TEMPLE OF BAAL – muzyka uświęcona

Nie wiem, kiedy to się stało. Francja, kraj lalusiów i pudernic jest dzisiaj miażdżącym zapleczem wszelkiego, muzycznego ekstremizmu, satanizmu, awangardy i wynaturzenia. Co powoduje, że całkiem spory odsetek metalowego szaleństwa, najlepszych ambasadorów ma właśnie nad Sekwaną. Co ciekawe, kilku przedstawicieli tej nieprzewidywalnej ekipy zakotwiczyło nad Wisłą, w rodzimej stajni Agonia. Niedawno pisałem o Aosoth, teraz przyszedł czas na Temple of Baal, który to zespół muzyczne rozpasanie łączy z jeszcze większym upodobaniem do agresji i swoich szatańskich korzeni, nie boi się o tym mówić powalając wręcz pewnością siebie. Amduscias (gitary, wokale), mój rozmówca, ma dużo do powiedzenia i choć słyszę na Verses of Fire różne wpływy, przekonany jest o ściśle black metalowym rdzeniu swojej muzyki. Zapraszam na wyczerpującą rozmowę, która jest doskonałą puentą muzyki, albo wręcz odwrotnie – dopiero skłoni Was do sięgnięcia po najnowszy, czwarty krążek Francuzów…

Na początek tradycyjnie – kilka faktów z historii zespołu. Co wydarzyło się w Waszym dotychczasowym życiu?

Zespół wystartował w roku 1998. Najważniejsze fakty? Myślę, że to będzie nasze demo, które wypuściliśmy w 2000 roku, za sprawą wytwórni Chanteloup Creations – to był pierwszy, ważny ruch tego zespołu. Potem podpisaliśmy papiery z Adipocere i wydaliśmy w 2003 roku pierwszy album „Servants of the Beast”. W 2009 miał miejsce kolejny przełom – podpisaliśmy kontrakt z Agonia Records i wydaliśmy płytę „Lightslaying Rituals”. Można powiedzieć, że wtedy też zaczęła się bardziej międzynarodowa kariera zespołu – pojawiły się nowe perspektywy, koncerty w Norwegii na Inferno Fest, w Portugalii (Caos Emergente). Jestem bardzo zadowolony ze współpracy z Agonią, zresztą, świadczy o tym fakt, że wydajemyAmduscias kolejną płytę w tej wytwórni – czwarty album „Verses of Fire”. Oczywiście, po drodze zaliczyliśmy różne zmiany składu, ale to chyba normalne, że przez lata wszystko się zmienia. Na ten moment zespół to ja (gitara i wokale), Saroth (gitara, wokale), Arkdaemon na basie i bębniarz Skvm.

Jak zaczęła się Twoja fascynacja – pewnie niezdrowa – black metalem? Pamiętasz, jakie były pierwsze płyty, które zainfekowały twój umysł?

Ciemna strona duchowości interesowała mnie, odkąd dowiedziałem się, że coś takiego istnieje. Potem odkryłem metal i skupiłem się na tych sprawach. Znalazłem sztukę, czułem w środku, że dokładnie to mnie interesuje – jej ekstremalna strona. Połączenie mroku i metalu było dla mnie czymś idealnym. W okolicach 1994 roku mój znajomy pokazał mi Darkthrone i album „A Blaze In The Nothern Sky” – to był jeden z tych ważnych, szokujących momentów w moich poszukiwaniach muzycznego absolutu. Czułem w tej muzyce napięcie, klimat ciemności. To było zbieżne z moimi duchowymi poszukiwaniami, podobna wibracja, droga, z której nie ma powrotu…

Temple of Baal działa w momencie, kiedy na scenie można znaleźć miliony zespołów każdej maści – codziennie słyszymy o nowych tworach. Myślisz, że w tym zgiełku twój zespół wyróżnia się w jakiś sposób?

Tak, zdecydowanie. Mamy własne, rozpoznawalne brzmienie, które wyróżnia w szczególności użycie gitary basowej jako instrumentu prowadzącego, mocno wysuniętego w miksie na front, te częstotliwości basowe są miejscami ważniejsze niż zgiełk gitar. Wiem, że są miliony black metalowych zespołów, z których tysiące grają death/black, który można porównać z nami, ale nie znam zespołu, który ma takie brzmienie jak my. Kolejnym, istotnym elementem jest rola gitary prowadzącej w budowaniu naszego wizerunku. Zawsze staramy się w odpowiedni sposób wpasować solowe partie do muzyki i to w momencie, kiedy wiele zespołów z tego elementu rezygnuje. Wychowałem się w czasach thrash’u i death metalu, kiedy coś takiego jak muzykalność była czymś ważnym a ludzie delektowali się solówkami. I nie mówię tutaj o jakiejś sterylnej wirtuozerii, zresztą nie uważam się za wirtuoza, chodzi mi raczej o umiejętność wyrażenia ekspresji za pomocą partii solowych. Istotna jest też kwestia, którą zauważyli już dziennikarze w wywiadach, mianowicie zaangażowanie, spalanie się w grze, element napięcia, który emanuje z naszej twórczości. Wkładamy w muzykę swoją duszę i to się nie zmieniło na przestrzeni ostatnich piętnastu lat. Nie zależy nam na jakimś szumie wokół kapeli czy czymkolwiek, nie ma mowy o skomercjalizowaniu tego co robimy. To, co z nas wypływa określiłbym jako rodzaj uświęconej sztuki, rodzącej się z oddania muzyce.

