SUPERHALO – Nie używać Metal Zone!

Niech żyje rock! Z takim hasłem wraca po dłuższym niebycie świetna załoga Superhalo. Na Bang!Bang każdy maniak „po prostu rocka” znajdzie coś dla siebie. Jest zadziornie, ale i bardzo inteligentnie. Superhalo wychodząc z grona  wykonawców zafascynowanych stonerem, uzyskało własną tożsamość, grając prościej i bardziej przebojowo. I zaliczając przy okazji szereg bolesnych zmian składu. Jaka to trauma, wie każdy muzykant. Superhalo udało się z takiej opresji wyjść jeszcze silniejszym. O szczegółach nowej płyty rozmawiam z panami  Kidd’em (vox) i basistą Wrzosem. 

Na dobry początek – co to jest bang bang? Kojarzy mi się z imprezami disko…

Kidd: Bang!Bang wyszło od tekstu tytułowego kawałka. Tekst generalnie traktuje o niezobowiązującym podjeściiu do życia, spraw poważnych i niepoważnych, kobiet, i kilku innych rzeczach. Więcej nie będę zdradzał – polecam poczytać.

Nawiązując jeszcze do tytułu płyty – zauważyłem, że okładka pojawia się raz w wersji „Bang! Bang” a w innym miejscu „Bang! Bang!” – przypadek, błąd czy celowe działanie?

Kidd: Naprawdę? Najwyraźniej nie zwracam na to uwagi… Wrzos: Jak już to błąd – powinno być „Bang!Bang” bez spacji.

Zanim dojdziemy do nowej płyty, jeszcze małe reminiscencje dot. przeszłości – jak wyglądała promocja „Czerwonej” i co udało się osiągnąć? Pytanie o tyle złośliwe, bo w sumie o Superhalo nie było jakoś specjalnie głośno – nie uważacie, że opcja „premiera+4 koncerty” to raczej za mało, choć staje się dla zespołów nie mających konkretnego zaplecza managerskiego/wytwórni, standardem?

Wrzos: W momencie wydania „Czerwonej” Superhalo miało na koncie zagrane 2 koncerty w tym jeden w lokalnym domu kultury. Nikt o nas nie słyszał. Zaczęliśmy więc trochę od dupy strony. Najpierw płyta, a promocja się rozkręcała powoli. Pojawiały się przychylne recenzje, a za tym propozycje koncertów, supportowania uznanych kapel co zwiększało zaufanie dla nas itd. Broniła nas muzyka, choć oczywiście nie wszędzie to wystarczało. Wszystko działo się z dnia na dzień, bez planów i koordynacji. Może nie słychać o nas wiele, ale coraz więcej. Uważam, że i tak osiągnęliśmy przez ten czas bardzo dużo. Koniec końców, własnymi siłami, bez profesjonalnej dystrybucji zszedł cały nakład „Czerwonej”, zostało nam na pamiątkę dwadzieścia kilka sztuk. Wiadomo, że z profesjonalnym menadżerem byłoby łatwiej działać, ale jakoś nikt się nie wyrywał, nie odważył zainwestować w nas swojego czasu. Czekamy na poważne propozycje (śmiech). Dwa lataWrzos temu związaliśmy się z agencją bookingową – Fresh Music Booking. Opiekujący się nami Bartek Pojasek otworzył dla nas nowe możliwości – zagraniczne sceny i część krajowych. Nasza muzyka, podczas „tournee” po Niemczech, Francji i Belgii, została bardzo dobrze przyjęta i od tego czasu wracaliśmy tam kilkakrotnie. Opcja premiera i cztery koncerty to mało i trzeba zdecydowanie więcej robić.

Interesuje mnie kwestia tzw. doświadczenia – czy  – np. dla młodych adeptów rockowego hałasowania – możecie zdradzić, czego nie należy robić i na co uważać, żeby nie zaliczyć wpadek, na podstawie własnej praktyki?

Kidd: Trudno mi jednoznacznie powiedzieć jaki kurs jest dobry. Ja zaczynałem w innych czasach. Wtedy jeszcze wystarczyło dużo grać by rzesza fanów rosła i zespół dostawał od świata ciekawe możliwości i nowe doświadczenia. Teraz trzeba walczyć dużo bardziej, dużo większy nacisk położyć na promocję i wizerunek.  Tędy poszedłbym  zaczynając teraz. Dobre jakościowo granie, dobry wizerunek, dobra promocja.

