najbliższe plany.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Marcin Pawłowski