SUNNATA – niedookreśleni geograficznie

Kto gustuje w zabawie polegającej na tarzaniu się w brudzie? Kto lubi psychodeliczny trip w nieznane? Jeśli znajdą się tacy, powinni spróbować sięgnąć po Climbing the Colossus – debiutanckie dzieło zespołu Sunnata, którego muzykanci z niejednej sceny brud zlizywali. Kiedyś pod nazwą Satellite Beaver, teraz pod nowym szyldem pohałasowali nieco tu czy tam i aktualnie zadają swój długograj. Może nie do końca oryginalny, ale niesamowicie, esencjonalnie rozjechany i rasowy. Cóż było robić, trza z zespołem pogadać – pomyślałem, a poniżej efekty owego pomyślunku.  Na moje indagacje zareagowała sunnatowa sekcja – Michał (bas) oraz Robert (perkusja).

Najpierw o zawirowaniach – co sprawiło, że szyld Satellite Beaver przestał być atrakcyjny?

Michał: Przestał być atrakcyjny już od dłuższego czasu. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że zaczynamy grać coraz to dziwniejsze rzeczy, a na naszych, prywatnych playlistach pojawiło się więcej dronów, szamańskiego bębnienia, sygnałów zebranych z kosmosu i przetworzonych na słyszalne częstotliwości, etc. Poszerza nam to spektrum zainteresowań i sprawia, że już mniej chętnie sięgamy po muzykę stoner jako środek wyrazu. Nowa nazwa celnie opisuje nasze poszukiwania.

Robert: Dokładnie. Po prostu stoner-rockowa formuła Satellite Beaver nie jest w stanie pomieścić tego, co nam w głowachSunnata drums lepszy szumi. A Szymon i tak słucha popu.

Zawsze mnie zastanawia ten krajowy pęd do zmian nazw, nowych zespołów – cały ten tygiel, tak dobrze znany mi chociażby w stolicy, jest dla mnie nie do końca fajny. Czy nie uważacie, że skoro poświęciło się czas na wypromowanie pewnej marki/nazwy, warto ją zachować? No, chyba, że prawnicy weszli w temat…

R: Bez względu na to, czy stoner i „gatunki” pokrewne wchodzą na salony, czy nie, wciąż mówimy o niszy. Nie odczuwam jakiegoś szczególnego ciosu po rozpoczęciu wszystkiego od nowa, ponieważ zaczęliśmy bogatsi o zdobyte doświadczenia, kontakty, itp. co zdecydowanie ułatwiło sprawę i nadało nam odpowiedniego rozpędu. Pęd do zmian, o którym mówisz jest w dużej większości następstwem przetasowań personalnych, które są najsilniejszym bodźcem do radykalnych posunięć. Bez rock’n’rolla i skandali w tle. Znamy to z doświadczenia. Powstawanie nowych zespołów, czy przemiany starych jest dla mnie oznaką życia sceny, świadectwem jej rozwoju i bardzo mnie cieszy. Oby jak najwięcej składów się rozpadało i zawiązywało na nowo!

Jak wyglądało formowanie nowego/starego składu – mozolnie, boleśnie z przeszkodami, czy szybko i sprawnie?

M: Ja dołączyłem niecałe dwa lata temu. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla samego siebie, jak tak długo wytrzymuję z chłopakami (śmiech). Ogólnie prostu czuję, że trafiłem do właściwych ludzi i proces poznania się oraz zgrania odbył się przyjemnie. Podobna sytuacja jest z naszym nowym gitarzystą Adrianem. Też trafił swój na swego.

R: No tak, mamy swoje wewnętrzne, przyjemne procesy odbywania zgrania, if you know what I mean, he, he. Od siebie powiem, że nie było lekko. Szczególnie po odejściu Tomka (gitara), który wraz z Szymonem (gitara, wokal) był współzałożycielem Satellite Beaver i autorem większości riffów, a co za tym idzie – to, co miał w głowie mocno rzutowało na to, co graliśmy. Na szczęście, trafiliśmy na Adriana i jak się okazało – to był złoty strzał. Zupełnie zmieniło się nasze podejście do komponowania i znowu nie wiemy, co chcemy grać.

W dużej mierze Sunnata jest kontynuacją idei, które były podjęte przez SB. Mieliście jakieś założenia, wizję zespołu, czy postawiliście na żywioł?

R: Żywioł. Dużo nam się dzieje w głowach, a gra nam się razem na tyle dobrze, że nie chcemy tego kanalizować w setce pobocznych projektów, tylko staramy się podporządkować zmiennej naturze dźwięków, które wyławiamy podczas wspólnych sesji, jammów.

Cieszy mnie dopracowany wizerunek zespołu, logo, grafiki itp. itd. Kto odpowiada za taką a nie inną wizję?

R: Nad oprawą graficzną „Climbing the Colossus” pracowaliśmy kolektywnie wraz z Alexem Eckmanem-Lawnem, który Sunnata woxodpowiadał także za „The Last Bow” Satellite Beaver. Trzeba przyznać, że łatwo z nami nie miał – nie byliśmy dookreśleni na tyle, aby precyzyjnie przekazać mu czego chcemy. Na szczęście, obrazy w jego głowie po jakimś czasie zsynchronizowały się z naszymi i oto jest. Logo i wszystkie grafiki powstałe na bazie oprawy albumu to moja sprawka. Merczem zajmują się Szymon i Adrian.