Idąc dalej w temacie doświadczeń – nowa płyta miała być sfinansowana za pomocą akcji crowdfundingowej. Ponoć nie wyszło – i tu kolejna kwestia: jakie jest wasze zdanie na ten temat, warto czy nie? Pytanie o tyle zasadne, bo jak zauważyłem, crowdfounding budzi dość spolaryzowane opinie…

Wrzos: Też mamy mieszane uczucia co do crowdfundingu. Zdecydowaliśmy się spróbować bo nasz budżet nie pozwalał nam na wydanie płyty na winylu. Wyraźnie zaznaczyliśmy jednak, że nie chcemy żebrać o datki na realizacje naszych fanaberii. Za każdą wpłatę oferowaliśmy konkretną rzecz – np. płytę czy koszulkę – w promocyjnej cenie. Nie chcieliśmy robić cegiełek po 1zł typu „wpłata za wirtualnego buziaka w penis”. Może to był błąd, ale nie żałujemy bo czujemy się z tym dobrze. Płyta wyszła na CD, a na winyl przyjdzie jeszcze czas.

Zespół przeszedł zmiany w składzie – dla formalności – kto, dlaczego i jaki z tego morał? 

Kidd: Tak. Skład się zmienił, zmienił się klimat, zmieni się i muzyka pewnie. Natomiast, od czasu kiedy jestem w zespole, a zastałem oryginalny skład, były dwie zasadnicze zmiany. Mamy Simona Szymkowiaka, który zastąpił Pawła Siudeja na gitarze. Simona znacie z Rust. z Kolei Paweł  jest teraz naczelnym majstrem od gitar w zespole ANN.  Trochę później odszedł SaIMOn Galus, którego z kolei zastąpił Domin Ostrowski, z którym grałem wcześniej w Impali. Tak powstał obecny skład, który już przetestowaliśmy koncertowo i muszę przyznać, że strasznie mi się podoba jak to działa teraz.

Staram się umieścić Superhalo na współczesnej, polskiej scenie rockowej. Przechodzi ona dość dużą ewolucję. Kiedyś wzorem był Kyuss, potem na tapecie był sludge/doom (i niskie ukłony w stronę nieśmiertelnego Sabbath…), dzisiaj coraz więcej zespołów sięga po indie rock’a (który ponoć jest już passe, ale u Was pojawia się wyraźnie np. w „God Awaits Me Across The River”…). Wy wydajecie się z dobrym skutkiem trzymać z grubsza piaszczystej spuścizny Homme’a. Czy to wynika z przyjętych założeń czy raczej podświadomego przywiązania? Co musiałoby się stać, żeby Wasz zespół przekroczył magiczną barierę i dotarł do świadomości słuchaczy? Czy ta, dręcząca kwestia spowodowała, że na „Bang!Bang” możemy znaleźć tematy bezczelnie przebojowe…

Wrzos: Cieszę się, że tak to widzisz bo bardzo by nas ucieszyło gdyby nasze utwory leciały gdzie się da i stały się przebojami. Nie jest to celowe działanie, utwory powstawały spontanicznie bez planu, a nawet jak któryś z nas przyniósł kawałek z domu i tak przeważnie został wywrócony do góry nogami i niewiele z planu zostało. Nie mamy planów jaką muzykę grać, gramy jak nam wychodzi. Teraz padnie banalne, że „łączymy fascynacje każdego z nas”, ale mimo prawdziwości tego stwierdzenia mamy wspólny mianownik i wpływ mają na niego tacy artyści jak Josh Homme, Jack White, Dave Grohl, Mark Lanegan, Scott Weiland czy kapele, które wspólnie szanujemy. Nie mamy określonego profilu działania. Trochę romansujemy ze sceną stonerową, ale zdajemy sobie sprawę, że nie do końca wbijamy się w ten nurt. Gramy w gruncie rzeczy piosenki z ładnymi melodiami.

Nie używać Metal Zone!

Nie używać Metal Zone!

Może zabrzmi to dziwnie, ale w swojej muzyce bardzo zręcznie unikacie – w temacie gitarowego rzemiosła – jakichkolwiek nawiązań do metalu, co mi się akurat bardzo podoba. Z czego wynika to polskie przywiązanie do „metalu”? I co trzeba zrobić żeby omijać takie mielizny?

Kidd: Nie grać na „Metal Zone” to po pierwsze (śmiech)! Generalnie ja sam zaczynałem od blacku i też grałem na metal zone, który był obiektem kultu wtedy, ale granie metalu wynika moim zdaniem z potrzeby grania mocno, brutalnie, jakkolwiek to nazwać, wyrażanej w taki właśnie sposób… Nadgarstek na moście, obustronne kostkowanie, tapping i floyd rose i jedziesz z tematem. W Polsce nam to bardzo dobrze wychodzi i to widać na arenie międzynarodowej, Vader, Behemoth, Dead Infection, Decapitated. Mamy to we krwi, jesteśmy agresywnym narodem.

