TENEBRIS – matematyka zostaje za drzwiami

Łódzki Tenebris – choćby nie wiem, jak tego nie chcieli – są dzisiaj jednym z tych zespołów, do których pasuje  słowo „legenda”. Założony w 91 roku przeszedł w swojej historii przez wszystkie możliwe burze – zmiany składów, zawieszenia działalności i powroty. Także strona muzyczna ewoluowała – od death metalu, poprzez ryzykowne zabawy z klawiszami (ponoć jako jedni z pierwszych na tej scenie…) aż po mocno progresją zabarwione, ciężkie granie. Boję się wręcz użyć tu słowa „metal”, choć niewątpliwie to na tej właśnie scenie zespół odcisnął swoje najmocniejsze piętno. Dzisiaj grupa świętuje wydanie swojego najnowszego albumu „Alpha Orionis”, który jest chyba najbardziej eklektycznym i oddalonym od korzeni tej formacji kawałem cholernie doskonałej muzyki. Trudnej, ambitnej i wielowątkowej. Z racji tak istotnego – z mojego punktu widzenia – wydarzenia, postanowiłem zaprosić Was na rozmowę z siłą sprawczą zespołu – gitarzystą, wokalistą i wizjonerem – Szymonem.

Wyobrażasz sobie fortepian na scenie obok marshalli i Pearla i do tego np. blasty?

                                                                                                                                         (Szymon)

Tenebris przez lata był uznawany za jeden z najciekawszych, awangardowych niemal tworów na metalowej tkance. Jednak kult nie szedł w parze z ogólną popularnością – jak myślisz, czego zabrakło, że Tenebris nadal jest w zasadzie w głębokim podziemiu?

Tenebris chyba nigdy nie był na piedestale, owszem przychodzili ludzie i chwalili, ale my gramy zbyt mało koncertów, żeby to się jakoś dawało odczuć. Po prostu gramy bo lubimy a reszta wokoło kreci się bez nas. Od 1999, kiedy ówczesne Sick Rec. Padło, nie było chętnych by zająć się moim zespołem, i tak przez prawie dekadę graliśmy sobie próby, nagrywaliśmy dema a świat toczył własne sprawy obok nas. Trudno o jakąś popularność, gdy nagrywa się demówki co 5 lat a koncerty zdarzają się 2 razy w roku.

Jak myślisz, co decyduje o wyjątkowości waszej muzyki? Technika czy coś innego??

Ostatnio często o tym rozmawiam. Przede wszystkim dla mnie jest to dziwne, że inni nie wpadają na podobne pomysły bo one tak naprawdę są proste; technika w przypadku Tenebris nieSzymon jest celem. Jedyne rozsądne wytłumaczenie tej sytuacji to wyobraźnia, której nam nie brak. Wyobraźnia nie oznacza, że wszystko powstaje w głowie, raczej pozwala ona odpowiednio się nastroić i odczytywać muzykę gdzieś z ponad naszej świadomości, dlatego często kawałki powstają prawie w całości wyrwane z tego „nieodgadnienia” ponad nami. Można powiedzieć, że mamy anteny, by to czuć i sprowadzać na ziemię przy pomocy instrumentów.

Trochę to filozoficzne, bo jednak, jeśli zaczynasz z kimś grać, to zależy Ci, żeby prezentował odpowiedni poziom. Mam rację, czy jednak ten aspekt filozoficzny ma decydujące znaczenie??

Przede wszystkim, jeśli ktoś ma grać w Tenebris, musi czuć, o co nam/mnie chodzi. Ja nie tłumaczę muzyki matematycznie, nie rozkładam jej na dźwięki… Po prostu nie jestem wykształconym muzykiem. Słucham z uwagą i chcę, żeby muzycy robili to samo – podążali za wizją. Technika jest tu drugorzędna, pozwala szybciej odnajdywać właściwe ścieżki a czasami samo poszukiwanie właściwej ścieżki stwarza to, co można nazwać techniką.

W zamierzchłych z dzisiejszej perspektywy czasach Tenebris był „hołubiony” przez wytwórnie, w środowisku byliście darzeni szacunkiem, jednak z biegiem czasu troszkę zrobiło się wokół Was cicho – czy wynikało to ze zmian koniunkturalnych na rynku czy też z faktu, że coraz bardziej odchodziliście od standardowych, metalowych dźwięków? Czy dzisiaj określenie „zespół metalowy” ma dla Was jakieś znaczenie?