Jeśli mielibyście porównać „The Last Bow” z „Climbing the Colossus” – jakie różnice są najistotniejsze?

M: Zmiana składu (1/2 wymieniona), obranie nowego kierunku muzycznego – sludge stał się nam dużo bliższy. Zresztą założeniem „The Last Bow” jest tytularny ostatni ukłon – ku naszej stonerowej przeszłości i korzeniach. Odlatujemy w kosmos. Z muzyką oczywiście.

R: W kosmos, na bagna, gdziekolwiek chcemy. Jesteśmy raczej niedookreśleni geograficznie, hehe. Na tej niestałości rzeczy, nieco paradoksalnie, opieramy nasze muzyczne poszukiwania. To trochę jak spacer po linie.

Nowa płyta to przede wszystkim coś, co bardzo lubię – czyli swobodny, psychodeliczno/sludge’owo/doom’owy lot, zdradzający – jak zwykle – fascynacje dawanymi czasami. Kiedyś taki stan osiągało się, wciągając monstrualne ilości narkotyków (jakby nie patrzeć, acid rock…), a teraz? Co grzeczni chłopcy robią, żeby wprowadzić się w stan odmiennej świadomości?

M: Jakie to urocze, że mamy wizerunek grzecznych chłopców. Chyba ten odmienny stan świadomości nam zawsze towarzyszył w życiu i towarzyszyć będzie, a do wyrażenia tego używamy najlepiej znanych nam narzędzi, czyli instrumentów. Nie potrzebujemy środków stymulujących. Zresztą, nie jestem wielkim miłośnikiem narkotyków, bo po prostu nie umiem po nich grać.

R: Bez nich też nie (śmiech). A tak na serio, na mnie najbardziej stymulująco działa głód. Od jakiegoś czasu słucham relatywnie niewiele muzyki. Zauważyłem, że dzięki temu pomysły na nowe melodie, harmonie, czy aranże wypełniają głowę znacznie szybciej. To taki rodzaj muzycznej medytacji, wyciszenia. Poza tym, wszyscy po trochu mamy nasrane w głowach.

niedookreśleni geograficznie

niedookreśleni geograficznie

Co było największym wyzwaniem podczas nagrywania tej płyty? Co wypaliło a co Was zaskoczyło?

M: Myślę, że sam proces realizacji ostatecznego miksu. Szukanie finalnego brzmienia to trudny etap do przejścia. Każdy członek zespołu ma trochę odmienną wizję, więc szukamy kompromisu. Wymaga to wiele rozmów, kłótni i miłości. Efekt końcowy mnie pozytywnie zaskoczył. Maestro Jan Galbas z Sounds Great Promotion Studio maczał w tym palce i zrobił kawał dobrej roboty. Naszą płytę najlepiej słuchać głośno.

R: Kurewsko głośno.

Gdzie płyta była nagrywana? Pytanie istotne w kontekście świetnego i niesamowicie „zgruzowanego” brzmienia…

M: Bębny nagraliśmy w zaufanym Demontażownia Studio. Wszystkie gitary oraz wokale nagrywaliśmy w naszej DIY jaskini, czyli sali prób. Na pewno panujące tam warunki akustyczne wpłynęły na garażowe brzmienie. Takie było założenie przySunnata bas tworzeniu tego materiału. Jednak obecnie myślimy, żeby spróbować realizacji studyjnej jeżeli chodzi o nowy materiał, który właśnie zaczynamy pisać. Chodzi o przekonanie się do innych standardów pracy. Myślę, że pozwoli to na bardziej przestrzenne brzmienie. „Climbing the Colossus” jest ciasne i zbite brzmieniowo, co moim zdaniem pasuje do stylistyki albumu, jednak dalej szukamy…

R: …i szukamy, szukamy, szukamy. Bylebyśmy się tylko po czesku nie wyszukali w trakcie eksploracji. Na pewno przy najbliższej okazji wypróbujemy jak działa w naszym przypadku nagrywanie na setkę. Myślę, że ta formuła może się sprawdzić i nadać nieco więcej „organiczności” materiałowi. Do tego czuję, że potrzebujemy dużej ilości przestrzeni, powietrza, które wypełnimy hałasem przekraczającym wszystkie normy BHP.

W recenzji „The Last Bow” narzekałem, że sludge się u nas nie przyjął, tymczasem dzisiaj muszę słowa te odszczekać, bo nawał zespołów, grających taką muzykę nad Wisłą jest wręcz zatrważający. Dzisiaj muszę zadać zupełnie inne pytanie – co spowodowało, że akurat takie granie cieszy się w Polsce tak dużą popularnością. Dodam tylko, że głównie wśród muzyków.

R: Taka scena. Wszyscy się nawciągali i posmutnieli, a muzyka zwolniła i się splugawiła. Ewentualnie parafrazując hit internetów „Sorry, taki mamy klimat”

Macie swoich faworytów na krajowej scenie w tym temacie? Kogo byście polecili?