Jesteście zespołem, który wyraźnie „gloryfikuje” ten charakterystyczny, amerykański etos. Wiecie – pustynia, dodge challenger, droga itp. Jaki jest Wasz obraz tej mitycznej Ameryki?

Wrzos: Jakoś tak nam wszystkim to pasuje. Ten klimat, przestrzeń,  krajobraz, samochody itd. Jeździmy na koncerty starym Chryslerem. Szymon (perkusista) jest od lat wielkim sympatykiem wszystkiego co amerykańskie, a ja śledzę pustynną scenę i dodatkowo zakochałem się w pozamiejskich Stanach gdy miałem okazję tam pojechać.

Idąc tym tropem – kwestia „amerykańskiego” teledysku do „Danger! Poison” – jak udało się zrealizować ten obraz? Zawsze zastanawiam się, czy takie, w sumie dość drogie produkcje przekładają się na promocję, robią przysłowiową robotę? Zdania są podzielone, osobiście uważam, że wysokość nakładów rzadko przekłada się na realne efekty promocyjne…

Kidd: Dobry klip możesz zrobić z naprawdę małym budżetem, jeśli masz pomysł… Szymon miał pomysł i wiedział co chce zrobić. Nie wiem czy ktokolwiek z nas wiedział jaki ma plan. Ja nie wiedziałem. Zobaczyłem link do gotowego klipu i mnie zatkało. Nie mówię, że jest epicki. Ale zrobił to z kilkoma osobami, na strzał, na wycieczce, i ma to niesamowity klimat!

W przypadku „Czerwonej” mocno podkreślaliście rozmach wydania. Tym razem mam wrażenie, że jest skromniej. Jeśli nie, wyprowadźcie mnie z błędu – co w ramach kompaktu proponujecie? Czy dzisiaj w dobie powszechnej dominacji mp3, wydawanie płyty „na bogato” ma sens?

Wrzos: Ma sens. Każdy kto decyduje się kupić płytę do kolekcji chciałby mieć coś fajnego, mieć co poczytać w środku – przynajmniej ja tak mam. Nie sądzę jednak aby tylko ładne wydanie miało kogoś zachęcić do zakupu. Wtedy, z „Czerwoną” miało to większy sens, bo wyliśmy zupełnie nieznani, rozesłaliśmy płytę w wiele miejsc i nie chcieliśmy żeby trafiła na stertę z innymi i zginęła w tłumie. Teraz jest skromniej, ale na wysokim poziomie. Zleciliśmy projekt okładki Magdzie Walkowiak – Skórskiej – przysłała propozycję wraz z krótkim filmikiem i wszyscy łyknęliśmy ją od razu. Pudełko było fajne, ale bardzo niepraktyczne i poza tym już było.

Nowa muzyka, przynajmniej w moim odczuciu ciąży lekko w stronę „piosenki” a przynajmniej dużo bardziej przystępnych, zapamiętywalnych form. Brakowało Wam takiego „radio friendly” grania?

Kidd_SimonWrzos: Nie tyle brakowało co zawsze uważaliśmy, że najważniejsza jest dobra melodia, ale potrzebowaliśmy czasu żeby się dotrzeć. Ta płyta tak nam wyszła. Utwory, które trafiły na nią to kawałki których jesteśmy pewni. Nie patrzyliśmy na to pod względem komercyjnym. Mieliśmy komfort wyboru i jeśli coś kogoś nie przekonywało to na płytę nie weszło. Mimo, że więcej jest „piosenek” to  i tak  płyta brzmi ciężej – w dużej mierze dzięki wokalowi Kidda, który jest mniej liryczny niż Saimona. Dużo więcej osób maczało w niej palce i siłą rzeczy jest inna od „Czerwonej”. Pierwszą płytę zrobiliśmy w zasadzie w trzech plus Jess, która napisała część tekstów. Paweł doszedł już na ostatnie szlify. Na „Bang!Bang” już wyraźnie słychać jego wkład jak i Simona, który zajebiście odnalazł się w nowej dla niego rzeczywistości. Kolejna płyta będzie jeszcze inna, chłopaki rwą się do pracy, a raczej mają cięższe łapy niż poprzednicy.

Jak zwykle ujmuje produkcja płyty (jak rozumiem Vintage?) – świetne, nienachalne brzmienie, szczególnie sekcja pięknie gada. Długo szlifuje się taki diamencik? Poproszę o liczbę piwnych roboczogodzin… 

Wrzos: Płytę nagrywaliśmy przez dwa lata, ale w sumie w jakieś 10 dni. Po zmianie wokalisty i gitarzysty doszło kilka dodatkowych dni w przeciągu kolejnego półrocza. Miks i mastering do znowu kilka dni. Niestety, minusem posiadania własnego studia nagrań i minimalizowania kosztów jest to, że pracuje się w jego chwilach wolnych, które dodatkowo trzeba zgrać z naszymi chwilami wolnymi. Następnym razem planujemy zamknąć się jednorazowo na tak długo jak będzie trzeba. Sporo siedzieliśmy nad brzmieniem każdego z nas, kompletowaliśmy graty i testowaliśmy różne konfiguracje. Ostateczne brzmienie płyty to zasługa Szymona, jego warsztatu, wizji i wyposażenia Vintage Records.