Nie pamiętam tego hołubienia, byliśmy jednym z wielu zespołów, które wtedy próbowały coś zrobić, tyle że jakimś cudem gramy do dziś. O wyciszeniu aktywności było już wyżej natomiast co do metaliczności naszego grania, to owszem, nie przywiązujemy wagi do etykiet i tego czy już nie jesteśmy metalowcami czy jeszcze tak. Nie o to chodzi; myślę, że przez lata istnienia podziałów, szufladek i rygorystycznego do nich podejścia, utraciliśmy jako słuchacze i jako twórcy wolność. Czy naprawdę jest tak ważne to, że muzyka, której się słucha albo którą się gra będzie wciśnięta w jakieś ramy stylistyczne? Czy te sztuczne określenia mają iść przed muzyką… Chciałbym, żeby tak nie było i żeby muzyka mogła cieszyć czy smucić niezależnie od tego, czy ktoś ją zdefiniuje jakimś słowem czy nie.

Używaliście klawiszy w czasach, kiedy na polskiej, metalowej scenie była to zbrodnia karana śmiercią. Są dzisiaj jakieś instrumenty, które mogą wywołać równie duże oburzenie, czy raczej w 2013 roku niczym już nie można zaszokować?

Tak, kiedyś chwaliliśmy się, że byliśmy pierwsi w temacie „death metal i klawisze” w Polsce, ale to chyba nie ma już znaczenia. Co do poszerzania instrumentarium – dzisiaj myślę, że nie tyle idzie o to, czym chcesz szokować tylko czy to, co zrobisz będzie dostatecznie dobre by szokować. Nie zastanawiałem się nad efektem szoku, tak naprawdę można próbować chyba wszystkiego co nie mieści się w normalnych, gitarowych składach, wyobrażasz sobie fortepian na scenie obok marshalli i Pearla i do tego np. blasty? Nie ma granic są tylko ludzie, którym się chce lub nie pracować wyobraźnią.

Słowo „tenebris” w słownikach może z powodzeniem być uważane za synonim określenia „zmiany składu” – co powodowało te ciągłe huragany, które non stop zmieniały konfiguracje  i muzyków? Chodziło o tzw. brak wymiernych sukcesów, czy dobieracie sobie muzyków niepokornych, których trudno utrzymać w kupie?

Fenomen zmian osobowych pojawił się głównie z braku wymiernych sukcesów, a mało kto jest równie uparty jak ja i potrafi grać latami po to, żeby coś w końcu się z tego wykluło. Byli i tacy osobnicy, którym musiałem podziękować ponieważ bardziej ceniłem swoją równowagę psychiczną niż ich talent.

Kontynuując ten wątek – dzisiejszy skład jest stabilny? Wiem – to żenujące i niestosowne pytanie

Myślę, że mamy najmocniejszy skład od wielu lat. Wszyscy chcą grać, nie mamy wewnętrznych animozji a w dodatku coś zaczęło iść do przodu, jeśli chodzi o całokształt działań, więc i widmo zmęczenia graniem bez celu przygasa.

matematyka zostaje za drzwiami

matematyka zostaje za drzwiami

Patrząc na Waszą dyskografię, pomijając te wszystkie wznowienia itp., widać jak na dłoni, że wiecznie za czymś gonicie, powodując, że opisanie Waszej muzyki jest praktycznie niemożliwe. Czy z dzisiejszej, dojrzałej perspektywy są jeszcze jakieś muzyczne wątki (style), których nie spróbowaliście i macie ochotę się w nich sprawdzić?

No kurcze, nie zakładam, że coś tam sobie jakoś stylistycznie narzucimy, gramy, płyniemy zafascynowani tymi oceanami możliwości, jeśli tylko coś przykuwa nasza uwagę na dłużej to pewnie będzie to słychać na nowym materiale.

Kontynuując jeszcze wątek historyczny – pamiętasz wasz występ na X Metalmanii w 95 roku? Dla wielu czytelników to prehistoria… Jak wspominasz tamte, bohaterskie lata? Czy dzisiaj towarzyszą takim wydarzeniom podobne emocje, czy też tzw. „profesjonalizacja” skutecznie wykastrowała zespoły z tego, naturalnego feelingu…

Myślę, że emocje na dużych koncertach/festiwalach zawsze są podobne – pełno zespołów, gwiazdy i ci mniej wyrośnięci, wszyscy gdzieś tam się kręcą, do tego tłumy fanów, ciekawskich, dziennikarze, osoby towarzyszące, nie da się nad tym tak po prostu przejść bez emocji. Ja sam nie odczułem tej profesjonalizacji, być może zespoły grające non stop ze statusem gwiazd mają do tego inne podejście.

