STONERROR – Error ważniejszy niż stoner

Miesiąc temu światło dzienne ujrzała debiutancka płyta krakowskiego Stonerror – nawet jeżeli jej jeszcze nie słyszeliście, nazwa pewnie obiła wam się o uszy. O zamieszaniu związanym z akcją crowdfundingową, nagrywaniu u boku Macieja Cieślaka, muzycznych i literackich inspiracjach oraz kilku innych sprawach rozmawiam z Jackiem Malczewskim, basistą grupy.

Spore zamieszanie wywołała ta wasza debiutancka płyta – chociaż chyba nie do końca o tego rodzaju zamieszanie wam chodziło.

Nie szukamy kontrowersji, a zamieszanie wynikło z przyczyn, których nie mogliśmy przewidzieć.

Mogliście. Przecież to nie pierwsza crowd-afera: można podać za przykład chociażby chłopaków z Tides From Nebula, którzy zrobiliB zbiórkę na studio nagraniowe.

Mamy inne spojrzenie na tę sprawę, niż przedstawiciele środowiska, któremu się nasza zbiórka nie spodobała. Pomysł z crowdfundingiem podrzucili nam znajomi, którzy chcieli pomóc w nagraniu płyty – i ta akcja w całości skierowana była właśnie do nich. Wszystkie zebrane pieniądze pochodzą od naszych przyjaciół, kolegów i współpracowników. Dlatego zdziwiła mnie ta internetowa lawina. Na całym świecie crowdfunding to normalne narzędzie – masa projektów muzycznych z niego korzysta. Zupełnie nie rozumiem tego zaściankowego, napastliwego podejścia. Cieszę się, że akcja się udała, bo dzięki niej mamy rasowo brzmiącą płytę nagraną ze świetnym producentem. Natomiast scena, która zrobiła sobie z nas temat do śmieszkowania, jest widocznie zamkniętym plemieniem, mającym swoje wewnętrzne normy i tabu. Najwyraźniej to, co robimy, z jakiegoś powodu permanentnie narusza i obraża te święte reguły. Obserwuję to zjawisko z lekkim rozbawieniem i przestrachem jednocześnie. Najbardziej śmieszy mnie fakt, że ekskomunikuje nas grupa, do której nigdy nie należeliśmy.

A nie sądzisz, że po trosze sami jesteście sobie winni? Wdajecie się w dyskusje, w których też nie zawsze jesteście merytoryczni.

Zauważ, że nie ma z naszej strony żadnych wulgaryzmów ani agresji. Nie wchodzimy na niczyje terytorium: robimy swoje, wrzucamy informacje na własne tablice i nagle pojawiają się tam ludzie, którzy zaczynają nam coś zarzucać. Dostajemy też prywatne wiadomości z męczącymi połajankami i śmiesznymi pogróżkami. Czasem coś odpiszemy, częściej nie… Być może rzeczywiście powinniśmy byli od początku całkowicie to zignorować i nie odpowiadać. Wiesz, my gramy w różnych kapelach od czasów, w których Internet dopiero raczkował, i takie gównoburze są dla nas czymś absolutnie egzotycznym. Nie pamiętam, żebyśmy się z kolegami z naszej ówczesnej sceny w taki sposób zabawiali. Ale najwyraźniej świat się zmienił (śmiech).

Przyznam, że ja również mam kilka zastrzeżeń co do waszej akcji – na przykład brak kosztorysu.

Paweł, z całym szacunkiem, dlaczego mielibyśmy publikować w sieci kosztorys? Nie jesteśmy zbierającą na leczenie dzieci organizacją pożytku publicznego, tylko kapelą rockową, która zbierała na produkcję, nagranie i wydanie płyty. I to właśnie zrobiliśmy. Poza tym akcję skierowaliśmy do znajomych, którzy doskonale wiedzieli, na co idą te pieniądze i chętnie nas wsparli.

Error ważniejszy niż stoner

Error ważniejszy niż stoner

Kierowaliście to do wszystkich, nie tylko do znajomych. To nie była zamknięta akcja. Dlatego wyobrażam sobie, że ktoś nie jest waszym znajomym, ale kasę wpłacił, i chciałby wiedzieć, na co ona pójdzie. Sytuacja byłaby znacznie bardziej klarowna.

