TERRIFIC SUNDAY – Za miedzę!

Za miedzę! Tak zaczynamy i kończymy. Bo Terrific Sunday z podziemnej gwiazdki indie powoli przeistacza się w pierwszoligowego gracza. Oczywiście, jeszcze minie trochę czasu zanim coś więcej się wydarzy, ale póki co, są na fali i wykorzystują swoje pierwsze – i oby nie ostatnie – pięć minut w postaci debiutanckiego krążka. Na szczęście, po raz kolejny znaleźli czas by udzielić wywiadu naszemu portalowi. O  wpływie wydawcy na muzykę, bębnach, okładce płyty i potrzebnej (bądź nie…) arogancji w tym biznesie rozmawialiśmy ponownie z perkusistą zespołu – Arturem Chołoniewskim.

Jestem wampirem i nie mogę sobie odmówić przyjemności wyciągnięcia z Was, jak się czujecie, teraz, kiedy emocje są na szczycie – 9 premiera była, adrenalina buzuje…

Buzowała, ale byliśmy w Warszawie na 3 dniowym press tourze który okazał się zdecydowanie bardziej wyczerpujący niż 3 dni koncertów pod rząd. wywiad w radiu na 8 rano, potem o 12 dwa wywiady telefoniczne, o 15 wywiad w plenerze, potem audycja wieczorna o 23 a następnego dnia kolejna seria od 7.30, bardzo fajnie, ale zapomnieliśmy jak się nazywamy od braku snu, ale tak zupełnie serio to wiadomo, mega emocje, dało się odczuć premierę

Jesteście młodym zespołem puszczonym na żer dziennikarzy – o co Was pyTerrifictają najczęściej? Nie ma opcji protekcjonalizmu ze strony starszych żurnalistów?

Wiesz co, mega różnie to bywa, ostatnio w wywiadzie dla Eski Rock chłopak znał nasze imiona i nazwiska, wiedział na jakich instrumentach gramy, co robimy w wolnym czasie. Widać było, że przeczytał cały Internet o nas i dzięki temu wywiad był bardzo rzetelny, pytania wiadomo o premierze, jak się czujemy ale też o przyszłość, o to czego się boimy. Zdarzają się też pytania o nazwę zespołu, jak to zrobiliśmy, czemu akurat my i tak dalej, te są słabsze, ale dzięki temu możemy wymyślać jakieś niesamowite historie – za każdym razem inne.

Dobra – to wymyśl coś specjalnie dla Violence. Żebym się poczuł wyjątkowy…

Hmmm… ale mnie zagiąłeś… Tak to jest, umiem tylko oceniać, a sam nie umiem wymyślić czego sensownego, ciężka robota! Ale akurat Twoje wywiady lubię, serio!

Dzięki. Gadaliśmy już kilka razy a jeszcze nie zapytałem się o Twój warsztat. Jak to było – tata kupił pierwsze bębny i do dzisiaj pluje sobie w brodę bo zrobił niewyobrażalny błąd?

Ha, ha! Mama kupiła, w sensie wiesz – ja się uparłem, że chcę, i że wezmę na raty i będę spłacał co miesiąc. Nie dali mi na raty, musiała wziąć osoba, która ma jakąś tam umowę, nie znam się. W każdym razie padło na mamę i 3 pierwsze raty zapłaciłem sam a potem jakoś nie było mi po drodze. Mama po wywiadzie w Rock Radio w audycji Ranne Kakao napisała mi smsa z gratulacjami i że nie żałuje, że kupiła mi bębny, że jest dumna i że medycyna może poczekać, więc generalnie mam poparcie już od dwójki rodziców.

Poparcie rodziców to eufemizm. Rodzice nigdy nie są zadowoleni i przeważnie po cichu płaczą, że ich dzieci nie są noblistami albo aktorami. A Ty miałeś być lekarzem?

No u mnie w rodzinie było paru lekarzy. Ale u taty, który kończył reżyserię teatralną, czyli co tu dużo mówić, kierunek artystyczno-imprezowy, miałem poparcie od samego początku.

Dobra, wierzę. Widzę, że używasz akrylowych garów. Przedstaw laikom wyższość przeźroczystych bębnów nad drewnianymi.

Po pierwsze lepiej mnie widać. Ale tak zupełnie serio, to wybrałem bębny akrylowe bo wszyscy moi ulubieni bębniarze z ulubionych zespołów grali na akrylach, zatem stwierdziłem, że coś w tym musi być ( Muse, Placebo, Mars Volta ). Jak już zacząłem na nich grać, okazało się, że idealnie pasują brzmieniowo do tego co gramy – bardzo niskie, rockowe tomy, głębokie brzmienie centrali i dobrze brzmiący, wysoko nastrojony werbel – dla mnie super!

Masz już jakieś „endorsmenty’, czy jeszcze za wcześnie?