Jaka była geneza nowej płyty – kiedy wystartowaliście z pracami i co było katalizatorem, który pchnął Was do działania?

W 2003 roku rozwiązałem Tenebris. Mieliśmy wtedy gotowy materiał na płytę, ale wobec ogólnego braku ciśnienia sprawczego, wszystko umarło. W mojej głowie wciąż jednak istniała płyta, która nie została nigdy zrealizowana. Potem, od samego początku, kiedy zacząłem kompletować skład w 2006 roku, zakładałem, że taka płyta powstanie. Niektóre pomysły jak „Adha Pawn” czy „Gnome” zostały żywcem przeniesione z materiału jaki był grany na ostatnich próbach w 2003 roku; miałem taki pomysł, żeby przywrócić wszystkie stare numery, ale to nie zadziałało w nowym składzie i zaczęły się rearanże, nowinki, przeróbki. Nie pamiętam żeby był jakiś moment przełomowy, katalizator, po prostu nagranie tej płyty było stałym, niezmiennym celem.

Wydając płytę w 2013 roku można powiedzieć, że jesteście zespołem wielce doświadczonym, któremu przydarzyło się po drodze chyba wszystko, co zespół muzyczny w Polsce może spotkać. Czy z perspektywy tego doświadczenia życiowego i biznesowego wiecie, czego należy unikać i jakich błędów chcecie się ustrzec?

Myślę że nasz bagaż to głównie doświadczenia muzyczne, w biznesie branżowym zmieniło się tak dużo spraw, że trudno tu mówić o doświadczeniu, co najwyżej można powspominać jak to kiedyś było, teraz trzeba wszystko ogarniać na nowo.

Wracając do nowej płyty – jak przedstawia się koncept liryczny tego krążka – gdzie nas zabieracie?

Praktycznie każdy tekst w jakiś sposób nawiązuje do spiskowej  teorii dziejów, według której wszyscy jesteśmy niewolnikami, więźniami żyjącymi w idealnym więzieniu Panopticonie, wytyczono nam granice istnienia i zadano obowiązki, a ciche, niewidoczne władanie nami jest właśnie Alfą, celem nadrzędnym Orionitów – gadoidalnych istot przybyłych na ziemię z pasa Oriona. Ich manipulacje są odczuwalne w każdym aspekcie życia – od handlu przez religię po naukę, wszędzie można dopatrzyć się zafałszowań, przeinaczeń lub celowych przemilczeń. Tego dotykam i na to chciałbym zwrócić uwagę odbiorców. Wiem, że brzmi to jak szaleństwo, ale wiem też, że warto się temu przyjrzeć; im więcej ludzi zobaczy, co się dzieje, tym większa jest szansa na przebudzenie i nie trzeba od razu wierzyć w smoki, żeby skonfrontować się z faktami.

Opowiedz trochę o kuchni – jak powstawała nowa płyta, czy kawałki tworzyliście osobno, czy od razu były one łączone w tzw. suitę? Jak przebiegały prace w studiu – były problemy czy raczej spokojne rejestrowanie?

Każdy numer powstał jako odrębna całość, może poza „Trembling Giant – Alpha Orionis”, chyba warto wspomnieć, że ten materiał rejestrowaliśmy dwa razy, pierwszy raz u Piotrka Tyszkiewicza a potem, wobec zmiany warunków finansowych, raz jeszcze w studio Pawła Marciniaka (Varius Manx). Przez tą podwójną rejestrację rozciągnęło się to w czasie na 2 lata, ale też nieoczekiwanie dało nam możliwość poprawienia czy też udoskonalenia całości. Mieliśmy możliwość usłyszeć i zrozumieć wszystko za pierwszym razem tak, że ponowna praca nad tym materiałem była po prostu pozbawiona błędów, które mogliśmy poznać wcześniej. Praca w studio Pawła Marciniaka była bardzo przyjemna i zorganizowana, wszystko zarejestrowaliśmy w niecałe 2 tygodnie, bezboleśnie, jeśli chodzi o brzmienia, może chciałbym trochę więcej czasu posiedzieć nad miksem, ale efekt chyba jest na tyle dobry i świeży, że nie ma co się dręczyć gdybaniami.