Gdyby ten hipotetyczny ofiarodawca napisał do mnie maila z takim pytaniem, wszystkiego by się od razu dowiedział. Zawsze odpowiadam. Jak chcesz to ci mogę podesłać kosztorys do wglądu, nie ma problemu.

Ok, jeśli to możliwe to chętnie rzucę okiem. Ale teraz przejdźmy już do muzyki. To był twój pierwszy raz w studio? Bo ep-kę nagrywaliście, zdaje się, live.

Ep-ka jest koncertowa, to prawda. Natomiast dla żadnego z nas nie był to pierwszy raz w studio – muzycy ze Stonerror mają już na koncie kilka płyt studyjnych z różnymi zespołami.

Ale z Maciejem Cieślakiem pierwszy.

Tak. Maciek od 20 lat przyjaźni się z Fazą, naszym gitarzystą. Faza organizował koncerty Ścianki, jeździł z chłopakami w trasy, ale jeśli chodzi o studio – nagrywaliśmy razem po raz pierwszy. Pracowało nam się znakomicie. Maciek jest genialnym producentem – ma niesamowite wyczucie i ucho. Zaskoczyło mnie to, ile czasu poświęcał na takie rzeczy, jak ustawianie mikrofonów do perkusji – ale nie całej baterii, jak to się często robi przy sesjach nagraniowych, tylko dwóch, jak w latach 60. Przez dwa i pół dnia eksperymentowaliśmy z różnym ustawieniami brzmienia bębnów, za to zrobienie brzmienia gitar zajęło nam może godzinę. Kiedy już osiągnęliśmy zamierzony efekt, chwyciliśmy za instrumenty i praktycznie od strzała, na setkę nagraliśmy album. Niektóre numery w pierwszym podejściu, inne wymagały kilku powtórek. Decydujący głos należał do Maćka. Kiedy wyłączał taśmę i zdejmował słuchawki, mówił nam czy wszystko siadło, czy trzeba zagrać jeszcze raz. Zaufaliśmy mu w 100%, bo ten facet po prostu słyszy, czy jest dobrze, czy nie.

Okładka

STONERROR  Stoneerror  Kyuss. Nie wiem ile razy nazwa tego zespołu pada w tym wywiadzie, ale tak na oko – sporo. Nic nie zrobię, że ten groove i brzmienie gitar kojarzą mi się dosyć jednoznacznie. Oczywiście, żaden z utworów nie jest bezmyślną kalką kapeli z Palm Desert, tak więc pobrzmiewające echa ich muzyki nie irytują, a raczej sprawiają, że płyta szybko wbija się w głowę. Najbardziej podoba mi się krótkie, niepokojące „Misbegotten” ze stoogesową motoryką i napięciem budowanym przez deklamowany wokal – przy pierwszym i drugim odsłuchu irytował mnie ten numer, ale z czasem zacząłem coraz bardziej doceniać jego inność. W pozostałych utworach mam problem z wokalem. Być może to kwestia miksu, ale brzmi on trochę anemicznie, jak gdyby nie mógł się przedrzeć przez gęstą ścianę gitar i sekcji rytmicznej. Brakuje energii, dynamiki, nie słychać charyzmy. Aczkolwiek nie wykluczam – jak już napisałem – że ta płyta po prostu tak jest zmiksowana, dlatego ostateczna weryfikacja nastąpi dopiero na koncercie. Na „Stonerror” znajdziecie sporo ładnych melodii, co jak najbardziej na plus. Nie ma niepotrzebnego grania klimatem, czy riff worship – na pierwszym planie są piosenki; wpadające w ucho, przyjemne, w sam raz do zanucenia. Podsumowując – album nie jest tak zły, jak chciałaby część sceny, ale nie jest też tak genialny jak zapewne chciałby zespół. Ma swoje mankamenty, ale też sporo naprawdę dobrych momentów.