M: W temacie sceny ciężko nam się wypowiadać, bo z dźwięku na dźwięk coraz bardziej się od niej oddalamy. Na pewno mogę polecić zespoły, które znamy i które podobnie jak my funkcjonują na scenie undergroundowej/DIY, dzielnie stawiając czoła wszelkim przeciwnościom losu związanym z rozwojem, funkcjonowaniem i promocją. Moimi faworytami są Ampacity, 1926, THAW i Merkabah.

R: No tak, uważamy się w końcu za wyjątkowo wyjątkowych. Nie wiem co dodać do wypowiedzi Michała, bo tymi czterema zespołami wyczerpał moją całoroczną playlistę (śmiech). Na krajowej scenie uwielbiam Moaft, których nie bez powodu zaprosiliśmy na nasze release party, ostatnio pozamiatała mną Merkabah, kibicuję też całej naszej radosnej scenie stonerowej, która otworzyła się na świat i coraz więcej jej za granicą. I tyle.

Jak udało się Wam zaistnieć w Terrorizer – co to za historia?

R: Nie mam pojęcia. Rozsyłaliśmy nasz materiał do różnych ludzi jeszcze przed premierą i po prostu pewnego dnia dostaliśmy maila z pytaniem, czy nie chcielibyśmy go udostępnić dla Terrorizer na wyłączność w streamie na tydzień przed premierą. To taki strzał jeden na sto, a przy okazji ogromna nobilitacja.Sunnata V

Obserwując wasz FB dochodzimy do wniosku, że koncerty to Wasz żywioł. Opowiedzcie coś o najciekawszych eskapadach, w tym oczywiście o wyprawie do Federacji…

M: Koncerty są kluczowym elementem naszej egzystencji. Płyta, szczerze mówiąc, nie oddaje w pełni tej energii. Na scenie czujemy się dobrze, a granie sprawia nam dziką przyjemność, co pewnie ma też bezpośrednie przełożenie na odbiór. Ponadto, eksperymentujemy brzmieniowo i myślę, że idziemy z tym bardzo do przodu. Mnie na pewno bardzo się przysłużył zakup niesfornego 400W lampowego Marshalla do basu, który daje dokładnie takiego dołu, jakiego potrzebujemy.

R: To prawda, kochamy grać na żywo. Ja co prawda mam w głowie dziwny przycisk, który sprawia że koncertów nie pamiętam – proszę się nie śmiać, to nie ma nic wspólnego z ordynarnym chlaniem – za to mam kupę radochy z oglądania muppet show w moim wydaniu już po wszystkim. Co do najciekawszych wypadów – pytasz o nasze wypady do Kaliningradu. Byliśmy tam dwukrotnie i chcemy jeszcze. Ludzie są nieprawdopodobnie głodni muzyki i wchodzą w nią totalnie, od pierwszego dźwięku aż do samego końca. Granie tam to zawsze ogromna przyjemność. W styczniu przez tragiczne warunki pogodowe dojechaliśmy na gig do Wilna spóźnieni raptem 3 czy 4 godziny, a tam… klub upakowany po brzegi cierpliwie czeka. Piękna sprawa. Ostatnio w marcu graliśmy też na wyspie Fehmarn w Niemczech (patrz: Hendrix, 1970), w JEDYNEJ miejscówce robiącej tam koncerty na żywo, ze sceną wielkości parapetu i maksymalną pojemnością circa 40 osób. Axel, właściciel (klubu oraz kolekcji ~12 000 winyli!), załatwił o koncercie info w gazecie, w związku z czym na miejscu zjawiła się grupa polonijnych pań po pięćdziesiątce, która kibicowała nam okrzykami „brawo nasi”, etc. Prawie jakbyśmy grali w Chicago. Inna rzecz, że wszyscy zebrani tego wieczoru zgotowali nam zajebiste przyjęcie, a na stole z merczem zostawili worki ze złotem.

Czy Wasza debiutancka płyta kryje coś więcej niż tylko dźwięk? Jakiś przekaz, idea, moralizowanie…

R: Nie. Tylko hałas.

M: Myślę, że idea która przyświeca temu albumowi to umożliwienie słuchaczowi odpłynięcie do świata dźwięków, riffów i sprzęgów tak, aby na chwilę zapomnieć o codzienności. Wierzę w tę bardzo pierwotną funkcję muzyki.

I tradycyjnie na koniec – co planujecie na najbliższe czasy…

R: Na najbliższe miesiące, z racji różnych obowiązków, pojedyncze gigi (dziś potwierdziliśmy wspólny koncert z Kylesą, 07.07 w Progresji, jest radość), festiwale, itp. Aktywujemy się w okolicach jesieni i ruszymy w długą trasę po Europie oraz szereg pomniejszych tras daleko i blisko. Do tego robimy już nowy materiał, ale o tym niebawem. Planujemy też wydanie „Climbing the Colossus” na kasecie i winylu. Ot, tyle, kolos powoli kroczy przed siebie.

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: archiwum zespołu/Paweł Wygoda/Kęstutis Žilionis/