Czego spodziewacie się po tym materiale – jest znakomicie zarejestrowany, świetnie wykonany, ale też jego eklektyzm budzi zrozumiałe obawy, że wielu ludzi może mieć problem z jego przyswojeniem…

Z jednej strony masz rację, trudna muzyka ma ciężko, jeśli chodzi o odbiór u metalowców, ale chyba niekoniecznie tylko metalowcy będą naszymi odbiorcami. Będziemy starali się poszerzać grono słuchaczy i wchodzić w strefy rocka progresywnego, grać i pokazywać się wszędzie tam, gdzie nas zechcą. Mam nadzieję, że trafimy na swoich ludzi, jeśli tylko będziemy wytrwale promować „Alpha Orionis”.

 Nowa płyta przygotowana jest jako całość, jeden długi, wielotematyczny utwór – nie uważasz, że z tzw. komercyjnego punktu widzenia to ryzykowny zabieg?

Takie rzeczy zawsze mi się podobały – jednolity, muzyczny ciąg, uważam, że to wspaniale móc coś takiego zrobić. Komercyjność działań wymaga kalkulacji, pragmatyzmu a akurat tego w Tenebris nie ma w ogóle. Tenebris nie jest komercyjnym tworem. Stawiamy/stawiam na ducha, sztukę i emocje. Ryzyko w tym przypadku to puste słowo – albo Ci się to podoba, albo nie, koniec kropka, nie ma kalkulacji.T2

Ile w tym materiale jest improwizacji a ile matematyki?

Gramy cały materiał w ustalonych formach. Improwizacje są na próbach, koncert i studio wymaga ustalonych form. Co do matematyki – rozumiem to tak: zaczynamy o tym mówić, kiedy podczas powstawania utworu liczymy sobie, gdzie uciąć, gdzie dodać nutkę, ale my tak nie robimy. Gram, co potrafię a reszta zespołu stara się to zrozumieć i czasami bardzo długo to trwa, bynajmniej nie dlatego, że bez matematyki jest to trudne, ale dlatego, że najtrudniejsza jest właściwa interpretacja z duchem z feelingiem. Między innymi dlatego matematyka zostaje za drzwiami naszej sali prób bo odcina nas od inspiracji a zbliża do kalkulacji.

Będę drążył temat inspiracji – czy pracując nad tymi utworami zerkaliście wstecz, na poprzednie dokonania Tenebris, czy odcinacie się od tego, co było grubą kreską?

Ponieważ praktycznie od 92 jestem autorem większości kompozycji, nie ma możliwości, żeby absolutnie pozbyć się jakiś przeszłych, słyszalnych cech Tenebris. Nowy materiał powstawał z moich pomysłów, ale aranżowali go zupełnie inni muzycy niż miało to miejsce na wcześniejszych albumach, bez nich, albo inaczej – z innymi muzykami powstałby inny album, chociaż osadzony na tych samych fundamentach. Myślę, że nie można jednoznacznie powiedzieć, że zerkaliśmy bądź odcinaliśmy się, po prostu staraliśmy się zrobić coś najlepiej jak się da, bez Okładkaciśnienia wstecznego bądź założeń, że od jutra gramy inaczej.

Jeśli mielibyście umieścić „Alpha Orionis” w kontekście całej dyskografii – gdzie byłoby jego miejsce, do jakiego materiału dotychczas nagranego, jest mu najbliżej? Czy może raczej jest to rzecz absolutnie nie korespondująca z dotychczasowymi dokonaniami?

Gdyby nasze dema  ep – ki „The Comet” i „Melting” nie były tylko krótkimi materiałami, byłoby lepiej widać jak powstawała idea dzisiejszego grania Jest zdecydowana ciągłość w rozwoju stylistycznym właśnie w tych krótkich materiałach, dla mnie to prosta droga z przeszłości do teraźniejszości, bez wymuszonych granic czy zmian.

Eklektyzm tego materiału jest dość symptomatyczny. Chcieliście stworzyć coś w rodzaju przewodnika po muzyce ekstremalnej? Słyszę tu i echa death metalu, matematyki w stylu Kobong, jazzu, symfonii a nawet…. indie rocka. Co Was tak nosiło z tymi wycieczkami we wszystkie strony?

