TARPAN – Takie gitarowe granie…

Kto nie słyszał o Tarpan ten powinien nadrobić zaległości. Rzadko kiedy ekscytuję się zespołami z naszego podwórka, ale poznaniacy, którzy od trzech lat łoją pod tym szyldem zasługują na najszersze uznanie. Jak dotąd moje zdanie podziela większość „pismaków” – i słusznie. Sludge, metalcore, nieistotne. Tarpan robi to jak trzeba, dlatego do rozmowy zaprosiłem Jacka Stróżyńskiego – gitarzystę zespołu.

Muszę przyznać, że chyba celowo pomijałem waszą obecność na scenie. Ja wiem, że Poznań jako miasto to dość płodne miasto, żeby nie powiedzieć, że obok Krakowa jest to wylęgarnia zespołów, ale przez moment uznałem, że skoro mamy The Throne a w stolicy grasuje Sunnata, to jakby temat się wyczerpał. A tu proszę, Ruins to rzecz choć wpisująca się w ramy gatunku, to znacznie mocniej waląca po pysku groove i mechanicznym rytmem. Krótka piłka: ten sludge wam paradoksalnie nie ciąży? Mamy tu przecież niemały konglomerat dźwięków.

Szczerze mówiąc, nie znam się w ogóle na gatunkach muzycznych i zawsze miałem problem z opisywaniem innych zespołów. Najchętniej wpisałbym sobie w sekcji gatunek „takie gitarowe granie”, albo „metal”. Nigdy nie mieliśmy narady w stylu „Hej, grajmy jak Neurosis + Black Sabbath”, albo „Zakładamy kapelę, która gra sludge”. Myślę, że wszystko u nas powstaje naturalnie i demokratycznie – nie ma fuhrera, który przychodzi z gotowymi liniami wokalnymi, gitarami, perkusją i ma konkretny pomysł w określonym stylu.

Wszystko odbywa się w pełni demokratycznie?

W większości tak. Jak w każdej relacji międzyludzkiej nie da się wszystkich w pełni zadowolić. Czasami musimy robić kompromisy, ale bywają też sytuacje, gdzie ktoś tupie nogą i mówi „kurwa, no nie!”. Czasami się kłócimy, ale dogadujemy się – grunt to otwarty dialog i załatwianie spraw na bieżąco, bez tłumienia w sobie jak komuś coś nie pasuje.Awatar

Ciekawi mnie to o tyle mocno, że „Ruins” to wypadkowa wielu gatunków i sam nie chcę rozpatrywać tej płyty w kategorii sludge. Za dużo tu energii, wygaru, wkurwienia. Są nawet – choć dość rzadkie – bardzo łatwo przyswajalne melodie i gdyby traktować ten album jednowymiarowo, to wyszłoby na to, że ten materiał nie ma ze sludge nic wspólnego. Bo za szybko, bo zbyt nowocześnie.

Nigdy nie chcieliśmy grać jednowymiarowo. Jest nas czterech w kapeli, mamy jakąś wspólną bazę kapel, których wszyscy słuchamy, ale poza tym każdy ma własne zajawki. Pierwsze dwa utwory jakie powstały miały tytuły robocze „Deftones” i „Behemoth”. Oczywiście, nie staramy się kopiować tych kapel, po prostu te tytuły wzięły się z ogólnych skojarzeń. Sam przyznasz, że rozstrzał jest dość spory. Gramy to na co mamy ochotę, ale w granicach zdrowego rozsądku. Myślę, że pomimo różnorodności, „Ruins” jest dość spójnym albumem, nie ma tu numeru z przysłowiowej „dupy”, który totalnie nie pasuje do reszty. Nie chcemy się na nic zamykać, ale na pewno nie powstanie utwór o roboczym tytule „Reggae”.

Obecnie czterech, bo do niedawna mieliście stałego perkusistę. Olas nagrał płytę, ale odszedł. Jego miejsce zajął nie byle jaki zawodnik bo kręgosłup rytmiczny Butterfly Trajectory i trudno o lepsze zastępstwo. Po koncercie w Warszawie (6 maja) chyba można stwierdzić, że „wgryzł się” w materiał?

Jak najbardziej! Piciu (Piotr Jechura) jest świetnym bębniarzem. Większość życia grał black metal i to słychać. Bardzo nam zależało, żeby do utworów granych na koncertach, które powstały bez jego udziału, wniósł własny pierwiastek. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś jest zmuszony do odegrania czegoś „na pałę”. Wiele motywów zrobił po swojemu, ale nie ukrywam, że momentami musieliśmy go nieco stopować jak chciał wstawiać blast beat w fragmencie, który miał być walcowaty. Gra bardzo emocjonalnie i myślę, że nowy materiał będzie jeszcze bardziej różnorodny.

Skoro mowa o nagraniach – krążek zarejestrowaliście u Perły, a przy pierwszym odsłuchu miałem wrażenie, że to nagranie wiesz, z łapy, na setkę. Tak naturalnie to wszystko gada. Zamierzony efekt czy rezultat śmiałych podpowiedzi – nie bójmy się tego stwierdzić – jednego z najlepszych, krajowych realizatorów?