jesteśmy zespołem z wszystkimi tego konsekwencjami

jesteśmy zespołem z wszystkimi tego konsekwencjami

Możesz określić, co wpływa na Twoją muzykę, co Cię inspiruje, zarówno jeśli chodzi o dźwięki jak i słowa – chodzi mi o to, jak przedstawiłbyś to komuś, kto nie miał dotychczas z Temple of Baal do czynienia?

Temple of Baal to przede wszystkim black/death metal, co do tego nie ma wątpliwości. To mieszanina atmosfery, klimatu przemocy znanego z black metalu z agresją stylistyki death, wszystko opatrzone potężnym brzmieniem. Nasza muzyka jest wręcz idealna do wykonywania na żywo, nie jesteśmy jakimś „sypialnianym” projektem czy coś w tym stylu, tylko zespołem z wszystkimi tego konsekwencjami. Jeśli chodzi o wpływy i inspiracje, mogę wymienić ciągiem stare zespoły – Darkthrone, Mayhem, ale także Morbid Angel, Incantation, Immolation, stary Entombed… Powstaliśmy w 98 roku jako fundamentalistyczny black metal, ale ewoluowaliśmy w kierunku łączenia czarnej sztuki z death’em, co daje unikatową jakość. Jeśli zaś chodzi o sprawy przekazu, tekstów, wszystko jest powiązane – widzę muzykę black metalową jako coś uświęconego. Kiedy zaczynaliśmy, black metal zaczął zmieniać się w rodzaj przyjemnej i gładkiej sztuki, z czystym, wypolerowanym brzmieniem, syntezatorami a przede wszystkim zaczęło się negowanie znaczenia satanizmu w muzyce, który został zastąpiony przez inne określenia i pojęcia. I to jest dla mnie totalnie bezsensowne. Black metal oznacza satanizm i to wyrażamy w naszej sztuce. Nie chodzi nam o płytki satanizm jaki propaguje Kościół Szatana, to nie są głupie zagrywki nastolatków, którzy „czczą zło i palą kościoły bo to jest cool”, dla nas jest to coś znacznie głębszego i ma swoje korzenie w teistycznym satanizmie i lucyferycznej gnozie.

Skupmy się nieco nad samymi dźwiękami – jakie różnice dostrzegasz pomiędzy poprzednią płytą a „Verses of Fire”?

Ardaemon„Lightslaying Rituals” był potworem, ale dość monolitycznym. To był nasz najbardziej skrajny, ekstremalny album jaki nagraliśmy. Jeśli miałbym użyć jednego słowa do określenia płyty, brzmiałoby ono: „gniew”. Z kolei „Verses of Fire” to zupełnie inny wymiar, tu mógłbym użyć słowa „wiara”. Ciągle zdarza mi się wracać do „Lightslaying…”, ale „Verses…” to materiał, który jest dla mnie głębszy, jest w większym stopniu moim odbiciem. Jest inny. Piosenki z poprzedniczki są świetne, znakomicie się je gra na żywo, jednak z dzisiejszego punktu widzenia brakuje tamtej płycie zróżnicowania. I to słychać, jeśli porówna się przedostatni album z najnowszym. Także produkcja „Lightslaying..” była jednak nieco zbyt sztuczna, na „Verses…” udało osiągnąć się nam naturalne, żywe brzmienie, które oddycha. Ta przestrzeń i oddech to istotna sprawa, dzisiaj to wiem – poprzedni album dosłownie „dusił się”, był gwałtowny i w efekcie mogę powiedzieć, że trochę męczący. Choć na pewno odzwierciedla stan mojego umysłu w tamtym okresie.

Wydaje mi się, że „Verses of Fire” to nie tylko krok do przodu dla zespołu, ale przede wszystkim Ty, jako muzyk rozwinąłeś się kompozycyjnie – jak oceniasz swoją pracę, jako kompozytora i aranżera? Jesteś bardzo krytyczny wobec siebie?