Jaki to jest typ producenta? Mocno angażuje się w nagrywanie płyty, staje się niemal kolejnym członkiem kapeli?

Nagrywając z nami Maciek zaangażował się bardzo mocno i, dokładnie tak jak powiedziałeś, stał się kolejnym członkiem kapeli. Dograł do naszych numerów kilka fenomenalnych partii gitarowych i klawiszowych, dorzucił tamburyny i grzechotki. Zajawił się naszą muzyką do tego stopnia, że podczas zbliżającej się mini-trasy koncertowej zagra z nami jako piąty, nieoficjalny członek zespołu, co jest dla nas dużym wyróżnieniem i zaszczytem. Poza tym, Maciek pomógł nam z aranżami w kilku numerach. Np. „The Ride” został w trakcie sesji gruntownie przerobiony. Z kolei utwór „Misbegotten” powstał w studiu od zera, kiedy w przerwie między nagrywaniem jammowaliśmy wspólnie z Maćkiem. Od rzucenia pomysłu do finalnego nagrania minęło może pół godziny. Uwielbiam takie spontaniczne podejście twórcze, to dla mnie esencja rockowego grania.

Muszę powiedzieć, że „Misbegotten” to mój ulubiony numer na płycie. Jest chyba najbardziej nietypowy.

Fajnie, że ci się podoba. Jest nietypowy, bo to ja obsługuję w nim mikrofon. Maciek zasugerował, żeby zamiast partii śpiewanej okrasić go melorecytacją, i żebym zrobił to ja. Sądziłem, że żartuje, więc chwyciłem mikrofon i spontanicznie, na luzie zadeklamowałem jeden z moich tekstów, który nie był nawet przeznaczony na tę płytę. Maciek wyłączył taśmę, zdjął słuchawki i powiedział: „To twój debiut w roli wokalisty? Gratuluję, moim zdaniem powinieneś zacząć śpiewać”. Zamurowało mnie, ale efekt jest rzeczywiście fajny. Na koncertach też zacząłem gadać w „Misbegotten”, oddając bas Łukaszowi.

Ja mam wrażenie, że to najmniej Kyussowy numer. Bo generalnie ja na tej płycie słyszę dużo pustynnych wibracji – weźmy chociażby pierwszy kawałek.

Brzmienie gitar i sposób ich zmiksowania rzeczywiście są nieco Kyussowe. Ale kiedy nagrywaliśmy „Red Tank”, przez cały czas mieliśmy wrażenie, że robimy glam rockowy numer w stylu „Children of the Revolution” T. Rex i bardzo nas to porównanie bawiło. Jeśli już, to Kyussowy jest „The Wolf” – tam masz ten pustynny, potężnie bujający groove. Jeden z recenzentów naszego albumu porównał go nawet do numeru „Demon Cleaner”. Nie będę protestował (śmiech). Zresztą, my na tej płycie dosyć swobodnie mieszamy gatunki muzyczne. „Sierra Morena” nie ma nic wspólnego z klasycznym stonerem, „The Ride” brzmi jak radosny hippisowski hymn z końca lat 60., a „God’s Guns” to punkowa petarda. Gdyby szukać na „Stonerror” utworu, który można by nazwać stonerowym, to wskazałbym może „Los Hermanos”, choć Maciek Cieślak upierał się, że numer jest Sabbathowy i w tym kierunku realizował go brzmieniowo. Pamiętaj, że nasza muzyka nie zamyka się w sztywnych ramach gatunkowych. W naszej nazwie, na co niewielu słuchaczy zwraca uwagę, ważniejszy jest „error” niż „stoner” (śmiech).

Szczerze? Najmniej stonera słyszę chyba w ostatnim utworze, czyli tym, który ma w tytule ewidentnie Kyussowe odniesienie. Tam jest taka transowość w stylu Tool.