Był plan, żeby nagrać na setkę, ale, niestety, nie jesteśmy na tyle sprawnymi muzykami. Przygotowywaliśmy się sporo przed wejściem do studia. Na czas wakacyjny odpuściliśmy koncerty, żeby dopracować materiał i przygotować się do sesji nagraniowej. Mówiąc szczerze, wynikało to z ograniczonego budżetu, co jest równoznaczne z tym, że musieliśmy to nagrać po prostu szybko. Perła jest świetnym gościem, bardzo poszedł nam na rękę i wniósł wiele do finalnego brzmienia i kształtu tej płyty. To nie jest typ, który machnie ręką jak coś się nie zgadza, szczególnie w kwestii perkusji. Myślę, że na czas nagrania stał się członkiem kapeli – bardzo mu zależało, żeby wszystko wyszło jak najlepiej.

Takie gitarowe granie...

Takie gitarowe granie…

A Patryk Zwoliński – gość łatwy w obyciu? Przyznam, że ten „feat” to taka wisienka na torcie. Tym bardziej, że to najbardziej, cholera, niepokojący numer z całej płyty.

Tak na prawdę pomysł na ten „feat” pojawił się przed powstaniem utworu. Ja osobiście bardzo lubię Patryka, głównie za jego bezpośredniość i dosadność – takiego go poznałem. Szczerze mówiąc, zanim wysłaliśmy mu utwór w wersji „surowej”, postanowiłem nagrać własne wokale na wypadek jakby stwierdził, że ten kawałek jest po prostu słaby. Wszystko wyszło totalnie bezproblemowo – układ był taki, że my nagrywamy utwór w studio u Perły, a Patryk dogra wokale w wolnej chwili w Warszawie. To bardzo zabiegany facet i trochę czekaliśmy zanim znalazł czas na dogranie swoich partii, ale wiedzieliśmy, że będzie zajebiście i warto było uzbroić się w cierpliwość.

Po opuszczeniu Blindead to chyba jedyne nagranie, w którym się udzielał, więc wychodzi na to, że udało się wam pozyskać gracza z prawdziwej ekstraklasy. A skoro o tym mowa, w zespole są ludzie z Faust Again. Jak na „debiutantów” to trzeba przyznać, że startujecie z naprawdę wysokiej pozycji.

Obecnie już nie ma ludzi z Faust Again, bo jedynym członkiem tej grupy był Olas, z którym miałem jeszcze jedną kapelę – Blues Beatdown. Niestety, członkowie jednego i drugiego zespołu porozjeżdżali się po świecie przez co wszystko się posypało. Ja i Olas postanowiliśmy nie przestawać grać, przestroiłem gitarę o pół tonu niżej i zaczęliśmy robić nowy materiał. Początkowo było to typowe jammowanie, żeby po prostu coś sobie pograć, a w końcu zaczęło to nabierać kształtu i zabraliśmy się za szukanie pozostałych członków. Nie chcieliśmy brać do zespołu ludzi zaangażowanych w inne projekty, bo z doświadczenia wiedzieliśmy, że to nie zawsze wychodzi. My nie mieliśmy już innych zespołów i chcieliśmy kogoś, kto nie będzie będzie miał tyle czasu co my. I tak finalnie jest z nami Baca i Adam.

Wróćmy na moment do samych nagrań. Ciekaw jestem z jakiego sprzętu korzystaliście w trakcie sesji?

Olek nagrywał na zestawie, który był w studio u Perły, nie pamiętam co to były za gary, ale dość stare, talerze z serii Zildjian A-Custom. Bas EpiphoneTarpan Live Thunderbird i zastany w studio legendarny łamacz pleców 8×10 Ampega i basowa głowa Marshalla. Jeśli chodzi o gitary, nagrywałem na moim zestawie Orange Thunderverb 50 z paczką Orange PPC412 i na gitarach Gibson Les Paul Custom z ’80 roku i Hofner Verythin. Mieliśmy w zanadrzu gitarę PRS CE-22, ale zdecydowaliśmy się na nagrywanie z gitarą Hofner, czyli Semi-hollow body, która jest wykorzystywana raczej w muzyce Jazzowej i Bluesowej. Na koncertach gram właśnie na tej gitarze. Postawiliśmy na analogowe, old schoolowe brzmienie, bez aktywnych przetworników.

Ten Blues trzyma się Ciebie nie tylko z nazwy poprzedniej kapeli (śmiech). Słuchaj, powoli kończymy, za wami pierwszy gig w nowym składzie, seria pozytywnych recenzji i spora dawka motywacji do dalszego działania. W takim razie, co gdzie, i kiedy z Tarpanem?

Tak, blues jest bardzo bliski memu sercu. W pierwszym utworze postanowiłem wpleść krótki motyw w pentatonice, co mogłoby się wydawać dość kontrowersyjne, ale myślę, że wyszło to dobrze. Bardzo się cieszymy z pozytywnego odzewu, daje nam to cholernego kopa! Powoli montujemy nowy materiał, ale chcemy teraz pojeździć i zagrać kilka koncertów. Najbliższy odbędzie się na obczyźnie, w Oldenburgu, ale nasze myśli są już skierowane w stronę opóźnionego o dwa miesiące release party, które odbędzie się 28 maja w naszym rodzinnym Poznaniu, w klubie Pod Minogą. Szykujemy kilka niespodzianek, także serdecznie zapraszamy! Planujemy też jesienną trasę na północy i południu Polski.

Rozmawiał Grzegorz „Chain” Pindor

Zdjęcia: archiwum zespołu