Wiesz, idziesz do przodu i cały czas się uczysz. Jestem człowiekiem z bardzo otwartym umysłem, jeśli chodzi o muzykę. Słucham różnych rzeczy i nadstawiam ucha na nowości. Jestem też przygotowany na możliwość grania w różnych, muzycznych kontekstach, niekoniecznie związanych z metalem. Grałem muzykę klasyczną w chórze z orkiestrą i każde takie doświadczenie jest kolejnym elementem edukacji. Moim zdaniem, muzyk powinien zachować otwarty umysł, musi być ciekawy wszystkiego, bo tylko w ten sposób może stać się dojrzałym kompozytorem i instrumentalistą. Jeśli chodzi o tworzenie, warsztat, staram się podchodzić do tego metodycznie, czytam, zgłębiam teorię, ale też praktycznie medytuję, żeby mieć odpowiednio zrelaksowany umysł. Choć nie ukrywam, że tworzenie pod wpływem emocji ma swój sens. Wszystko zależy od naszej woli i chęci tworzenia. W przypadku nowego albumu postanowiliśmy z Alastorem, który był w tamtym okresie w zespole, że trochę wydłużymy utwory w celu wytworzenia pewnej atmosfery i skontrastujemy je z krótszymi i bardziej bezpośrednimi atakami. Kiedy dzisiaj słucham „Verses of Fire”, myślę, że udało się ten zamysł zrealizować. Jest w tej muzyce magia, intryguje, odseparowuje od świata na kilka chwil, wciąga. A o to chodzi w muzyce, która jest przemyślana i wypływa z woli muzyków a nie z premedytacji…

Faktycznie, ta muzyka ma szansę przyciągnąć fanów eksperymentu a nie tylko maniaków metalu. Spotkaliście się z jakimiś ciekawymi reakcjami i opiniami ze strony nie – metalowych mediów?

Hmmm… W sumie nigdy tak o swojej muzyce nie myślałem, ale czemu nie. Nie, nie mieliśmy żadnego odzewu ze strony magazynów spoza kręgu metalowego. Większość z ich postrzega pewnie takie zespoły jak Temple of Baal jako zwariowanych szaleńców, którzy tylko hałasują i wymiotują wnętrznościami, tak myślę. Osobiście interesuję się muzyką niemetalową, ale nie sądzę by publiczność spoza tej sceny byłą zainteresowana nami. Jesteśmy zbyt ekstremalni i zbyt ściśle związani z metalowymi kręgami, choć zgadzam się z tobą, że w naszej muzyce czasami jest miejsce na eksperyment.T2

Idąc dalej tym tropem – odnajduję na „Verses…” mnóstwo smaczków – elementy sludge metalowe, klasyczny thrash i death a także szczyptę noise, a wszystko spięte klamrą surowego black metalu – czy te proporcje będą ulegać dalszej ewolucji? A jeśli tak, to w jaką stronę?

Jak już mówiłem – jesteśmy bardzo otwarci muzycznie. Zasadniczo wywodzimy się z klimatów death i thrash, jeszcze zanim poraził nas black metal. Ale jednocześnie jesteśmy smakoszami rzeczy bardzo odległych od takiego grania. Lubimy np. doom metal i okolice, jednak trzon pozostaje niezmienny i jest to black metal w czystej formie. Nie szukamy jakiegoś nowego miejsca dla zespołu, bo mamy swoją ukształtowaną osobowość. Nie bawimy się w eklektyzm dla samego eklektyzmu. Tworzymy muzykę i jeśli czujemy, że w danym momencie jakiś element – powiedzmy, że będzie to partia w klimacie sludge metalu – pasuje do naszego zamysłu aranżacyjnego, używamy go. Nawet jako ortodoksyjni black metalowcy nie zamykamy się na wpływy z zewnątrz. Tworzenie prostej muzyki po linii Bathory czy Darkthrone jest bez sensu. Oni już zrobili swoje w sposób perfekcyjny i po co wysilać się i nieudolnie zbliżać do takiego stylu…

Ok, odejdźmy trochę od samej stylistyki i skupmy na tym, co kryje się pod tytułem „Verses of Fire”?

To nasz najbardziej lucyferyczny album jaki do tej pory nagraliśmy. To słowa złego, które przynoszą wiedzę o człowieku. Sporo tekstów napisaliśmy po lekturze i medytacji na tematy okultystyczne. Ten album jest pierwszym, na którym znalazły się bezpośrednie odniesienia do Aleistera Crowleya, którego czytam już od dwóch dekad, ale zacząłem rozumieć jego słowa i część skomplikowanego systemu okultystycznego dopiero parę lat temu i to jest ekstremalna inspiracja. Utwory takie jak „Το αστέρι 418” czy „The 10th Aethyr” są pełne takich tajemnic. Inne kawałki, np. „Arcana Silentium” dotyczą znaczenia uświęconego milczenia a „Walls of Fire” mówi o konieczności psychologicznej izolacji, dzięki której można osiągnąć kolejny poziom transcendentnej egzystencji. Zasada transcendencji jest jednym z kluczy do globalnego ducha Temple od Baal.

