TERROR – Coraz łatwiej mi być sobą…

Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że Terror jest i zawsze będzie kapelą hardcore, a nasza muzyka ma być prosta, ciężka i dawać po ryju…

Coraz mniej wychodzi płyt tak dobrych i bezpretensjonalnych, jak ta, którą w połowie września wypuścili Amerykanie z Terror. Dziś, kiedy nawet na pierwszy rzut oka niezależna scena hc coraz więcej ma wspólnego z kokieterią i mentalnością stada, niż indywidualizmem i pewnymi zasadami, takie wydawnictwa są szczególnie potrzebne. Potrzeba też ludzi takich jak Scott Vogel, będący od zawsze wokalistą tej znakomitej hordy. Ludzi podobnie jak on mających zdrowe spojrzenie na to, co się dookoła nich dzieje, twardo stąpających po ziemi, a przy tym przesympatycznie gadatliwych.

Od premiery „Keepers of the Faith” upłynęło raptem kilka dni. To piąty duży materiał w waszej dyskografii, przy czym już za pierwszym przesłuchaniem uderza swym agresywnym, wręcz wkurwionym charakterem. Co w twojej opinii mogło stać za tym, że robi takie, a nie inne wrażenie?

Hm. Myślę, że już tworząc poszczególne numery mieliśmy pełną świadomość tego, że materiał, nad którym pracujemy jest stosunkowo mocny. Jednak dopiero w momencie, gdy wszyscy usiedliśmy w studiu wspólnie z Chadem Gilbertem, który produkował płytę, zdaliśmy sobie sprawę, że to będzie kawałek poważnego gówna. To, co mówisz traktuję oczywiście jako komplement, lecz osobiście powiedziałbym, że poprzedni album był nieco bardziej wkurzony pod względem tekstowym, podczas gdy „Keepers of the Faith” prezentuje już nieco dojrzalszą postawę. To podejście w stylu: wiem, że ten świat jest do dupy, tak samo zresztą, jak większość otaczających mnie ludzi, ale muszę być ponad to, muszę być kimś lepszym. Wciąż są w tym spore pokłady buntu, jednak w doroślejszym wydaniu. Taką przynajmniej mam nadzieję.

Odkąd dowiedziałem się, że producentem albumu ma być Chad z New Found Glory, byłem bardzo ciekaw ostatecznego rezultatu waszej współpracy, zwłaszcza że poprzednie dwa wydawnictwa nagrywaliście pod okiem Zeussa, co dawało znakomite rezultaty. Muszę powiedzieć, że wrażenie, jakie robi produkcja „Keepers of the Faith” jest bardzo bezpośrednie, a zarazem świeże. Niektóre zespoły nagrywają każde kolejne dzieło przy pomocy sprawdzonych nazwisk, inne postanawiają stale modyfikować pewne elementy własnego brzmienia. Czego poszukiwaliście, przychodząc do Chada?

Zgodzę się z tym, co powiedziałeś przed chwilą. Zeuss, z którym robiliśmy dwa ostatnie krążki odwalił kawał naprawdę solidnej roboty i kiedy spotkałem go jakiś czas temu, był bardzo zdeterminowany, by pracować przy okazji nowych nagrań. Doszliśmy jednak do wniosku, że gdyby tak się stało trzeci raz z rzędu, to płyta brzmiałaby jak dwie poprzednie, a nam zależało na czymś nowym. Krótko potem wpadłem na pomysł poproszenia Chada o podjęcie się tego zadania. To nasz dobry przyjaciel i sympatyczny typ, a pod względem kwalifikacji doskonale wie, o co chodzi w Terror. My sami też jesteśmy tego świadomi, jednak zawsze dopuszczaliśmy do głosu dodatkową osobę, kogoś w rodzaju szóstego członka zespołu. Nie sposób wyrazić, jak bardzo pomocny okazał się Chad. Korzystaliśmy z jego doświadczenia zarówno pisząc utwory i liryki, jak i dobierając odpowiednie brzmienie. Do tego wszystkiego, był w stu procentach podekscytowany powstającą płytą. Przez ten krótki czas stał się osobą, łączącą w sobie cechy managera, wytwórni i producenta.

Pomimo swej bardzo bezpośredniej natury, nowa płyta zawiera także sporo metalowych elementów. Karl Buechner z Earth Crisis powiedział kiedyś, że hardcore jest czymś w rodzaju targowiska różnych idei. Czy rzeczywiście czujecie, że funkcjonowanie w ramach sceny hardcore, umożliwia wam robienie z muzyką Terror wszystkiego, na co macie ochotę?