Zazwyczaj prace w studiu zawsze wiążą się z jakimiś dziwnymi wydarzeniami, przygodami itp. Nigdy nie chce mi się wierzyć, kiedy ktoś opowiada, że NIC SIĘ NIE WYDARZYŁO…

Kidd: To co dzieje się w studio – zostaje w studio… Szczególnie w Vintage, gdzie jest wyjątkowa  „Swoboda” (śmiech).

Nowa muzyka, mimo, że wyraźnie czuć fascynację Queens/Kyuss, jest jednak dużo bardziej przystępna z jednej strony a z drugiej zaaranżowana tak, że zapewnia duży indywidualizm produkcji – mimo czytelnych odniesień słychać że to Superhalo a nie kolejny „tribute to Kyuss”. Zdradźcie zatem, co, kto i dlaczego miał wpływ na ostateczny kształt nowych pieśni?

Wrzos: Gdzieś ten Queens/Kyuss w nas siedzi (szczególnie we mnie) i takie porównania są dla nas dużym komplementem. Z drugiej strony uważam, że wnosimy wiele świeżości i oryginalności i niesprawiedliwe jest patrzenie na nas przez ten pryzmat tych kapel. Ktoś nam kiedyś przypiął łatkę polskiego QOTSA i to się tak ciągnie.  Inspiracje są raczej podświadome bo nie żyjemy w oderwaniu od tego co się dzieje, a tym bardziej działo na świecie. Słuchamy i cenimy różne kapele i artystów. Zarówno tych  współczesnych i dawnych. Nie siadamy jednak i nie decydujemy aby zrobić kawałek w takim a takim stylu, tylko gramy i wychodzi fajnie.

Kiedy przesłuchałem płytę, od razu złapałem się na tym, że muzyka, maniera wokalna itp. kojarzą mi się z tzw. sceną trójmiejską. Czujecie jakieś powinowactwo, czy to tylko mój biedny umysł płata mi figle?

Kidd: Tam się  gra bardzo wyluzowanie i bez kompromisu – te dwa określenia myślę pasują do nas, mamy tam kilku dobrych znajomych i grywamy czasem. Na tym powinowactwa się kończą – Pozdrawiamy Trójmiasto! Wrzos: To Twój umysł.

Jedynym kawałkiem, który ciąży w stronę przełomu lat 60/70 jest kawałek tytułowy, w którym słyszę fascynację i Hendrixem i LedZepp – czy to taki Wasz hołd dla starych pionierskich czasów?

Wrzos: Tradycyjnie i tu nie było żadnych planów. Piewszy riff do kawałka przyniósł jeszcze Paweł (Siudej) i wspólnie dołożyliśmy resztę i zrobiliśmy aranż, który zmienialiśmy i tak mocno podczas każdej z sesji. Bez planów hołdów iDomin zobowiązań.

Dlaczego zdecydowaliście się na kilka kawałków anglojęzycznych. Wiem, że to nudne, ale np. ja uważam, że lepiej jak zachowana jest czystość, czyli „albo – albo”…

Kidd: Zdania były podzielone. Jedni uważali że polskie inni że angielskie. Mieszana opcja jest wypadkową. Superhalo wcześniej nie śpiewało po angielsku, ale nie stanowiło trudu spróbować. Poza tym, koncertujemy poza granicami kraju, pisują o nas zagramaniczne media, kawałki anglojęzyczne to idealny materiał promocyjny. Każdy lubi wiedzieć o czym szumią wierzby (śmiech).

I co dalej? Mamy rok 2016, Wy macie nową płytę i co w planach? Cztery koncerty i cisza, czy może tym razem większy rozmach?

Wrzos: Po wydaniu „Czerwonej” zagraliśmy kilkadziesiąt koncertów w Polsce i koło dwudziestu zagranicą. Więc to było więcej niż te cztery (śmiech). Co do premiery i promocji „Bang!Banga”, lada dzień ogłosimy terminy kilku zimowo/ wiosennych koncertów w Polsce, a FMB już planuje dla nas wiosenną trasę zagraniczną. Szczegóły wkrótce na naszym profilu. Dziękujemy, pozdrawiamy i zachęcamy do kupowania płyty. Staniecie się posiadaczami części historii rock’n’rolla. Będzie o czym wnukom opowiadać.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Igor Drozdowski