Zjedźmy na chwilę z tych natchnionych wywodów i skupmy się na promocji płyty – czy wybraliście już utwory, które znajdą się w koncertowym secie – były już Sarothjakieś reakcje fanów na nowe kawałki?

Na razie graliśmy „Το αστέρι 418”, „Bloodangel”, „Walls of Fire” i „Golden Wings of Azazel”. Reakcje zawsze były świetne. Mamy szczęście mieć tu w Paryżu autentycznie oddaną, brutalną i szaloną grupę słuchaczy. Doświadczyłem tego ponownie, gdy graliśmy w Wolfthrone; publiczność to był totalny chaos! Fantastyczni maniacy… No i nie mogę się doczekać szaleństwa w innych krajach, zobaczymy, co przyniesie przyszłość…

Niektóre zespoły przyznają, że tworzą swoją muzykę z myślą o tym, żeby dobrze wypadała na koncertach – myślisz, że podchodząc do tworzenia muzyki w taki bardzo zaangażowany sposób, udaje się zachować jej koncertowy charakter? Uważasz, że numery z nowej płyty są dobre i łatwe do grania na żywo?

Lubimy grać naszą muzykę na żywo. Jesteśmy metalowcami starej daty, kiedy zaczynaliśmy słuchać tej muzyki nie było miejsca na takie rzeczy jak jednoosobowe projekty, za wyjątkiem Bathory i może jeszcze kilku aktów. Lata 90 – te wychowały taki właśnie „sypialniany black metal”, niektóre projekty były dobre, inne nie, ale fakt pozostaje – nie mogły zagrać na żywo. Niektórzy tłumaczyli swój wstręt przez występami mizantropią, ale dla mnie to przede wszystkim biedni muzycy, którzy na scenie czują się niepewnie i źle. W czasach dominacji thrash i death metalu swoją wartość pokazywałeś właśnie na scenie i to był obowiązek dla zespołu, który chciał zdobyć uznanie. Dla niektórych to już mało ważny aspekt działalności, ale nie dla nas, bo my mamy w sobie tego starego ducha. Chcemy na żywca być jeszcze bardziej dzicy i gwałtowni. Wiele osób uznaje nas za zdecydowanie koncertowy zespół, twierdzą, że nasza muzyka ma inny wymiar na scenie, więc tym bardziej jest to dla nas potwierdzenie, że to dobry kierunek, także w kontekście aspektu kompozycyjnego.ToB Live

Jeśli chodzi o sprawy formalne – ponownie płyta ukazuje się z logo naszej rodzimej stajni Agonia. Stajnie spoza Polski nie były zainteresowane, czy jesteście po prostu zadowoleni z naszej wytwórni?

Agonia oferuje nam takie warunki, jakich nikt inny nam nie zaproponował lub po prostu – mówiąc dosadniej – nie chciał dać. Na tym etapie kariery Agonia jest dla nas najlepsza, wspiera nas w 100%. To super załoga, bardzo się przykładają do swojej pracy, dbają o zespoły, są maksymalnie profesjonalni, po prostu, potrafią do siebie przekonać. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale na razie jesteśmy w tej stajni, bo tu czujemy się kimś a nie tylko jakimś numerem w katalogu, z tyłu za większymi nazwami. Dwa albo trzy razy się zastanowię, zanim opuszczę tę wytwórnię.

SkvmTwoje słowa spowodowały, że zacząłem się zastanawiać, czy poza zespołem coś jeszcze liczy się w Twoim życiu?

Oczywiście – moja rodzina! Ale reszta mojego życia poświęcona jest muzyce, ponieważ jestem… nauczycielem muzyki (śmiech…).

Ok, bardzo dziękuję za rozmowę – ostatnie słowo należy oczywiście do Ciebie…

Sprawdźcie „Verses of Fire”, wejdźcie w tę muzykę głęboko i sami zdecydujcie, co o niej sądzicie. Włożyliśmy w ten album dużą część nas samych. To nie jest rzecz do prostej i bezmyślnej konsumpcji, to nie jest „fast food music”. To dzieło dla ludzi, którzy toczą krew na cześć pana drugiej strony. Mamy nadzieję, że spotkamy się na koncertach, więc sprawdzajcie, co się u nas dzieje i piszcie: templeofbaalbooking@hotmail.fr.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Anaïs.E. Photographe (live)/Vertigo