Nie wiem, czy kiedykolwiek będę miał, takie rzeczy są chyba dla wymiataczy, takich naprawdę wymiataczy a nie czarodziejów, którzy maskują niedociągnięcia. Byłoby bardzo miło, zwłaszcza dla DrumCraft albo SJC, ale wydaje mi się, że to chyba nie nastąpi.

Ok, wracamy do płyty. Jako że najlepiej od razu walić w ryj, powiem tak: jeśli coś mi się nie podoba, to okładka. Nie mogę jej przetrawić, bo jest… sam nie wiem. Banalna? Zanim mnie oplujesz – broń się!

Okładka to jest najdłuższy temat jak chodzi o cały „paździerz” związany z płytą. „Bo debiutanci muszą mieć na okładce twarze„; chodzi o to, że w Poznaniu ok – znają nas, ale płyta jest sprzedawana w całej Polsce, w której jesteśmy anonimowi. Mieliśmy parę pomysłów na okładkę, graficznych, zdjęć (nie naszych twarzy), ale grafika w parze z nieznaną nikomu nazwą nic by nie mówiła. Nasze zdjęcie na okładce jest po to, żeby tym jak wyglądamy choć trochę osobę, która nas nie zna naprowadzić na to jaką muzykę gramy, przynajmniej taki był plan. A fota sama w sobie zupełnie zwykła. Na drugą płytę będzie już nasz pomysł na okładkę, nie będzie banalna, obiecuję!

Dochodzimy tu do momentu o pytanie dotyczące zależności i niezależności. Temat, który zawsze pojawia się w sytuacji mariażu muzyki alternatywnej i majorsów. Ale żeby nie było filozoficznie – jakiej bariery korporacyjnego „urabiania” nie bylibyście w stanie przekroczyć?

W sumie to nie było barier, w momencie, kiedy zdania były podzielone, ze strony wytwórni padały argumenty dlaczego powinno być tak jak oni mówią, jeśli to nas w jakiś sposób przekonywało to się zgadzaliśmy. Tak było właśnie w przypadku okładki i to była jedyna kwestia, w której początkowo chcieliśmy trzymać się swojej wizji, ale zostaliśmy przekonani, że lepiej będzie jeśli zrobimy tak jak oni proponują. Wiesz, to jest tak, że im mega zależy na naszym sukcesie i nie robią nam na złość tylko chcą działać w naszym wspólnym interesie. Generalnie dobrze się dogadujemy, dzięki czemu łatwiej jest dogadywać się w większości spraw.

Przyznam, że byłem zaskoczony intensywnością starań Sony. Dzisiaj rzadko kiedy firmy aż tak się wysilają, by sprzedać muzykę. To działa na plus. Ale z drugiej strony czy takie „wyrwanie” z alternatywnego środowiska nie było dla Was czymś w rodzaju odcięcia od korzeni?

Dla nas najważniejsze jest granie, tym bardziej granie tego co chcemy, bez ingerencji osób trzecich. Nie wiem, czy jesteśmy jakoś specjalnie oderwani od korzeni, prawda jest taka, że nasza muzyka jest dość przebojowa, ludzie chcą jej słuchać, w radiu i tak dalej, pokazywanie się w mediach daje nam możliwość dotarcia do szerszej publiczności. Muzyka alternatywna jest teraz bardzo modna na całym świecie, i to nie dlatego, że ludzie siedzą w garażu i z niego nie wychodzą, tak mi się przynajmniej wydaje. Każdy popularny zespół możemy zobaczyć w telewizji, oczywiście jaki kraj taki program, u Lettermana gra się na żywo, ma to ogromne zasięgi i rozgłos, no ale my jesteśmy tu i z tego co mamy trzeba ciułać.

Za miedzę!

Za miedzę!

Uważasz, że Wasz debiut jest idealny? Za wcześnie, żeby spojrzeć na zimno i obiektywnie? Coś byś w tym momencie zmienił?

Zdecydowanie za wcześnie, od premiery minęło zaledwie parędziesiąt godzin, za dużo opinii jeszcze nie słyszeliśmy, więc ciężko stwierdzić. Z naszej strony zrobiliśmy wszystko co mogliśmy, żeby było to najlepsze jak się da, zobaczymy co powiedzą ludzie, to będzie jedyna i słuszna ocena tego ile to warte…

Na płycie znalazł się jeden numer z „Tonight” – „In my Arms”. Dlaczego zdecydowaliście się na ponowne nagranie – czy poza dość oczywistym faktem, że to przebojowa piosenka, coś jeszcze wpłynęło na decyzję?