Gramy to, co nam się podoba. Jeśli potrafimy wejść w jakiś temat i wszyscy w nim płyną, staje się on częścią naszego materiału, niezależnie od tego, czy wywodzi się z metalu, indie rocka czy czegokolwiek innego. Być może dzieje się tak bo każdy z muzyków ma inną stylistycznie przeszłość, praktycznie oprócz mnie nikt nie grywał metalu i wystarczy lekka aluzja np. do funky, żeby zespół popłynął w funky – z mojego punktu widzenia to jest wspaniałe.

Do kogo zatem adresujecie ten materiał, szczególnie w kontekście, tego, że nadal jesteście utożsamiani ze sceną metalową?

Do ludzi, którzy podobnie jak my sami szukają czegoś ciekawego i świeżego w muzyce, do ludzi, którym bardziej zależy na klimacie niż na pompowaniu hałasu i pewnie też do ludzi o których nic nie możemy jeszcze powiedzieć, a którzy z pewnością pojawią się na naszych koncertach.

Skupmy się na chwilkę na koncertach. Wasza muzyka jest dość trudnym formatem w kontekście prezentacji live – jakie warunki musi spełnić organizator/klub, żeby Tenebris mógł być zadowolony z występu?

Póki co, jedynym odstępstwem od standardu jest w tej chwili 3 gitara, poza tym potrzebujemy normalnego ustawienia i odsłuchów pod wokal, 3 gitary, bas, klawisze i perkusję.T Live Oczywiście, to, co na scenie ogarniamy sami i z tego możemy bądź nie być zadowoleni, najważniejsze jednak by dobrze wypadło to, co się dzieje poza sceną

Jaki koncert wspominacie najlepiej, kiedy udało się osiągnąć na scenie ów „kosmos”? Były takie momenty?

Generalnie, od kilku lat każdy koncert, jaki z rzadka gramy, daje nam satysfakcję tworzenia kosmosów. Ostatni koncert  08.02 w Łodzi w klubie Stereo, był ponoć apogeum tworzenia kosmosu, więc można przypuszczać, że istnieje jakiś progres w tym, co robimy.

Uważasz, że koncert jest nieodzownym elementem zespołowej egzystencji – pytam o to, bo dzisiaj jest sporo zespołów, które funkcjonują z powodzeniem jako tzw. projekty studyjne?

Według mnie, właśnie teraz zespoły by istnieć, muszą grac koncerty i to odróżnia je od projektów. Na żywo jest zupełnie inny odbiór dźwięku, inna relacja. Płyta choćby nie wiem jak wspaniale zarejestrowana, nie daje tego, co się dzieje na żywo – interakcji człowiek – instrument, muzyk – słuchacz. To są magiczne chwile, których nijak się zdefiniować nie da, bo każdy odbiera je w sobie właściwy sposób. Koncert jest dzisiejszą formą czarów, które odprawia się wspólnie, ekstaza, poczucie więzi, wspólnoty z grającymi i słuchającymi, to podstawowe uczucia, jakich doświadczam na wspaniałych koncertach a które kiedyś oferowały plemienne uniesienia dyrygowane przez szamana.

Tenebris nie jest Waszym źródłem zarobkowania, raczej do interesu dokładacie; czym zatem zajmują się członkowie zespołu, zdradź kilka frapujących faktów z waszego życia prywatnego…

Ja na co dzień zajmuję się DTP, przygotowuję materiały do druku pod flekso czy sublimację, Primer i Karki pracują w domach kultury – nagłaśniają imprezy, prowadzą zajęcia dydaktyczne, zaś Grześ to złota rączka, pracuje przy montażach reklam zewnętrznych. Bartek… hm, nie wiem, co on robi poza graniem. Szyszka pracuje jako asystent w Łódzkiej ASP.

„Alpha Orionis” jest, skład jest – mamy nowe rozdanie – powiedz na zakończenie – co dalej, czego możemy się po Was spodziewać?

Myślę, że można oczekiwać serii koncertów; nie chcę mówić o trasie, ale postaramy się zagrać więcej sztuk i w większej ilości miejsc. Co będzie dalej, zależy od tego, jak  mocno nowa płyta pozwoli nam zaistnieć na scenie, czyli wszystko w rękach fanów…

Rozmawiał Arek Lerch

Foto zespołu: Klaudia Kim

Okładka płyty: materiały Tenebris – Audio Cave