„Blues for the Red Sea”. Tytuł celowo zawiera podwójne odniesienie – do albumu Kyussa oraz do zaczerpniętej z Księgi Wyjścia historii, w której Bóg zatapia Egipcjan w Morzu Czerwonym. Tekst jest oparty na tej właśnie opowieści. Są w tym numerze transowe gitary i śpiew, które faktycznie mogą się kojarzyć z klimatem Toola. Psychodeliczna końcówka nawiązuje do stylistyki Hawkwind i Ścianki – wzięła się ona stąd, że podczas jednego z koncertów Faza odłożył gitarę, rozkręcił efekty i wyszła z tego burza sprzęgów, pisków i zgrzytów, na tle której szaleńczo galopuje sekcja rytmiczna, a Łukasz wydaje z siebie rozmaite szepty, syki i jęki. Postanowiliśmy podobną rzecz zrobić w studio. Wyszło świetnie, ponieważ Maciek doskonale czuje, jak nagrywać i miksować takie historie.S1

Piszesz teksty do wszystkich utworów?

Tak.

Dlaczego? Zazwyczaj odpowiada za nie wokalista.

A kto pisał teksty w Black Sabbath? (śmiech)

Wyjątek potwierdzający regułę.

Niech będzie. Taką mieliśmy koncepcję od początku, że teksty mają być po angielsku, a ja swobodnie czuję się w tym języku. Poza tym, lubię wyzwania i chciałem się sprawdzić w nowej roli – pisałem już książki, artykuły naukowe, tłumaczyłem komiksy i wiersze – a teraz postanowiłem tworzyć piosenki. Szybko okazało się, że potrafię. To nie jest trudne, zwłaszcza że to wszystko są dość osobiste historie o mnie, więc tematów mam sporo (śmiech). Szukam też ciekawych inspiracji językowych, symboli i odniesień. Podobnie jak na ep-ce sięgnąłem podczas pisania tekstów na „Stonerror” do Biblii, ale korzystałem także z mitologii Indian północnoamerykańskich, „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, dramatów i komedii Szekspira, czy filmów. Specyficzny jest tekst do „Red Tank”, będący trawestacją „Ballady o pancernych” Agnieszki Osieckiej. Napisałem to pewnego dnia jako żart, ale okazało się, że wyszła z tego całkiem fajna piosenka.

Jak trafiliście do Antyradia?

GPomógł nam przypadek. Nasz wokalista jechał do Warszawy na koncert Riverside i spotkał w pociągu Makaka – pogadali sobie chwilę, a że Łukasz miał przy sobie kilka promocyjnych egzemplarzy naszej płyty, postanowił jeden z nich Makakowi wręczyć. Tak po prostu, bez większej nadziei, że coś z tego będzie. Po dwóch godzinach dostaliśmy maila z zaproszeniem na wywiad i koncert na żywo ze studia. Pojechaliśmy do Antyradia, zagraliśmy, pogadaliśmy na antenie, było super. Makak się zajawił i chciał, żebyśmy pojawili się kolejnego dnia, żeby zagrać w jego audycji z Nergalem (śmiech). A teraz regularnie puszcza nasze numery. Świetna sprawa.

To na koniec standardowo – jakie plany na przyszłość?

Najpierw mini-trasa z Maćkiem Cieślakiem, gramy w Warszawie (16.03), Łodzi (17.03) i Krakowie (18.03). Potem mamy na rozkładzie kilka pojedynczych gigów – będziemy grali m.in. z Apteką, a w lecie zagramy na kilku fajnych, nietypowych festiwalowych imprezach. A później zobaczymy. Zaczyna to wszystko nieźle wyglądać. Wkrótce kręcimy kolejny teledysk, do „The Ride”. Oprócz Antyradia trafiliśmy jeszcze na świetny kanał na YouTube – Stoned Meadow of Doom. Po dwóch tygodniach album ma grubo ponad 40 tysięcy wejść i sporo dobrych komentarzy. Dostajemy dobre recenzje w Polsce i na różnych zagranicznych blogach, płyta zaczęła się ładnie sprzedawać. Trafiła nawet do Australii. Na razie nie mamy żadnego długofalowego planu, obserwujemy spokojnie rozwój sytuacji i systematycznie dokładamy kolejne cegiełki do budowli zwanej Stonerror. Sami jesteśmy ciekawi, dokąd nas to zaprowadzi.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu/Filip M. Repetowski/Tomasz Kantyka