Ten numer nie został nagrany jeszcze raz, jest to dokładnie ta sama wersja z ep-ki, z lekką modyfikacją basu i remasteringiem. Postanowiliśmy to zrobić, bo wydaje nam się, że dzięki tej piosence dużo się wydarzyło w naszej muzycznej przygodzie. Dzięki temu, że znalazła się na płycie może zyska jeszcze większą ilość zwolenników i przyniesie nam kolejne przygody.

Przygody. Dobre słowo. Czy na tym etapie już się jakieś zdarzyły? Sława i rock’n’roll równa się seks, narkotyki, imprezy i pomieszanie dnia z nocą. Coś z tego stało się już Waszym udziałem? Poproszę o odpowiedź niepoprawną politycznie.

Kurczę, muszę Cię zmartwić, imprezy wiadomo, koncerty to mega dobry pretekst do chodzenia spać nad ranem, ale częściej mylimy noc z dniem poza koncertami, w czasie wolnym. Wynika to może z tego, że bardzo mało gramy tych koncertów na razie. Trasa od stycznia – zobaczymy co się wtedy wydarzy.

Ostatnio kolega dziennikarz powiedział mi, że ma problem z kapelami indie, bo choć często fajnie grają, to w zasadzie nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Brytyjskie kapele bronią się arogancją i – właśnie – rożnymi skandalami, a krajowe bandy pozostają na poziomie „kochamy grać i kochamy naszych fanów„. Nie boicie się takiej szufladki?

W dupie to mamy i też jesteśmy aroganccy!

O i tak jest dobrze. To ja teraz pojadę w tonie zatroskanego rodzica – czy w związku z intensywnym graniem/promowaniem i karierowaniem nie będzie problemu ze studiami/ szkołami itp? Ew. pracą, bo w Polsce raczej mało która kapela możne sobie pozwolić na luksus utrzymywania się z muzykowania…

Stefan zrezygnował ze studiowania, mi i Piotrowi udało się przed podpisaniem kontraktu zrobić licencjaty a Maks studiuje i ślizga się z semestru na semestr gadkami do wykładowców typu „panie doktorze, nie było mnie na egzaminie, i w sumie na żadnych zajęciach bo mam teraz bardzo dużo pracy z zespołem, proszę… tutaj nasz teledysk, może pan obejrzy?”, „dobra, napisz pracę i dostaniesz 3„. Z pracą jest trochę gorzej. Stefan ciuła, bo gra jeszcze z Muchami, oni mają więcej koncertów i dzięki temu jest w stanie sobie odłożyć, Piotr żyje aktualnie z produkcji muzyki, zgłaszają się do niego zespoły i nagrywa im muzykę (zrobił nasze „In My Arms”, które jest na płycie), ja naganiam klientów w jednym z hosteli na prowizję a Maks ma ciężki zawód jakim jest bycie synem. Ale generalnie większość pieniędzy jakie napływają są z muzyki. Myślę, że od przyszłego roku jak pojedziemy na trasę to niczym innym nie będziemy się zajmować, bo nie będzie takiej potrzeby i nie będzie czasu.

Zliczysz ile w tym roku zagraliście sztuk?

10 Sundaykoncertów, głównie Poznań i Warszawa…

Musicie w sumie ostrożnie stąpać na gruncie muzycznego biznesu… Jakie zagrożenia czyhają w/g Ciebie na taki zespół jak Terrific Sunday? Dostrzegasz potencjalne pułapki?

Chyba jeszcze nie nacięliśmy się na taką pułapkę, którą bym pamiętał. Ale pułapką może być „niedogadanie się” między nami. Bywało różnie, różnice zdań często sprawiały, że było parę cichych dni, obrażanie i tak dalej, ale to chyba nic nadzwyczajnego, znamy wiele zespołów i każdy to przechodzi. Więc odpowiadając: pułapką może być konflikt wewnętrzny, a co z zewnątrz? Nie wiem, mam nadzieję, że nigdy się nie przekonamy!

To teraz banalniej – jakie macie w planie kolejne ruchy promocyjne? Co zamierzacie zrobić, żeby zaskoczyć? Wypad za miedzę?

U nas nigdy nie funkcjonowało pojęcie „plan” i tego się trzymamy. Na razie mamy do skończenia press tour, pojeździmy jeszcze pogadać w paru miejscach. Myślę, że nasze koncerty jeszcze w tym roku mogą być totalnym czadem, niestety, nie mogę zdradzić, bo to jeszcze nie potwierdzone; będą to w każdym razie supporty, mega wyczekujemy potwierdzenia, bo to może być na prawdę duża sprawa. Poza tym robimy już powoli materiał na drugą płytę, wiem jedynie, że ostre numery będą jeszcze ostrzejsze, spokojne jeszcze spokojniejsze. Czekamy co przyniesie zima 2016r.

No to na koniec tak: kiedyś już wywróżyłem Wam popularność. Udało się. Co mam Wam wywróżyć teraz?

Za miedzę!

No to – za miedzę!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Sony Music