W 110%. Na każdym kolejnym wydawnictwie coś zmienialiśmy, ewoluowaliśmy i próbowaliśmy nowych rozwiązań. Wiele osób zdziwiło się, słuchając piosenki „Betrayer” z poprzedniego albumu, która miała w środku partię czystej gitary, lecz w konsekwencji ten numer stał się jednym z najbardziej wyczekiwanych punktów naszych koncertów. Każdy z nas słucha metalu, lecz wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że Terror jest i zawsze będzie kapelą hardcore, a nasza muzyka ma być prosta, ciężka i dawać po ryju. Nigdy nie baliśmy się wprowadzania nowych elementów. Na naszej siedmiocalówce, wydanej przed „Lowest of the Low” znalazł się np. kawałek „I Don’t Need Your Help” z gitarową solówką. W chwili, gdy ukazał się „The Damned, The Shamed” ludzie dziwili się obecnością solówek w kilku numerach i wielokrotnie pytano nas o to, dlaczego zdecydowaliśmy się je umieścić. W odpowiedzi na każde z tych pytań wskazywałem na tamtą siedmiocalówkę z 2002 r. Podobne sytuacje miały miejsce, gdy jeździliśmy w trasy z różnymi zespołami. Pierwsze trasy po Stanach odbyliśmy w towarzystwie Blood For Blood. Kiedy później wsiedliśmy do vana z Throwdown i Eighteen Visions, niektórym przestało to pasować i zaczęto kierować w naszą stronę jakieś głupie zarzuty. Odpowiadałem na nie tym, że: a) zespoły, z którymi gramy, są naszymi znajomymi; b) chcę grać dla różnych rodzajów publiki i c) nie widzę najmniejszego sensu w jeżdżeniu na trasy z sześcioma innymi zespołami, które brzmią dokładnie tak samo, jak my. Nie boimy się, ani też nie wstydzimy nowych wyzwań.

Czytając twoje teksty, można odnieść wrażenie, że sporo w nich rozliczeń z negatywnymi doświadczeniami…

Nie zgodzę się z tobą. W moim personalnym odczuciu to, co piszę ma cholernie pozytywny wydźwięk. Być może zawartość liryczna pierwszej płyty może po części sugerować to, o czym mówisz, natomiast gdzieś od „One With the Underdogs” odczuwalny jest wyraźnie pewien pozytywny element, jak np. w numerze „Overcome”. To, że sprawiam wrażenie doprowadzonego do ostateczności i dotykam pewnych ważnych problemów, nie determinuje wcale negatywnej wymowy. Często wyrażam krytyczne opinie, jednak zarazem wskazuję na to, że pomimo faktu, iż pewne sprawy są do niczego, zawsze istnieje jakieś wyjście.

Kto jest adresatem piosenki „You’re Caught” na nowej płycie?

Ha, ha, ha… Chodzi o pewną konkretną osobę, ale jestem przekonany, że znam jeszcze ze sto innych, do których mogłaby się ona odnosić. Podobnie jak każdy inny. Ten tekst dotyczy tego typu kolesi, którzy przyjmują inną pozę za każdym razem, kiedy ich spotykasz. Tacy goście z reguły mają więcej w gębie niż w sercu – zawsze zabierają głos, chcą za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę i na każdym kroku, wszem i wobec ogłaszać kim to nie są. Spotykasz takich na wszystkich koncertach, oni znają każdy zespół, chcą być częścią dosłownie wszystkiego, co się dzieje na scenie. Jestem przekonany, że każdy, kto przeczyta słowa tej piosenki z miejsca skuma, o co chodziło typowi, który je napisał.

Być może to jedynie moje spostrzeżenie, lecz numer „Return to Strength” ma w sobie feeling, który strasznie upodabnia go do „Pride” Madball. Wiem, że nowojorczycy to jeden z tych zespołów, które odcisnęły na tym, co robisz z Terror największe piętno. Jak zapatrujesz się na ostatnie dokonania Freddy’ego i ekipy?

Wiesz, definitywnie muszę przyznać ci rację. Zawsze, ilekroć słucham nowej płyty, dochodzę do wniosku, że właśnie „Return to Strength” ma w sobie totalnie madballowy feeling! Nie jestem przy tym w stanie powiedzieć, czy dokładnie przypomina mi on „Pride”, jednak następnym razem wezmę pod uwagę twoją sugestię. Madball od zawsze jest moim ulubionym zespołem hardcore i jednym z najlepszych bandów, które słyszałem w ogóle. Miałem okazję posłuchać ich nowego krążka i brzmi wybornie. Byliśmy niedawno w Ameryce Południowej na wspólnej trasie z H2O i Mitts, gitarzysta Madball, pojechał w zastępstwo za ich oryginalnego wioślarza. To właśnie on umożliwił mi zapoznanie się z materiałem. Coś kapitalnego! Zawsze będę całkowicie wspierał wszystko, co robią ci kolesie.

Zamykający „Keepers of the Faith” kawałek „Defiant” wydaje się być mocnym przesłaniem i stawiać sprawę jasno, jeśli chodzi o twoją życiową postawę. Czy w momencie, kiedy już dawno temu przekroczyłeś trzydziestkę, wciąż łatwo ci kwestionować świat dookoła?

Szczerze? Coraz łatwiej mi być sobą i żyć po swojemu. Na tym etapie wiem już, że nigdy się nie zmienię, nie stanę z dnia na dzień szarym obywatelem i nie zacznę robić tego, czego się ode mnie oczekuje. Jestem typem samotnika. Lubię np. oglądać filmy w odosobnieniu. Kiedy Terror jedzie w trasę, często potrzebuję czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Ciągłe przebywanie wśród ludzi, których znasz, może czasami wprawić cię w kiepski nastrój. Tak jest od zawsze i nie ma się co szczególnie temu dziwić. Kiedy spojrzysz na mnie, wyglądam raczej przeciętnie. Gdyby jakaś dziewczyna zaprosiła mnie do swojego domu, chcąc przedstawić mnie swoim rodzicom, to sądzę, że oceniliby mnie jako sympatycznego, bezpośredniego faceta. Nigdy nie przywiązywałem zbytniej wagi do tego całego punkowego wyglądu, bo i nie zależy mi na tym, by za wszelką cenę zwracać na siebie w ten sposób uwagę. Wystarczy mi to, że sam dobrze wiem, że bywam kurewsko pieprznięty. Nie jest to rzecz, którą muszę się każdemu chwalić, niemniej tak jest i już. Im starszy się staję, tym bardziej uświadamiam sobie, że to się nie zmieni. Mogę teraz zadać pytanie tobie?

Jasne.

Jesteś fanem Behemoth?

Słucham ich kilkanaście dobrych lat, więc skłamałbym, zaprzeczając.

Kumam. Straszna sprawa z tym frontmanem. Mieliśmy okazję być kiedyś wspólnie na trasie i pomimo iż niekoniecznie siedzę na co dzień w metalu, to chłopaki okazali się naprawdę zajebistymi kompanami. Wsiadając do vana, kompletnie nie miałem pojęcia o tej kapeli, a po ostatnim koncercie żegnaliśmy się jak dobrzy koledzy. Nie znam się szczególnie na tym, co teraz się w metalu dzieje – lubię Cannibal Corpse, bo wychowywałem się w Buffalo, słucham Slayera, starej Sepultury. Natomiast nasz gitarzysta Martin jest cholernym fanem Behemoth i wiem, że ich muzyka ma na niego ogromny wpływ.

Dobrze wiedzieć. Pozwól, że wrócimy jeszcze na parę sekund do Terror. Popularność przyniosła wam już pierwsza długogrająca płyta, pt. „Lowest of the Low”. Jak oceniasz ją dziś?

Wciąż uważam, że to świetne kawałki, ale nie chciałbym żeby ludzie postrzegali mnie jako egocentryka, który na każdym kroku podkreśla, jak zajebistym zespołem jest Terror. To bardzo szybki album – dziewięć numerów, każdy z nich trwa po jakieś dwie minuty. Doskonały początek, co nie?

Permanentne trasy koncertowe to jeden ze znaków rozpoznawczych twojego zespołu. W ciągu kilku dotychczasowych lat podróżowania, udało wam się też kilkakrotnie dotrzeć do Polski. Masz jakieś szczególne wspomnienia związane z moim rewirem?

Jesteśmy na tyle szczęśliwymi ludźmi, że możemy grać praktycznie na całym świecie. Polska należy do tych krajów, które za każdym razem witają nas z otwartymi ramionami i okazują totalne wsparcie. Macie cholernie dziką publikę! (śmiech). Pamiętam, gdy graliśmy u was może przed jakimiś pięcioma laty, nazwy miasta niestety nie pomnę. W trakcie koncertu ktoś podarował mi koszulkę lokalnej drużyny futbolowej z moim nazwiskiem na plecach. To fantastyczna sprawa, kiedy ktoś okazuje ci szacunek w taki bardzo lokalny sposób. Tamta koszulka była na mnie mocno za duża, więc podarowałem ją mojemu dobremu przyjacielowi słuszniejszej, niż ja postury. Wiem, że nie zrobi z nią żadnego głupstwa, ponieważ zdaje sobie sprawę, jak wiele dla mnie znaczy. Właściwie, to grając u was czasem autentycznie boję się, czy ktoś nie skoczy nagle na mnie z góry i nie zabije (śmiech).

Jak rysuje się koncertowa przyszłość przed Terror?

W chwili, gdy czytacie ten wywiad jesteśmy na europejskiej trasie Hell On Earth wraz z Every Time I Die, All Shall Perish i The Acacia Strain. Kolejne w rozpisce są Stany i Australia. Czyli dokładnie tak, jak do tej pory – koncerty, koncerty i jeszcze raz koncerty…

To prawda, przyzwyczailiście już ludzi do tego. Tak czy inaczej, dzięki za przemiłą rozmowę i do następnego!

Wzajemnie, dzięki!

Rozmawiał Cyprian Łakomy